Two ways of thinking about things

I have often wondered how I missed the coming tragedy. It is not so much that I should have predicted that Americans would elect Donald Trump. It’s just that I shouldn’t have put it past us. It was tough to keep track of the currents of politics and pageantry swirling at once. All my life I had seen myself, and my people, backed into a corner. Had I been wrong? Watching the crowds at county fairs cheer for Michelle Obama, or flipping through the enchanting photo spreads of this glamorous incoming administration, it was easy to believe that I had been. It was hard to not reassess yourself at, say, the sight of John Patterson, the man who’d “outniggered” George Wallace to become governor of Alabama in 1959, endorsing Obama. It was hard to not feel that you had been wrong about your country when the very men who’d tangled with Patterson and Wallace seemed to believe that something had changed too. “We seem to be evolving,” former SNCC leader Bob Moses told a reporter. “The country is trying to reach for the best part of itself.” And it was more than symbolic. Obama’s victory meant not just a black president but also that Democrats, the party supported by most black people, enjoyed majorities in Congress. Prominent intellectuals were predicting that modern conservatism—a movement steeped in white resentment—was at its end and that a demographic wave of Asians, Latinos, and blacks would sink the Republican Party.

That was one way of thinking about things. Here was another. “Son,” my father said of Obama, “you know the country got to be messed up for them folks to give him the job.” The economy was on the brink. The blood of untold numbers of Iraqis was on our hands. Katrina had shamed the society. From this other angle, post-racialism and good feeling were taken up not so much out of elevation in consciousness but out of desperation. It all makes so much sense now. The pageantry, the math, the magazines, the essays heralded an end to the old country with all its divisions. We forgot that there were those who loved that old country as it was, who did not lament the divisions but drew power from them.

And so we saw postcards with watermelons on the White House lawn. We saw simian caricatures of the First Family, the invocation of a “food-stamp president” and his anticolonial, Islamist agenda. These were the fetishes that gathered the tribe of white supremacy, that rallied them to the age-old banner, and if there was one mistake, one reason why I did not see the coming tragedy, why I did not account for its possibilities, it was because I had not yet truly considered that banner’s fearsome power.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Perhaps I will not go out.

Now the painting does appear to be of this house.

As a matter of fact there also appears to be somebody at the very window, upstairs, from which I watch the sunset.

I had not noticed her at all, before this.

If it is a she. The brushwork is fairly abstract, at that point, so that there is little more than a hint of anybody, really.

Still, it is interesting to speculate suddenly about just who might be lurking at my bedroom window while I am typing down here right below.

Well, and on the wall just above and to the side of me, at the same time.

All of this being merely in a manner of speaking, of course.

Although I have also just closed my eyes, and so could additionally say that for the moment the person was not only both upstairs and on the wall, but in my head as well.

Were I to walk outside to where I can see the window, and do the same thing all over again, the arrangement could become much more complicated than that.

For that matter I have only now noticed something else in the painting.

The door that I generally use, coming and going from the front deck, is open.

Not two minutes ago, I happen to have closed that same door.

Obviously no action of my own, such as that, changes anything in the painting.

Nonetheless I have again just closed my eyes, trying to see if I could imagine the painting with the door to the deck closed.

I was not able to close the door to the deck in the version of the painting in my head.

Had I any pigments, I could paint it closed in the painting itself, should this begin to trouble me seriously.

There are no painting materials in this house.

Unquestionably there would have had to be all sorts of such materials here at one time, however.

Well, with the exception of those that she carried to the dunes, where else would the painter have deposited them?

Now I have made the painter a she, also. Doubtless because of my continued sense of it being a she at the window.

But in either case one may still assume that there must be additional painting materials inside of the house in the painting, even if one cannot see any of them in the painting itself.

As a matter of fact it is no less possible that there are additional people inside of the house as well, above and beyond the woman at my window.

Then again, very likely the others could be at the beach, since it is late on a summer afternoon in the canvas, although no later than four o’clock.

So that next one is forced to wonder why the woman at the window did not go to the beach herself, for that matter.

Although on second thought I have decided that the woman may well be a child.

So that perhaps she had been made to remain at home as a punishment, after having misbehaved.

Or perhaps she was even ill.

Possibly there is nobody at the window in the canvas.

At four o’clock I will try to estimate exactly where at the dunes the painter took her perspective, and then see how the shadows fall, up there.

Even if I will be forced to guess at when it is four o’clock, there being no clocks or watches in this house, either.

All one will have to do is to match the real shadows on the house with the painted shadows in the painting, however.

Although perhaps the real shadows at the window when I go out will not solve a thing in regard to the painting.

Perhaps I will not go out.

Once, I believed I saw somebody at a real window, while I am on the subject.

David Markson, Wittgenstein’s Mistress, 1988.

To było bardzo smutne. A ja chciałam być bardzo wesoła

Kiedy poznałam swojego obecnego istniejącego naprawdę chłopaka i poszliśmy na pierwszą randkę, to on zapytał: „to co? może jakieś piwko?”. A była jedenasta.

Czy moglibyście łaskawie domyślić się, co było dalej, bo mnie naprawdę nie chce się tego opisywać?

No dobrze, no powiem wam trochę.

Nie, nie potrafię. Zresztą mam wrażenie, że nie ma co opisywać. Chłopak i dziewczyna bawią się razem mniej lub bardziej wesoło.

Najważniejsze jest to, że nie umiałam się za bardzo bawić na trzeźwo. Po kieliszku czerwonego wina w romantycznej knajpce stawałam się czarująca i wesoła, bez tego przypominałam papę skrzyżowaną z europaletą. A potem najgorsze – przecież czas mijał, a my nie byliśmy już tak zakochani, nie byliśmy dla siebie nowymi wyspami, które zwiedzamy, i nie wystarczało, że się widzimy i na Bielanach karuzela, karuzela. Czułam, że 42 muszę to jakoś nadganiać, nadrabiać, więc biegałam z siatkami ze sklepów nocnych, o widzisz, tutaj kupiłam dwa winka, jedno francuskie, a drugie chilijskie, dzwoniłam na nocne taksówki, żeby dowoziły na imprezy kolejne czteropaki, ratowałam go kieliszkami tequili, kiedy nie chciał bawić się dalej.

To było bardzo smutne.

A ja chciałam być bardzo wesoła.

Dlatego kupowałam sobie jeszcze trzy mocne piwa i wypijałam je w kiblu, i tylko miałam poważny problem z utylizacją puszek.

A jeśli coś zostawało, to wypijałam to następnego dnia. I od rana miałam świetny humor. Tylko potem, dnia kolejnego, było gorzej.

Mój chłopak zaczął się trochę denerwować, kiedy nagle w środku nocy te piwa wypijane w kiblu zaczynały działać na mnie z siłą wodospadu i przestawałam mówić oraz poruszać się koordynacyjnie, a rano nie pamiętałam, co się działo.

W pewnym momencie życia piłam na przykład po to, żeby się przekonać, czy tym razem urwie mi się film. I w jednym przypadku na sześć się nie urywał, a ja cieszyłam się z sukcesu tego jednego razu.

Nie wpadłoby mi wtedy do głowy, że mam przestać pić, tylko chciałam, żeby ten film mi się nie urywał.

No bo to jest potem problem.

Co robiłam.

Co mówiłam.

Czy wszyscy widzieli, że byłam pijana.

Gdzie zostawiłam sweter.

I dlaczego mój chłopak ma do mnie pretensje.

Aaa! No i przecież żyjemy w XXI wieku, kobieta, która się nie odchudza, nie jest kobietą, ściemnia i kłamie, a przecież ja jestem kobietą, ścisła dieta tysiąc kalorii dziennie, cukinia i chude mięso.

A w żalu swego serca myślałam, jak to? jak to? to już nigdy nie zjem opakowania delicji na raz?

No to zjadałam. I potem wszystkie włączniki w mieszkaniu miałam umazane czekoladą.

Małgorzata Halber, Najgorszy człowiek na świecie, Kraków 2015.

Obowiązkowo: Lydia Cacho „Niewolnice władzy”

Matilde Manukyan, Amerykanka z pochodzenia, urodziła się w Turcji w 1914 roku. Uczyła się w najlepszych szkołach, prowadzonych przez francuskie zakonnice. Wyszła za mąż, lecz owdowiała. Po mężu odziedziczyła piękny budynek w Karaköy w dzielnicy czerwonych latarni. Z czasem, zarządzając trzydziestoma dwoma domami publicznymi i posiadając czternaście budynków, w których uprawiana jest legalna prostytucja, zaczęła być znana jako „królowa burdeli”. Wielokrotnie podejrzewana była o wykorzystywanie seksualne nieletnich, lecz układy z władzami przez całe życie zapewniały jej ochronę. Co więcej, chociaż zarobki Matilde pochodziły z handlu seksem, Turcja przyznała jej nagrodę dla obywatela, który w latach 1990–1995 zapłacił największe podatki.

(…)

„Powiedziała pani, że była w Anglii” – wymamrotał, schylając głowę i patrząc na mnie spod czarnych brwi. „Co mówili o Turczynkach i słynnych albańsko-tureckich alfonsach? Czy widziała pani, jak przybywają do Włoch? Na pewno wie pani, że mamy granice morskie [Półwysep Anatolijski ma linię brzegową o długości 8000 km]. Proszę pojechać i sprawdzić, co przewozi się w kontenerach na statkach towarowych”.

(…)

„Co byłoby dla mnie łatwiejsze: zakup młodej Azjatki czy kałasznikowa?” – spytałam Mahmuta. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odpowiedział wyraźnie rozbawiony: „Kałasznikow to już historia. Mogłaby go pani jutro kupić za dwieście pięćdziesiąt dolarów, ale ponieważ jest pani kobietą, lepiej byłoby, aby zaopatrzyła się pani w AKM [lżejsza wersja karabinu AK]. Można go kupić za czterysta dolarów. Mniej więcej tyle samo kosztowałoby kupno na własny użytek «nowej» dziewczyny. Narkotyki to nie byłby prawdopodobnie dobry pomysł […]. W odróżnieniu od kobiet i broni nie można ich po prostu użyć i odsprzedać”.

Lydia Cacho, Niewolnice władzy, tłum. Katarzyna Kuś i Paweł Wolak, Muza 2013.

Roland Barthes, Dziennik żałobny…

29 października

Pragnienia, jakie miałem, zanim umarła (podczas jej choroby), nie mogą się już spełnić, znaczyłoby to bowiem, że to jej śmierć pozwala mi na ich spełnienie – że jej śmierć mogłaby być, w jakimś sensie, wyzwolicielska dla moich pragnień. Jednakże jej śmierć mnie zmieniła, nie pragnę już tego, czego pragnąlem. Trzeba czekać – przypuśćmy, że to się zdarzy – aż ukształtuje się nowe pragnienie, pragnienie pośmiertne.

(…)

4 listopada

Dziś, około 17, wszystko się jakoś porządkuje, nastała krańcowa, głucha samotność, niemająca odtąd innego kresu jak moja własna śmierć.

Ucisk w gardle. Moje rozbicie skłania mnie do zrobienia sobie herbaty, napisania kawałka listu, odłożenia jakiegoś przedmiotu – tak jakbym, rzecz potworna, rozkoszował się posprzątnym mieszkaniem, “moim własnym”, ale ta rozkosz przykleja się do mej rozpaczy.

Wszystko to odbiera wartość wszelkiej pracy.

(…)

26 listopada

Nieciągły charakter żałoby przeraża mnie totalnie.

(…)

9 lipca 1978

Opuszczając mieszkanie przed wyjazdem do Maroka, usuwam kwiat zostawiony w miejscu, gdzie mama leżała chora – i na nowo ogarnia mnie okropny strach (przed jej śmiercią): por. Winnicott: jakże prawdziwe: strach przed tym, co już miało miejsce. Lecz rzecz jeszcze dziwniejsza: i co nie może powrócić. I to jest właśnie definicja ostateczności.

Roland Barthes, Dziennik żałobny, tłum. Kajetan Maria Jaksender, Wrocław 2013, ss. 30, 47, 79, 172.

 

Jeden plus

Stał się odważny. I należy wyznać,
że się poważnie zainteresował
kobietami. Codziennie zasypia
na wielkim materacu, zostawiając miejsce
co najmniej jednej.

Stał się odważny. Wracając wieczorem
z aryjskiej strony, już po tej, semickiej,
spotkał barmankę z już nieistniejącej
knajpy, nigdy z nią nie zamienił
żadnego zdania, poza zamawianiem.

A teraz gadał. Usiadł z nią w Mleczarni
i gadał. Ona go nazwała
ulubionym klientem. Czemu nie wiedziałem
o tym wtedy? – zapytał sam siebie.
Zaprosił ją do tego pustego mieszkania.

I przyszła! Piła wino i zjadła kolację!
Turbot! Kurki! Makaron! Bób! I papierosy!
I przez chwilę siedziała na jego ogromnym
materacu! I poszła. On zasnął spokojnie,
przez sen jej robiąc miejsce, wsłuchując się w ciszę,

nieprzerywaną dźwiękiem domofonu.

——

3 lipca, gdzie indziej, w kosmosie

Idzie przede mną po schodach.
Jej nogi lśnią od deszczu.
Wyszliśmy z burz i gradobić.

To jest specjalne światło.
To są sekundy specjalne,
abym miał za czym tęsknić.

Prowadzi do swojego
mieszkania, tam się skryję
na chwilę, potem wrócę

w te nawałnice. Lecz teraz
idę za nią po schodach.
Jej nogi lśnią.

Marcin Świetlicki, Jeden, Kraków 2013.