Ta-Nehisi Coates / James Baldwin

SOMETHING ELSE WAS HAPPENING in the background—I had met Barack Obama. I was still holding on to my general admiration of the man, but I had also written several blog posts criticizing him, for his insistence on “color-blind policy” and for his tendency to hector black people on their alleged shortcomings. Obama would regularly invite journalists who disagreed with him to the White House to spar. From time to time, I found myself among the summoned—usually after I’d written something critical. In the first of these, I was intimidated and left thinking I’d failed to do my job. The second time I was responding to the embarrassment of the first. I thought of my days back in Baltimore, back on the block, insisting that “I ain’t no punk.” Before I left for D.C. for that second trip to the White House, Kenyatta looked at me and said, “What would Baldwin do?” Hmmm. I suspect something more elegant than what I did. I arrived to the meeting late. I was wearing jeans. I’d gotten rained on along the way. I argued, at length, with the president about health care and vulnerable people in Mississippi. I wasn’t lying, but the debate was also performative. I was trying to prove to myself that I would not be cowed or seduced by power. It was ridiculous. But it was also an exchange with the first black president in the history of the most powerful nation in the world.

I walked from the White House to Union Station to take the train home. I called my editor, Chris Jackson. I talked about the meeting—“Yo you shoulda seen it, Chris. I was the only other nigga in the room and fools was looking at us like, ‘These niggers are fighting!!!!’ ” But I found myself again talking about Baldwin and the beauty of what he’d done in The Fire Next Time. I talked about how I’d read the book in one sitting and the challenge I imagined of crafting a singular essay, in the same fashion, meant to be read in a few hours but to haunt for years. I told him we were in an extraordinary moment—the era of a black president and Black Lives Matter—much like Baldwin had written amid the fight for desegregation. Here he offered this admonition—“The road is littered with knockoffs of The Fire Next Time.” But he still encouraged me to try.

To invoke the name James Baldwin, these days, is to invoke the name of both a prophet and a God. More than his actual work, Baldwin, himself, has been beatified. That is why young writers descend on his long-abandoned house, like pilgrims into the Holy Land. That is why they have founded an entire genre of essay to document the hajj. The beatification is understandable. Baldwin owes his prominence as much to his image as to his words. And we don’t simply have the beauty of his words, we have the force of his presence. I am not immune—Baldwin the Legend was the ancestor Kenyatta sought to summon up when she asked, “What would Baldwin do?”

But all the magic I wanted was on the page. And when I looked closely, when I began to study, I did not even see magic, so much as a machinery so elegant, so wondrous, so imaginative as to seem supernatural. I am talking to young writers now. Your heroes are not mystics nor sorcerers but humans practiced at the work of typing and revising, and often agonized by it. I know this because I have chased before. I chased the work of Nas. I chased the work of E. L. Doctorow. I chased the work of Black Thought. From Dust Tracks on a Road to Jonah’s Gourd Vine, I chased the work of Zora Neale Hurston. From “The Colonel” to “The Museum of Stones,” I chased the work of Carolyn Forché. I chased them all, in the hope that somewhere in the underlined sentences, in the dog-eared pages, in the conversations with other writers, who too were chasing, I would find my own work, and that work would fill someone out there with the same magic, which is not magic, that had filled me that day, sitting in Founders Library, in awe of James Baldwin.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Ucieczka z pokoju

Kiedy tak wspominam, odnoszę wrażenie, że życie w tamtym pokoju toczyło się jakby na dnie morza, podczas gdy czas obojętnie przepływał nad nami. Godziny i dnie nie miały żadnego znaczenia. Początkowo nasze wspólne życie wypełniała radość i zdumienie, które codziennie na nowo odżywały. Pod radością czaiła się jednak udręka, a pod zdumieniem strach, choć uwidoczniło się to dopiero wtedy, gdy wzniosły początek zaczął smakować jak cierpki aloes. Strach i udręka już dawno zaczęły przypominać gładką powierzchnię, po której ślizgały się nasze stopy, a my traciliśmy równowagę, godność i dumę. Twarz Giovanniego, której uczyłem się na pamięć w ciągu wielu poranków, popołudni i nocy, tężała w moich oczach; zaczynała odkształcać się i zarysowywać w sekretnych miejscach. Blask oczu był już tylko błyskiem, szerokie i piękne czoło – jedynie sklepieniem czaszki. Zmysłowe usta zacięły się od smutku, wypływającego z jego serca. To już nie twarz Giovanniego, lecz jakaś obca – patrząc na niego czułem się tak winny, że pragnąłem, aby to była twarz kogoś obcego. Całe pamięciowe uczenie się nie przygotowało mnie na metamorfozę, do której właśnie to moje wkuwanie się przyczyniło.

Nasz dzień rozpoczynał się przed świtem, gdy wstępowałem do baru Guillaume’a na drinka tuż przed zamknięciem lokalu. Czasami, już po zamknięciu, Giovanni, ja i paru przyjaciół zostawaliśmy na wspólne śniadanie i słuchanie muzyki. Czasami towarzyszył nam Jacques – od czasu, gdy poznałem Giovanniego, coraz częściej pojawiał się w barze. Jeżeli zostawaliśmy u Guillaume’a na śniadaniu, wychodziliśmy zwykle około siódmej rano. A czasami Jacques proponował nam podwiezienie samochodem, który sobie nagle i nieoczekiwanie sprawił, ale przeważnie decydowaliśmy się na długi spacer brzegiem Sekwany.

Wiosna nadciągała do Paryża. Dzisiejszego wieczoru, gdy krążę tam i z powrotem po tym domu, stają mi znów przed oczyma rzeka, brukowane nabrzeża, mosty. Pod mostami przepływały płaskie barki, na ich pokładzie kobiety rozwieszały wypraną bieliznę. Od czasu do czasu pojawiał się kajak, w którym siedział energicznie wiosłujący młodzieniec, wyglądający trochę bezradnie, a trochę śmiesznie. Przy nabrzeżach widać było przycumowane żaglówki, łodzie mieszkalne i barki. Nasza droga prowadziła tak często obok budynku straży pożarnej, że w końcu strażacy stali się naszymi znajomymi. Gdy znów nadeszła zima, Giovanni ukrywał się na jednej z tych barek, to właśnie któryś ze strażaków zobaczył go pewnego wieczoru, jak wkradał się z bochenkiem chleba do kryjówki, i powiadomił policję.

Drzewa zazieleniły się w tamte poranki, opadła woda w rzece, zimowa bura mgła rozpłynęła się i na brzegach pojawili się wędkarze. Giovanni miał rację co do wędkarzy: nawet jeśli nic nie złowią, to przynajmniej mają co robić. Stoiska z książkami na bulwarach wyglądały niemal odświętnie w oczekiwaniu na pogodę, która umożliwi przechodniom leniwie wertować książki o zagiętych rogach, a u turystów rozbudzi pożądliwe pragnienie zabrania do Stanów Zjednoczonych czy Danii znacznie więcej kolorowych reprodukcji, niż ich na to stać, nie mówiąc już o tym, że w domu nie będą wiedzieli, co z nimi począć. Pojawiły się też dziewczyny na rowerach w towarzystwie podobnie wyposażonych chłopaków. Widywaliśmy ich czasem nad rzeką o zmierzchu, odstawiali rowery aż do następnego dnia. Było to już wtedy, gdy Giovanni stracił swoją pracę i na spacery chodziliśmy wieczorami. Te wieczory były gorzkie. Giovanni wiedział, że chcę go opuścić, ale nie odważył się mnie oskarżać w obawie, że mógłbym potwierdzić. Ja z kolei nie miałem odwagi powiedzieć mu prawdy. Hella wracała z Hiszpanii, a ojciec zgodził się przesłać mi pieniądze, których jednak nie zamierzałem przeznaczyć na pomoc dla Giovanniego, choć on tyle dla mnie uczynił. Chciałem je przeznaczyć na ucieczkę z jego pokoju.

James Baldwin, Mój Giovanni, tłum. Andrzej Selerowicz, ss. 70-72, Warszawa 1991.