Roth: ja-zwierzątko noszące imię jej zmarłego ojca, ja-protoplazma, chłopiec-osesek

To chyba oczywiste, że więź z ojcem nigdy nie była dla mnie tak rozkosznie namacalna, jak kolosalne przywiązanie do matczynego ciała, którego przeistoczoną inkarnacją było lśniące futro z czarnych fok – wykorzystując przywilej beniaminka, wtulałem się w nie błogo w te zimowe niedzielne wieczory, kiedy ojciec odwoził nas z powrotem do domu w New Jersey po urządzanym co pół roku wypadzie do nowojorskiego Radio City Music Hall i chińskiej dzielnicy na Manhattanie: ja-zwierzątko noszące imię jej zmarłego ojca, ja-protoplazma, chłopiec-osesek, początkujący penetrator ciał, podłączałem się każdym swoim nerwem do jej uśmiechu i jej foczego futra, a jednocześnie rezolutne poczucie obowiązku, rygorystyczna pracowitość, niezłomny upór i nieprzejednane animozje, iluzje, niewinność, sojusze, lęki formowały mnie w pierwotną matrycę Amerykanina, Żyda, obywatela, mężczyzny, nawet pisarza, którym miałem zostać. Być w ogóle to być jej Philipem, ale w zawiłych stosunkach z bezpardonowym światem moja historia wyrasta z bycia jego Rothem.

Philip Roth, Fakty. Autobiografia pisarza, tłum. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2011

Pilch: M.

image

26 lip­ca 2012

M. z lek­kością prze­bi­jała Nie­tz­sche­go i Do­sto­jew­skie­go. Nie dzi­wi mnie to, ale uświa­da­miam to so­bie późno. Nie: „za późno”, bo ani ruj­nujące wielką miłość „ka­ta­stro­fal­ne spóźnie­nie”, ani oca­lające „przy­by­cie na czas” nie wcho­dzi w tym wy­pad­ku w grę. „Wiel­ka miłość” też nie wcho­dzi w grę – gdy­by nie obrzy­dze­nie do te­go ro­dza­ju ter­mi­no­lo­gii, po­wie­działbym oczy­wiście: „tok­sycz­ny związek”; ni­czym fe­ral­ne zaklęcie, wy­zwo­liłoby to de­mo­ny płycizn, tan­det i ba­nałów; jak­bym już te­go mar­twe­go wy­rażenia użył, być może (w po­czu­ciu jałowi­zny zu­pełnej) brnąłbym w ja­kieś dal­sze spe­ku­la­cje, w ja­kieś żałosne efek­ty, że ni­by każdy tok­sycz­ny związek ma się za wielką miłość i każda wiel­ka miłość prędzej czy później ob­ra­ca się w tok­sycz­ny związek, itp., itd. Z jed­nej stro­ny, mógłbym się na śmierć te­go ty­pu for­mułami za­ki­wać, nic by one nie mówiły, nic by z nich nie wy­ni­kało, z dru­giej – te­go ro­dza­ju na­pu­szo­na ogólni­ko­wość pa­su­je tu jak ulał.
Mało było w tej hi­sto­rii po­tocz­nych ka­te­go­rii, mało – po­wie­działbym – re­ali­zmu, co nie zna­czy, że były wi­zje i po­ezje. Była cho­ro­ba psy­chicz­na kie­dyś mrocz­na, bo mrocz­na, ale nie­mal świętość, dziś, sam nie wiem? – po­spo­li­tość? ba­nał? – świętość ra­czej nie. Było ciężkie świ­ro­wa­nie i było prze­biegłe (prze­bie­gle wa­riac­kie, a więc w je­go ab­so­lut­nie cho­rej lo­gi­ce całko­wi­cie i w każdym ogni­wie nie­pod­ważal­ne) uda­wa­nie zdro­wia.
„Nie­tz­sche i Do­sto­jew­ski – po­wia­da Szes­tow w Apo­te­ozie nie­za­ko­rze­nie­nia – wy­dają się ty­po­wy­mi «od­wrot­ny­mi sy­mu­lan­ta­mi», jeśli można się tak wy­ra­zić. Uda­wa­li, że są psy­chicz­nie zdro­wi, mi­mo że by­li psy­chicz­nie cho­rzy. Do­brze wie­dzie­li, że są cho­rzy, ale ujaw­nia­li cho­robę tyl­ko w ta­kim za­kre­sie, w ja­kim dzi­wac­two ucho­dzi jesz­cze za ory­gi­nal­ność. Z wrażli­wością cha­rak­te­ry­styczną dla wszyst­kich, którzy znaj­dują się w ciągłym nie­bez­pie­czeństwie, ni­g­dy nie prze­kra­cza­li pew­nej gra­ni­cy. Nóż gi­lo­ty­ny opi­nii pu­blicz­nej za­wsze wi­siał nad ni­mi: wy­star­czyłoby tyl­ko niezręcznym ru­chem po­ciągnąć za sznu­rek i eg­ze­ku­cja do­ko­nałaby się sa­mo­czyn­nie. Ale po­tra­fi­li po­wstrzy­mać się przed zbędnym ru­chem”.
Po­wie­dzieć, że M. była „od­wrotną sy­mu­lantką”, to nic nie po­wie­dzieć, uda­wała psy­chicz­nie zdrową i było to uda­wa­nie tym wia­ry­god­niej­sze, że nie ukry­wała cho­ro­by psy­chicz­nej, z której nie tak daw­no, ale rze­ko­mo całko­wi­cie wy­zdro­wiała. Opo­wia­dała o swym sza­leństwie tak swo­bod­nie, tak po­god­nie i tak prze­ko­nująco, że nie było wątpli­wości: przeszła przez to i wyszła z te­go. Nie po­zor­nie, nie rze­ko­mo, ale w sen­sie ścisłym. Nie­po­dob­na było jej nie wie­rzyć. Wte­dy gdy trze­ba, była pełna dy­stan­su, wte­dy gdy trze­ba, nie taiła dra­stycz­nych szczegółów, wte­dy gdy trze­ba, była bli­ska płaczu. Miała cha­ryzmę Freu­da, Jun­ga, From­ma ra­zem wziętych; była wzor­cem równo­wa­gi – czułem się przy niej roz­dy­go­ta­nym hi­ste­ry­kiem, młod­sza o przeszło trzy­dzieści lat – czułem się przy niej smar­ka­tym dup­kiem.
Weźmy sy­tu­ację ele­men­tarną: wy­obraźcie so­bie, że ma­cie w ro­dzi­nie wa­ria­ta, wa­riat jest nie­groźny, ale cho­ro­ba postępu­je, wa­riat sta­je się co­raz przy­krzej­szy, groźniej­szy, nie­bez­piecz­niej­szy, w końcu następu­je wy­buch, wa­riat ata­ku­je, de­mo­lu­je dom, ko­goś ra­ni, może na­wet za­bi­ja, sam próbu­je się za­bić, pra­wie mu się uda­je, po­go­to­wie przy­jeżdża w ostat­niej chwi­li. Wa­riat zo­sta­je za­mknięty w do­mu wa­riatów, in­ten­syw­ne le­cze­nie trwa naj­mniej parę ty­go­dni, nie­ste­ty, na­wet jak trwa parę mie­sięcy, jest to bez zna­cze­nia, wszyst­ko, co do­bre, kończy się błyska­wicz­nie. Ogłuszo­ny psy­cho­tro­pa­mi, le­d­wo łażący, milczący, toczący wkoło błędnym spoj­rze­niem, rze­ko­mo wy­le­czo­ny wa­riat wra­ca do do­mu.
Pod zna­kiem cze­go płynie te­raz wa­sze życie? Oczy­wiście pod zna­kiem lęku przed na­wro­tem szału wa­ria­ta; każde słowo, zwłasz­cza każde je­go dziw­ne słowo, a pra­wie wszyst­kie je­go słowa są te­raz dziw­ne, każdy je­go nie­ty­po­wy gest, każdy je­go nie­ostrożny ruch zdają się za­po­wia­dać nawrót; pierw­szy po­byt w do­mu wa­riatów jest za­po­wie­dzią po­bytów następnych, ko­lej­ne ata­ki, de­mol­ki, mniej lub bar­dziej uda­ne sa­mobóje to tyl­ko kwe­stia cza­su.
M. dała radę odwrócić wszyst­ko. Gdy po ośmio­ty­go­dnio­wym po­by­cie w wia­do­mej kli­ni­ce wróciła do do­mu, na­tych­miast wszy­scy uwie­rzy­li: atak był na wskroś jed­no­ra­zo­wy, w za­sa­dzie nie był to atak, tyl­ko zbieg nie­for­tun­nych oko­licz­ności, w każdym ra­zie żad­nych, ale to żad­nych na­wrotów nie będzie, jest całko­wi­cie, ale to całko­wi­cie wy­le­czo­na. Pra­wie uda­na – po­go­to­wie przy­je­chało dosłownie w ostat­niej chwi­li – próba wy­krwa­wie­nia się drogą roz­ha­ra­ta­nia szkłem wszel­kich możli­wych żył jęła, z go­dzi­ny na go­dzinę, z dnia na dzień, sta­wać się gwa­rancją ab­so­lut­nej nor­mal­ności. Roz­ma­ite rze­czy mogą się jesz­cze w życiu zda­rzyć, ale sa­mobójstwo? Śmie­chu war­te! Co jak co, ale nie to! Tam­to? Tam­to było tak dziw­ne, że w za­sa­dzie nie można go li­czyć… Pi­wo! Tra­wa! Pro­chy! Bu­tel­ka się roz­biła, szkło zbie­rałam, ska­le­czyłam się, to praw­da – głębo­ko, ale ja­kie sa­mobójstwo! Jak­bym chciała, na­wet po al­ko­ho­lu bym tra­fiła! Z udo­wej tętni­cy ju­cha do mied­ni­cy! Przez dziurę w udzie du­sza nie pójdzie! Ze szpi­ta­la po­win­ni mnie następne­go dnia ra­no wy­pi­sać! Nic mi nie było! Ale jak to mówią: ty­le w kim mądrości, ile cier­pli­wości. Wy­trzy­małam, po­sie­działam i nie żałuję. Nie­jed­no wi­działam.
Jak słowo daję: za­zdrości­liśmy jej nor­mal­ności. Było ja­sne, że jest nie tyl­ko naj­nor­mal­niej­sza z nas, ale i naj­nor­mal­niej­sza pod słońcem! Ja­ki nawrót? Kto jak kto, ale M. nie zwa­riu­je ni­g­dy. Jest to ab­so­lut­nie ja­sne. I było to ab­so­lut­nie ja­sne. Póki nie nastąpił nawrót, póki doszczętnie nie zwa­rio­wała i póki na schi­zo­fre­nię – z głodu, całko­wi­cie ode­rwa­na od świa­ta, upa­pra­na własny­mi od­cho­da­mi – nie zmarła. No cóż, i Nie­tz­sche, i Do­sto­jew­ski mie­li ciężką śmierć. Ale nie aż tak ciężką. I pod tym względem była lep­sza. Jej cier­pie­nie? Na ra­zie nie je­stem w sta­nie po­ru­szyć te­go kon­tro­wer­syj­ne­go te­ma­tu.

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Pilch: Nie bójmy się czułości

image

Owszem, w sytuacjach ekstremalnych nie bójmy się czułości, nawet tej wyrażanej w dowodzących jeśli nie obłędu, to z pewnością utraty instynktu samozachowawczego zdrobnieniach nie do odnotowania.

Upokorzenie w japońskim sklepie

Wybory, których dokonujemy, są często nieracjonalne. Kiedy kupujemy drogi samochód, możemy robić to równie dobrze po to, by wywołać czyjąś zazdrość, a nie dlatego, że racjonalnie doszliśmy do wniosku, że właśnie ten model jest nam potrzebny. Wzbudzanie zazdrości jest dziś zresztą bardzo ważnym elementem w marketingu. Nowy trend dodaje do tego jeszcze upokorzenie. Niektóre sklepy w Japonii stały się modne dzięki temu, że ograniczały klientom wybór. Jeden taki stylowy sklep na przedmieściach Tokio ma całkowicie przypadkowe godziny otwarcia. Klienci przyjeżdżają i ustawiają się przed drzwiami w długie kolejki. Kiedy sklep w końcu zostaje otwarty okazuje się, że sprzedawca często arbitralnie odmawia klientom sprzedaży przedmiotu, który chcieli kupić. Klienci nie obrażają się jednak. Fascynuje ich to i walą do tych sklepów tabunami.

Renata Salecl „Tyrania wyboru”

image

Postindustrialna ideologia kapitalistyczna traktuje jednostkę tak, jakby miała ona nieograniczone możliwości odczuwania przyjemności. Przedstawia się ją jako kogoś, kto może w nieskończoność przesuwać granice doznań, nieustannie zaspokajając wciąż nowe pragnienia. Paradoksalnie jednak wielu ludzi nie odnajduje satysfakcji w społeczeństwie, które na pozór wydaje się nie mieć granic – i wkracza na ścieżkę autodestrukcji. Nieograniczona konsumpcja sprawia niejednokrotnie, że ludzie zaczynają po prostu konsumować siebie samych – samookaleczenia, anoreksja, bulimia czy uzależnienia to najbardziej oczywiste przykłady tego zjawiska.

(…)

W dzisiejszym społeczeństwie gloryfikującym wybór, który ma zawsze działać na korzyść jednostek, problemem jest nie tylko skala dostępnego wyboru, ale też sposób, w jaki się go przedstawia. Wybory życiowe opisuje się w takich samych kategoriach jak wybory konsumenckie: poszukujemy „dobrego” życia tak, jakbyśmy mieli szukać odpowiedniej tapety albo odżywki do włosów.

(…)

Dokonanie wyboru wiąże się z poczuciem przygniatającej odpowiedzialności, a to z kolei z obawą przed porażką, poczuciem winy i lękiem, że w przypadku złego wyboru pojawi się żal. Wszystko to sprawia, że wybór staje się po prostu tyranem.

Renata Salecl, Tyrania wyboru, tłum. Barbara Szelewa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Jonas T. Bengtsson „Submarino”

image

Szeregowy dom w Herlev. Wszystko tu jest malutkie, drzwi, listownik, tabliczka z nazwiskiem. Przez okno widzę wąską kuchnię z maleńkim stołem. Chatka z piernika. Gdybym odłamał dachówkę, mógłbym ją włożyć do ust. Dzwonię jeszcze raz. Widzę, że w środku zapala się światło, słychać, że w przedpokoju coś się przewraca, stojak na parasole czy coś podobnego, co starsi ludzie trzymają na wierzchu. Powoli, bardzo powoli. Walka o dojście do drzwi. Byłem tu wcześniej jeden jedyny raz. Osiem, dziesięć lat temu. Mieliśmy się z Mikiem spotkać w mieście, iść do Christianii, trochę popalić, trochę popić, posłuchać muzyki. Czekałem na niego pół godziny, w końcu zadzwoniłem na komórkę. Jeszcze spał. Charlotte go wyrzuciła, wrócił więc do swojej starej matki. Spytał, czybym po niego nie przyjechał. Nie wiem, dlaczego dałem się namówić. Matka upiekła scones, piliśmy herbatę i czuliśmy się jak konfirmanci. Pozwoliła nam wyjść dopiero pod wieczór. Za każdym razem, gdy wychodziła z pokoju, szeptem rozmawialiśmy o tym, kto ma dobry towar, dokąd pójdziemy i kogo odwiedzimy. Nie pamiętam już, co robiliśmy wieczorem, ale wciąż niemal czuję smak herbaty i bułeczek. Drzwi się otwierają i staje w nich matka Mike’a. Postarzała się. Bardziej niż o te dziesięć lat, które minęły od czasu, kiedy ostatnio ją widziałem. Patrzy na mnie bez słowa. To zły moment, ale ona nie ma już żadnych dobrych momentów.  

– Nie wiem, czy pani mnie sobie przypomina. Jestem kolegą Mike’a…  

– Wiem.  

– Pomyślałem sobie, że może go tu zastanę.  

– Tu go nie ma.  

– A wie pani, gdzie mogę go szukać?  

– Na Cmentarzu Zachodnim.

Zamyka drzwi. Ja dalej stoję. Chociaż usłyszałem, co powiedziała, chociaż Mike był ćpunem, a ćpuny umierają, ciągle to do mnie nie dociera. Dalej stoję, a ona znów otwiera drzwi. Łapie mnie za rękę i wciąga do kuchni. Sadza przy stoliczku w biało-niebieską kratkę przy oknie. Stawia przede mną filiżankę kawy, otwiera puszkę po ciastkach, wyjmuje z niej trzy wycinki z gazety i rozkłada przede mną. Zostawia mnie w kuchni samego. Słyszę telewizor włączony w salonie. Krótki artykuł i dwie notki. Niewiele było do napisania o Mike’u. Jego nazwiska nie wymieniono w żadnym z artykułów. Jedna krótka notka mówi o narkomanie, który zmarł w toalecie na Dworcu Głównym dzień przed Wigilią. Gdyby to był jakikolwiek inny wieczór, w ogóle by o tym nie wspomniano. To wiadomość z rodzaju z tych krótkich, zajmujących jedną szpaltę na stronie trzeciej w lokalnej gazecie. Próba napadu na sklep z winem, itepe, itede. Narkoman przedawkował, itepe, itede. Następna notka przypomina pierwszą, ale zawiera więcej szczegółów. Tu napisano, że kiedy go znaleziono, miał przy sobie torbę z zakupami, galaretkę porzeczkową, pół litra śmietany kremówki i paczkę kawy. Artykuł wykorzystuje Mike’a jako przykład osoby, którą można by uratować, gdyby w okolicy istniało pomieszczenie, gdzie narkomani mogliby robić sobie zastrzyki. Również tu nie ma jego nazwiska. Zbieram wycinki, chowam je z powrotem do puszki. Z przedpokoju zaglądam do salonu i widzę matkę Mike’a śpiącą na siedząco na kanapie, głowa przechyla jej się na bok, oddycha powoli, chrapliwie, teleturniej w telewizji rzuca na jej twarz czerwono-niebieskie błyski. Zamykam za sobą drzwi najdelikatniej, jak potrafię, żeby jej nie obudzić.

Jonas T. Bengtsson, Submarino, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2011

Jonas T. Bengtsson, Baśń

image

Przez cały dzień ojciec powtarzał: „Śpij. Musisz spać. Dlaczego nie śpisz? Połóż się. Wieczór będzie długi”. Jemy kotlety siekane ze smażoną cebulą. Kiedy talerze już stoją w zlewie, ojciec czyta książkę, a ja maluję na sztalugach. Próbuję namalować konia, ale nogi mi nie wychodzą, wiszą pod końskim brzuchem i przypominają gotowane spaghetti. Ojciec patrzy na zegar ścienny i mówi, że zaraz wychodzimy. Ale najpierw muszę włożyć ubranie. Wszystko, co mam.

– Wszystko?

– Tak, wszystko.

Wkładam T-shirty na inne T-shirty, na to bluzy, trzy pary skarpet.

– Dokąd idziemy? – pytam.

Ojciec tylko się uśmiecha i naciąga mi czapkę na uszy. Torba dzwoni metalicznie, kiedy ją podnosi. Panie na ulicy mają wysokie obcasy, a spod zimowych kurtek wystają im suknie. Mężczyźni są w koszulach z krawatem albo muszką. Niektórym chyba się spieszy, inni się śmieją, piją i krzyczą. Toczę się po ulicy z rękami odstającymi od ciała. Mam ochotę się położyć, żeby ojciec mnie turlał. Po przejściu paru ulic zatrzymujemy się, patrzę za wzrokiem ojca na budynek z czerwonej cegły po przeciwnej stronie ulicy.

– Poskacz trochę w miejscu, żebyś nie zmarzł.

W oknie na pierwszym piętrze stoi jakaś para, pije wino. Słyszę muzykę dobiegającą z góry, a w jednym z okien widzę podskakującego mężczyznę w papierowym kapeluszu na głowie. Mróz przenika przez moje robione na drutach rękawiczki, podkurczam palce w butach i liczę papierosy wypalone przez ojca, pali już czwartego, pstryknięciem wyrzuca niedopałek, który wpada w zaspę. Grzebie w kieszeni, szukając następnego papierosa, kiedy otwierają się wejściowe drzwi. Ojciec łapie mnie za rękę, przechodzimy przez ulicę.

– Zdejmij czapkę i staraj się wyglądać tak, jakbyś szedł na zabawę – mówi.

Z drzwi wychodzi mężczyzna, potyka się i prawie się kładzie na zaparkowanym samochodzie. Za nim już idzie inny, w ręku trzyma butelkę, uśmiechają się do siebie. Ojciec w ostatniej chwili łapie drzwi, zanim się zatrzasną. Wchodzimy na górę po schodach, słyszę muzykę, podniesione głosy dobiegające zza drzwi na klatce. Czuję zapach jedzenia. Na trzecim piętrze śpi na wycieraczce mężczyzna. Przechodzimy ponad nim i wspinamy się dalej. Na końcu schodów są pojedyncze drzwi bez żadnej wizytówki. Ojciec wyciąga z torby śrubokręt, a potem młotek. Dwa piętra pod nami otwierają się jakieś drzwi, słyszymy kroki, ale one schodzą, a nie idą na górę. Ojciec wsuwa śrubokręt między drzwi a futrynę, w drugiej ręce trzyma przygotowany młotek, patrzy na zegarek.

– Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Wszystkie dźwięki nagle nabierają mocy. Ludzie krzyczą, tupią, klaksony trąbią.

– Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku – mówi ojciec i uderza młotkiem w śrubokręt, który zagłębia się w drewno.

Wali jeszcze raz, dźwięk zlewa się z tysiącem innych dźwięków. Ojciec wyłamuje drzwi, idziemy wąskim korytarzem z drewnianymi drzwiami po obu stronach. Na końcu nieduża drabinka prowadzi do klapy w dachu, zamkniętej na kłódkę, która również zostaje potraktowana młotkiem. Wychodzimy na dach tuż przy kominie. Skośnie opada po obu stronach, ale na samym środku jest płaski kawałek, szeroki na jakieś trzy–cztery metry. Ojciec wyciąga z torby koc, rozkłada go, a w kolejne koce owija nas obu. W końcu wyjmuje z torby termos z gorącym kakao. Leżymy na plecach obok siebie, oglądamy fajerwerki, miasto eksploduje światłem, ze śmiechem zatykam uszy. Wokół nas rakiety wpadają do rynien.

Jonas T. Bengtsson, Baśń, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2013

Dagny

image
Przyjaciółka Dagny [Przybyszewskiej], pani G., widziała ją z kolei tak: „Jej stale wpółzamknięte powieki, jej dziwny, ale zawsze dyskretny śmiech i papierosy, które paliła w szczególnie wdzięczny sposób, co i jej niezwykła uroda czyniły, że mogła mieć, kogo by tylko chciała”.
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, WAB 2013

„Jesteś zwierzęca”

image
„Jesteś zwierzęca” – to najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałam w życiu. Nie żadne tam „masz śliczne włosy”, „co za uśmiech!”, ale właśnie to: zwierzęca. Na dźwięk tych słów poczułam, jak budzi się i zaczyna buzować potężna energia.
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, WAB 2013

“Pijmy i kochajmy – w tym cała mądrość!” Taki był pogląd najmłodszych. Któryś do mnie zagadał:

– Od dłuższego czasu widuję cię w jednym jedynym teatrze, i to za każdym razem, kiedy tam zaglądam. Dla której tam chodzisz?

– Dla której?… – Nie sądziłem, by można tam było chodzić dla innej. Wyznałem jednak jej imię.

– Ach tak! – odparł z politowaniem. – To popatrz sobie na tego szczęśliwca, który właśnie ją odwiózł do domu i który, szanując zasady naszego kółka, odwiedzi ją zapewne dopiero nad ranem.

Całkiem spokojnie obróciłem wzrok na wskazaną osobę. Był to elegancki młodzieniec o poprawnych manierach, miał bladą, nerwową twarz, a w oczach smutek i łagodność. Rzucał złote monety na stolik do wista i obojętnie je przegrywał.

– Jakie to ma znaczenie – odparłem – ten czy kto inny? Ktoś być musi, ten wydaje mi się godnym wyborem.

– A ty?

– Ja? Ja ścigam obraz, nic więcej.

Nerval, Śnienie i życie, tłum. Ryszard Engelking i Tomasz Swoboda, słowo/obraz terytoria 2013, s. 31