Inne takie

Nie upłynęło wiele wody, od kiedy Keviniątko, mały obcokrajowiec, wpłynąwszy do doliny łez, odkrył rozkosz w igraszkach z gąbką w porze podwieczornych ablucji. Jako dojrzewający młodzieniec pod wpływem świętej wiary, którą mu na kolanach babki, starej pani Jones, wpojono, stawał się pobożniejszy i w coraz głębsze popadał roztargnienie, jak w chwili, gdy, Bóg jeden to wie, tryskając aktem strzelistym w czterdziestodniowej pokucie i przez dziesięć kwadragen, siadł nagle na talerzu z rosołem na baraninie.

Nie miał po prostu czasu na dziewczęta i na inne takie i często mówił matce swojej najdroższej i drogim siostrom swoim, że matka jego najdroższa i drogie siostry jego całkiem mu wystarczają. Wiemy o nim jeszcze i to, że w wieku lat sześciu zdobył w szkole nagrodę za wypracowanie o dobroci dla ryb słodkowodnych

James Joyce, Hotel Finna, tłum. Jerzy Jarniewicz, Warszawa 2015, s. 7-8.

Otrzymałem właśnie melideraturę “Da Capo al Finne”,  sygnowaną Krzysztofem Bartnickim, Jamesem Joyce’em, z symboliczną obecnością Szestowickiego od teraz.

Maszyna kodująca pozabawiła tekst Joyce’a: wyrugowała spacje, interpunkcję, cyfry, rozmaite symbole oraz litery alfabetu oprócz A, B, C, D, E, F, G, H.  Wyrzezała coś na kształt dźwięków. Kolejno, solmizacyjnie: la, b, do, re, mi, fa, sol, si. Sekwencja liter okazuje się ciągiem nut; tekst przestaje przemawiać prozatorsko, zaczyna muzycznie, choć nie zaczyna śpiewać. 

Zaśpiewałbym, ale litera staje mi ością w gardle, a w chórze śpiewałem ostatnio w gimnazjum. Litera łamie – to fakt.