Czarni muszą chwycić za broń

Każdy wiedział, że Jomo wygra. Bóg przecież nie zostawi swojego bez opieki. Dzieci Izraela muszą zwyciężyć. Mnóstwo osób wiązało wszystkie nadzieje z tym ostatecznym zwycięstwem. Gdyby Jomo przegrał, czarny lud Kenii byłby zgubiony. Niektórzy z jego adwokatów przyjechali aż z Anglii.

W przeddzień procesu wielki deszcz padał w Kipanga i w okolicy. Ludzie wszędzie cieszyli się. Deszcz to dobry znak. Czarni przechodzą próbę. Duch czarnego ludu z Demi-na-Mathathi przechodzi próbę. Czy wyjdzie z niej szczęśliwie? Narastająca niepewność sprawiała, że ludzie im bardziej niespokojni, tym zaczepniej twierdzili, że zwycięstwo nastąpić musi.

W szkole doszło do małej dyskusji. Zaczął tę dyskusję Karanja. Chłopiec ten mieszkał w Ndeiya sąsiadującej z Masai. Powiedział:

– Jomo musi wygrać. Europejczycy bardzo się go lękają.

– Nie. On nie wygra. Mój ojciec wczoraj wieczorem mówił, że to niemożliwe.

– Twój ojciec jest w straży obywatelskiej – odparował inny chłopiec.

I ci dwaj się pokłócili. Inna sprzeczka powstała gdzie indziej.

– Ci ze straży obywatelskiej nic, tylko słuchają swoich białych panów. Tacy sami źli jak Mau Mau.

– Nie, Mau Mau nie są źli. Oni walczą o wolność, chcą wypędzić białych osadników. Czy to źle walczyć o swoją ziemię? No powiedz.

– Ale też podrzynają gardła czarnym.

– Tylko zdrajcom. Białoczarnym osadnikom.

– Co to znaczy Mau Mau? – zapytał Njoroge. Dotychczas pytać o to się wstydził, ale tym razem ciekawość była silniejsza niż obawa, że koledzy uznają go za nieoświeconego.

Karanja, który właśnie podszedł do tej gromadki, wyjaśnił:

– To jest potajemna kiama. Żeby do niej należeć, „pije się” przysięgę. Ta kiama ma swoich własnych żołnierzy, którzy walczą o ziemię. Ich przywódcą jest Dedan Kimathi.

– A nie Jomo? – zapytał mały wzrostem chłopiec niewidomy na jedno oko.

– Nie wiem – odrzekł Karanja. – Ale mój ojciec mówi, że Kimathi jest przywódcą Armii Wyzwoleńczej, a Jomo jest przywódcą K.A.U. Lubię K.A.U. i boję się Mau Mau.

– Przecież to bez różnicy. Walka o wolność czarnych. – To powiedział wysoki, ale wątły chłopiec. Patrząc gdzieś w dal dodał: – Chciałbym walczyć w puszczy.

Wszyscy spojrzeli na niego. Jak gdyby wypowiedział myśl bardzo głęboką. Czy może ujął w słowa pragnienie większości tych chłopców. Podniosły nastrój ogarnął całą gromadkę. Aż inny chłopiec przerwał milczenie:

– Ja też chciałbym walczyć. Z przyjemnością nosiłbym karabin jak mój ojciec, kiedy brał udział  w Wielkiej Wojnie Brytyjczyków. Teraz ja bym walczył dla czarnych…

– Hura! Czarni niech zwyciężą!

– Hura! Jomo niech zwycięży!…

– Będzie dobrze, bo deszcz padał tej nocy.

Zabrzmiał dzwonek, gromadka się rozproszyła. Chłopcy pobiegli na popołudniowe lekcje.

Tegoż wieczora Njoroge dowiedział się, że Jomo przegrał. Stracił cały animusz i coś dziwnego legło mu w żołądku. Nie rozumiał.

– Ależ to wszystko zostało ukartowane – wyłożył mu Kori.

Wszyscy zebrali się w chacie Njeri, szukając pociechy. Nazajutrz ludzie przestali przy rozstaniu mówić kwa heri, „żegnaj”, bo takie pożegnanie nasuwało smutne myśli. Nikt nie mógł wiedzieć, czy nie oznacza: „żegnaj na zawsze”. Ngotho sam drżał z lęku o synów, ponieważ Jacobo, który stał się najpotężniejszy w okolicy, bynajmniej mu nie przebaczył. Jasne było, że wcześniej czy później naczelnik się zemści. Może tylko na razie z tym zwleka? Po co on, Ngotho, jeszcze żyje? Dni jego pełne są znużenia. Już nie ma na co czekać, a właśnie czekanie dawniej go pokrzepiało na duchu. Spełnienie się przepowiedni jest chyba niemożliwością. On pewnie źle zrobił, że przyłączył się do strajku. Bo odtąd utracił wstęp na ziemię przodków. A właśnie więź z duchami tych, którzy ze świata odeszli przed nim, dawała mu siłę do życia. Ale jakże mógł postąpić inaczej? Przyłączyć się do strajku musiał. Miałżeby syn potępiać go jeszcze bardziej? Człowiek, gdy czyta potępienie w oczach swego syna, który był na wojnie i widział śmierć własnego brata, czuje się winny. Ngotho zawsze pamiętał, ile Boro na wojnie przecierpiał, i pamiętając o tym odnosił się do syna łagodnie. Uważał, że owo coś, co zmusiło go do walki z Jacobem, na pewno nie ma w sobie sensu. Tylko oddaliło Bora od niego już bezpowrotnie. Często jednak się zastanawiał, czy rzeczywiście jest dobrze traktowany przez swoich synów. Jeżeli on i jego pokolenie zawiodło, jest przecież gotów zapłacić za to… Ale niezależnie od gotowości do oczyszczenia się w oczach swoich dzieci czyż można od niego wymagać, żeby składał jakieś przysięgi synowi? Co nie znaczy, że Ngotho sprzeciwiał się samemu zaprzysiężeniu. Ostatecznie składanie przysiąg jako środek związania człowieka słowem jest w życiu plemiennym rzeczą normalną. Ale gdy syn chce zaprzysięgać ojca!… Jak wyglądałby wtedy taki ojciec? Zwierzchnikiem może być tylko on, głowa rodziny. W żadnym wypadku nie syn: nawet jeżeli ten syn podróżował po świecie i na niejedno się napatrzył. To synowi jeszcze nie daje prawa do wywracania obyczaju i tradycji, przy której ojciec i inni ze starszego pokolenia nieugięcie trwają. I przecież utratę ziemi Ngotho odczuwał jeszcze dotkliwiej niż Boro, bo dla starego to była utrata również duchowa. Człowiek, odcięty od ziemi swoich przodków, gdzież ma składać ofiary Stworzycielowi? Jak nawiązać ma łączność z założycielami plemienia, Gikuyu i Mumbi? Cóż młody wie o przysięgach, o dawnych obrzędach, o duchach przodków? Rozłam pomiędzy Ngothem i Borem pogłębiał się. Ngotho chudł i mizerniał z dnia na dzień.

Dla niego też Jomo stanowił jedyną nadzieję. Już zrodziło się w nim przekonanie, że to właśnie Jomo wypędzi białych. Jomo stał się symbolem obyczajów i tradycji najczystszych dzięki dobrodziejstwu wykształcenia i licznych podróży. Ale teraz Jomo poniósł klęskę. Najwyraźniej wszystko i wszystkich Ngotho na starość miał przeciwko sobie: i Jacoba, naczelnika, i Howlandsa, komisarza okręgowego. I nawet syna z jego ciała i krwi. Pragnął teraz pokładać wiarę w swoim najmłodszym dziecku. Czy Njoroge rozumie, co się dzieje? No, ale któż w ogóle rozumie wszystko, tak czy owak?

Znów tego wieczora rozmawiali szeptem. Boro siedział w swoim kącie i wydawał się daleki jeszcze bardziej niż kiedykolwiek dotąd.

– Należało się tego spodziewać – powiedział Kori.

Nyokabi rzekła:

– Ja wiedziałam, że on przegra. Zawsze mówiłam, że wszyscy biali są tacy sami. Jego adwokaci, widać, zostali przekupieni.

– To jest coś więcej – powiedziała Njeri. – I chociaż jestem kobietą i nie potrafię tego wytłumaczyć, wydaje mi się to jasne jak słońce. Biały tworzy swoje prawo czy przepisy. I na mocy swojego prawa czy przepisów, czy jak tam chcecie to nazwać, zabiera ludziom ziemię i narzuca im wiele zakazów co do tej ziemi i innych rzeczy, i wcale nie pyta ludzi o zgodę, chociaż w dawnych czasach plemienia zawsze musiała być zgoda na wszystko. Aż jeden człowiek powstaje i sprzeciwia się temu prawu, które pozwala zabierać ziemię. Więc ci, którzy stworzyli to prawo, zamykają tego człowieka w więzieniu i stawiają go przed sądem według tych obcych przepisów. I teraz powiedzcie mi, czy on mógłby przed takim sądem wygrać, choćby jego adwokatami były same anioły boże… to chciałam wam powiedzieć.

Njeri dyszała. Njoroge nigdy jeszcze nie słyszał jej mówiącej tak długo. A przecież jakaś słuszność była w jej słowach. Wszyscy patrzyli na nią. Po twarzy jej spływały łzy. Nagle odezwał się Boro. Ale to zabrzmiało jak lament.

– …Biali trzymają się razem. A my, czarni, jesteśmy bardzo rozdzieleni. I dlatego,  że oni trzymają się razem, uwięzili Joma, jedyną nadzieję, jaką mieliśmy. Teraz z nas uczynią swoich niewolników. Brali nas na swoje wojny i zabili wszystko, co miało wartość dla nas…

Njoroge kurczowo wpił palce w krawędź swojego stołka. Wszelkie krzywdy wyrządzone czarnym wezbrały w tym lamencie Bora. Pomyślał, że nie cofnąłby się przed niczym, byleby tamte krzywdy naprawić. Ale w głębi duszy czuł strach.

Ni stąd, ni zowąd Boro wstał i podniósł głos nieomal do wrzasku:

– Nigdy! Nigdy! Czarni muszą chwycić za broń!

Oczy Njorogemu się rozszerzyły. Nyokabi wstrzymała oddech, a Njeri lękliwie popatrzyła w stronę drzwi.

Ngũgĩ wa Thiong’o, Chmury i łzy, tłum. Zofia Kierszys, Warszawa 1972, ss. 74-78.