Renata Salecl “Tyrania wyboru”

image

Postindustrialna ideologia kapitalistyczna traktuje jednostkę tak, jakby miała ona nieograniczone możliwości odczuwania przyjemności. Przedstawia się ją jako kogoś, kto może w nieskończoność przesuwać granice doznań, nieustannie zaspokajając wciąż nowe pragnienia. Paradoksalnie jednak wielu ludzi nie odnajduje satysfakcji w społeczeństwie, które na pozór wydaje się nie mieć granic – i wkracza na ścieżkę autodestrukcji. Nieograniczona konsumpcja sprawia niejednokrotnie, że ludzie zaczynają po prostu konsumować siebie samych – samookaleczenia, anoreksja, bulimia czy uzależnienia to najbardziej oczywiste przykłady tego zjawiska.

(…)

W dzisiejszym społeczeństwie gloryfikującym wybór, który ma zawsze działać na korzyść jednostek, problemem jest nie tylko skala dostępnego wyboru, ale też sposób, w jaki się go przedstawia. Wybory życiowe opisuje się w takich samych kategoriach jak wybory konsumenckie: poszukujemy „dobrego” życia tak, jakbyśmy mieli szukać odpowiedniej tapety albo odżywki do włosów.

(…)

Dokonanie wyboru wiąże się z poczuciem przygniatającej odpowiedzialności, a to z kolei z obawą przed porażką, poczuciem winy i lękiem, że w przypadku złego wyboru pojawi się żal. Wszystko to sprawia, że wybór staje się po prostu tyranem.

Renata Salecl, Tyrania wyboru, tłum. Barbara Szelewa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Jonas T. Bengtsson “Submarino”

image

Szeregowy dom w Herlev. Wszystko tu jest malutkie, drzwi, listownik, tabliczka z nazwiskiem. Przez okno widzę wąską kuchnię z maleńkim stołem. Chatka z piernika. Gdybym odłamał dachówkę, mógłbym ją włożyć do ust. Dzwonię jeszcze raz. Widzę, że w środku zapala się światło, słychać, że w przedpokoju coś się przewraca, stojak na parasole czy coś podobnego, co starsi ludzie trzymają na wierzchu. Powoli, bardzo powoli. Walka o dojście do drzwi. Byłem tu wcześniej jeden jedyny raz. Osiem, dziesięć lat temu. Mieliśmy się z Mikiem spotkać w mieście, iść do Christianii, trochę popalić, trochę popić, posłuchać muzyki. Czekałem na niego pół godziny, w końcu zadzwoniłem na komórkę. Jeszcze spał. Charlotte go wyrzuciła, wrócił więc do swojej starej matki. Spytał, czybym po niego nie przyjechał. Nie wiem, dlaczego dałem się namówić. Matka upiekła scones, piliśmy herbatę i czuliśmy się jak konfirmanci. Pozwoliła nam wyjść dopiero pod wieczór. Za każdym razem, gdy wychodziła z pokoju, szeptem rozmawialiśmy o tym, kto ma dobry towar, dokąd pójdziemy i kogo odwiedzimy. Nie pamiętam już, co robiliśmy wieczorem, ale wciąż niemal czuję smak herbaty i bułeczek. Drzwi się otwierają i staje w nich matka Mike’a. Postarzała się. Bardziej niż o te dziesięć lat, które minęły od czasu, kiedy ostatnio ją widziałem. Patrzy na mnie bez słowa. To zły moment, ale ona nie ma już żadnych dobrych momentów.  

– Nie wiem, czy pani mnie sobie przypomina. Jestem kolegą Mike’a…  

– Wiem.  

– Pomyślałem sobie, że może go tu zastanę.  

– Tu go nie ma.  

– A wie pani, gdzie mogę go szukać?  

– Na Cmentarzu Zachodnim.

Zamyka drzwi. Ja dalej stoję. Chociaż usłyszałem, co powiedziała, chociaż Mike był ćpunem, a ćpuny umierają, ciągle to do mnie nie dociera. Dalej stoję, a ona znów otwiera drzwi. Łapie mnie za rękę i wciąga do kuchni. Sadza przy stoliczku w biało-niebieską kratkę przy oknie. Stawia przede mną filiżankę kawy, otwiera puszkę po ciastkach, wyjmuje z niej trzy wycinki z gazety i rozkłada przede mną. Zostawia mnie w kuchni samego. Słyszę telewizor włączony w salonie. Krótki artykuł i dwie notki. Niewiele było do napisania o Mike’u. Jego nazwiska nie wymieniono w żadnym z artykułów. Jedna krótka notka mówi o narkomanie, który zmarł w toalecie na Dworcu Głównym dzień przed Wigilią. Gdyby to był jakikolwiek inny wieczór, w ogóle by o tym nie wspomniano. To wiadomość z rodzaju z tych krótkich, zajmujących jedną szpaltę na stronie trzeciej w lokalnej gazecie. Próba napadu na sklep z winem, itepe, itede. Narkoman przedawkował, itepe, itede. Następna notka przypomina pierwszą, ale zawiera więcej szczegółów. Tu napisano, że kiedy go znaleziono, miał przy sobie torbę z zakupami, galaretkę porzeczkową, pół litra śmietany kremówki i paczkę kawy. Artykuł wykorzystuje Mike’a jako przykład osoby, którą można by uratować, gdyby w okolicy istniało pomieszczenie, gdzie narkomani mogliby robić sobie zastrzyki. Również tu nie ma jego nazwiska. Zbieram wycinki, chowam je z powrotem do puszki. Z przedpokoju zaglądam do salonu i widzę matkę Mike’a śpiącą na siedząco na kanapie, głowa przechyla jej się na bok, oddycha powoli, chrapliwie, teleturniej w telewizji rzuca na jej twarz czerwono-niebieskie błyski. Zamykam za sobą drzwi najdelikatniej, jak potrafię, żeby jej nie obudzić.

Jonas T. Bengtsson, Submarino, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2011

Jonas T. Bengtsson, Baśń

image

Przez cały dzień ojciec powtarzał: „Śpij. Musisz spać. Dlaczego nie śpisz? Połóż się. Wieczór będzie długi”. Jemy kotlety siekane ze smażoną cebulą. Kiedy talerze już stoją w zlewie, ojciec czyta książkę, a ja maluję na sztalugach. Próbuję namalować konia, ale nogi mi nie wychodzą, wiszą pod końskim brzuchem i przypominają gotowane spaghetti. Ojciec patrzy na zegar ścienny i mówi, że zaraz wychodzimy. Ale najpierw muszę włożyć ubranie. Wszystko, co mam.

– Wszystko?

– Tak, wszystko.

Wkładam T-shirty na inne T-shirty, na to bluzy, trzy pary skarpet.

– Dokąd idziemy? – pytam.

Ojciec tylko się uśmiecha i naciąga mi czapkę na uszy. Torba dzwoni metalicznie, kiedy ją podnosi. Panie na ulicy mają wysokie obcasy, a spod zimowych kurtek wystają im suknie. Mężczyźni są w koszulach z krawatem albo muszką. Niektórym chyba się spieszy, inni się śmieją, piją i krzyczą. Toczę się po ulicy z rękami odstającymi od ciała. Mam ochotę się położyć, żeby ojciec mnie turlał. Po przejściu paru ulic zatrzymujemy się, patrzę za wzrokiem ojca na budynek z czerwonej cegły po przeciwnej stronie ulicy.

– Poskacz trochę w miejscu, żebyś nie zmarzł.

W oknie na pierwszym piętrze stoi jakaś para, pije wino. Słyszę muzykę dobiegającą z góry, a w jednym z okien widzę podskakującego mężczyznę w papierowym kapeluszu na głowie. Mróz przenika przez moje robione na drutach rękawiczki, podkurczam palce w butach i liczę papierosy wypalone przez ojca, pali już czwartego, pstryknięciem wyrzuca niedopałek, który wpada w zaspę. Grzebie w kieszeni, szukając następnego papierosa, kiedy otwierają się wejściowe drzwi. Ojciec łapie mnie za rękę, przechodzimy przez ulicę.

– Zdejmij czapkę i staraj się wyglądać tak, jakbyś szedł na zabawę – mówi.

Z drzwi wychodzi mężczyzna, potyka się i prawie się kładzie na zaparkowanym samochodzie. Za nim już idzie inny, w ręku trzyma butelkę, uśmiechają się do siebie. Ojciec w ostatniej chwili łapie drzwi, zanim się zatrzasną. Wchodzimy na górę po schodach, słyszę muzykę, podniesione głosy dobiegające zza drzwi na klatce. Czuję zapach jedzenia. Na trzecim piętrze śpi na wycieraczce mężczyzna. Przechodzimy ponad nim i wspinamy się dalej. Na końcu schodów są pojedyncze drzwi bez żadnej wizytówki. Ojciec wyciąga z torby śrubokręt, a potem młotek. Dwa piętra pod nami otwierają się jakieś drzwi, słyszymy kroki, ale one schodzą, a nie idą na górę. Ojciec wsuwa śrubokręt między drzwi a futrynę, w drugiej ręce trzyma przygotowany młotek, patrzy na zegarek.

– Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Wszystkie dźwięki nagle nabierają mocy. Ludzie krzyczą, tupią, klaksony trąbią.

– Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku – mówi ojciec i uderza młotkiem w śrubokręt, który zagłębia się w drewno.

Wali jeszcze raz, dźwięk zlewa się z tysiącem innych dźwięków. Ojciec wyłamuje drzwi, idziemy wąskim korytarzem z drewnianymi drzwiami po obu stronach. Na końcu nieduża drabinka prowadzi do klapy w dachu, zamkniętej na kłódkę, która również zostaje potraktowana młotkiem. Wychodzimy na dach tuż przy kominie. Skośnie opada po obu stronach, ale na samym środku jest płaski kawałek, szeroki na jakieś trzy–cztery metry. Ojciec wyciąga z torby koc, rozkłada go, a w kolejne koce owija nas obu. W końcu wyjmuje z torby termos z gorącym kakao. Leżymy na plecach obok siebie, oglądamy fajerwerki, miasto eksploduje światłem, ze śmiechem zatykam uszy. Wokół nas rakiety wpadają do rynien.

Jonas T. Bengtsson, Baśń, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2013

Dagny

image
Przyjaciółka Dagny [Przybyszewskiej], pani G., widziała ją z kolei tak: „Jej stale wpółzamknięte powieki, jej dziwny, ale zawsze dyskretny śmiech i papierosy, które paliła w szczególnie wdzięczny sposób, co i jej niezwykła uroda czyniły, że mogła mieć, kogo by tylko chciała”.
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, WAB 2013

„Jesteś zwierzęca”

image
„Jesteś zwierzęca” – to najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałam w życiu. Nie żadne tam „masz śliczne włosy”, „co za uśmiech!”, ale właśnie to: zwierzęca. Na dźwięk tych słów poczułam, jak budzi się i zaczyna buzować potężna energia.
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, WAB 2013

“Pijmy i kochajmy – w tym cała mądrość!” Taki był pogląd najmłodszych. Któryś do mnie zagadał:

– Od dłuższego czasu widuję cię w jednym jedynym teatrze, i to za każdym razem, kiedy tam zaglądam. Dla której tam chodzisz?

– Dla której?… – Nie sądziłem, by można tam było chodzić dla innej. Wyznałem jednak jej imię.

– Ach tak! – odparł z politowaniem. – To popatrz sobie na tego szczęśliwca, który właśnie ją odwiózł do domu i który, szanując zasady naszego kółka, odwiedzi ją zapewne dopiero nad ranem.

Całkiem spokojnie obróciłem wzrok na wskazaną osobę. Był to elegancki młodzieniec o poprawnych manierach, miał bladą, nerwową twarz, a w oczach smutek i łagodność. Rzucał złote monety na stolik do wista i obojętnie je przegrywał.

– Jakie to ma znaczenie – odparłem – ten czy kto inny? Ktoś być musi, ten wydaje mi się godnym wyborem.

– A ty?

– Ja? Ja ścigam obraz, nic więcej.

Nerval, Śnienie i życie, tłum. Ryszard Engelking i Tomasz Swoboda, słowo/obraz terytoria 2013, s. 31

Roland Barthes, Dziennik żałobny…

29 października

Pragnienia, jakie miałem, zanim umarła (podczas jej choroby), nie mogą się już spełnić, znaczyłoby to bowiem, że to jej śmierć pozwala mi na ich spełnienie – że jej śmierć mogłaby być, w jakimś sensie, wyzwolicielska dla moich pragnień. Jednakże jej śmierć mnie zmieniła, nie pragnę już tego, czego pragnąlem. Trzeba czekać – przypuśćmy, że to się zdarzy – aż ukształtuje się nowe pragnienie, pragnienie pośmiertne.

(…)

4 listopada

Dziś, około 17, wszystko się jakoś porządkuje, nastała krańcowa, głucha samotność, niemająca odtąd innego kresu jak moja własna śmierć.

Ucisk w gardle. Moje rozbicie skłania mnie do zrobienia sobie herbaty, napisania kawałka listu, odłożenia jakiegoś przedmiotu – tak jakbym, rzecz potworna, rozkoszował się posprzątnym mieszkaniem, “moim własnym”, ale ta rozkosz przykleja się do mej rozpaczy.

Wszystko to odbiera wartość wszelkiej pracy.

(…)

26 listopada

Nieciągły charakter żałoby przeraża mnie totalnie.

(…)

9 lipca 1978

Opuszczając mieszkanie przed wyjazdem do Maroka, usuwam kwiat zostawiony w miejscu, gdzie mama leżała chora – i na nowo ogarnia mnie okropny strach (przed jej śmiercią): por. Winnicott: jakże prawdziwe: strach przed tym, co już miało miejsce. Lecz rzecz jeszcze dziwniejsza: i co nie może powrócić. I to jest właśnie definicja ostateczności.

Roland Barthes, Dziennik żałobny, tłum. Kajetan Maria Jaksender, Wrocław 2013, ss. 30, 47, 79, 172.

 

Jeden plus

Stał się odważny. I należy wyznać,
że się poważnie zainteresował
kobietami. Codziennie zasypia
na wielkim materacu, zostawiając miejsce
co najmniej jednej.

Stał się odważny. Wracając wieczorem
z aryjskiej strony, już po tej, semickiej,
spotkał barmankę z już nieistniejącej
knajpy, nigdy z nią nie zamienił
żadnego zdania, poza zamawianiem.

A teraz gadał. Usiadł z nią w Mleczarni
i gadał. Ona go nazwała
ulubionym klientem. Czemu nie wiedziałem
o tym wtedy? – zapytał sam siebie.
Zaprosił ją do tego pustego mieszkania.

I przyszła! Piła wino i zjadła kolację!
Turbot! Kurki! Makaron! Bób! I papierosy!
I przez chwilę siedziała na jego ogromnym
materacu! I poszła. On zasnął spokojnie,
przez sen jej robiąc miejsce, wsłuchując się w ciszę,

nieprzerywaną dźwiękiem domofonu.

——

3 lipca, gdzie indziej, w kosmosie

Idzie przede mną po schodach.
Jej nogi lśnią od deszczu.
Wyszliśmy z burz i gradobić.

To jest specjalne światło.
To są sekundy specjalne,
abym miał za czym tęsknić.

Prowadzi do swojego
mieszkania, tam się skryję
na chwilę, potem wrócę

w te nawałnice. Lecz teraz
idę za nią po schodach.
Jej nogi lśnią.

Marcin Świetlicki, Jeden, Kraków 2013.

Pani Lodzia
Pani Lodzia miała swoją filozofię, może trochę naciąganą, ale że wierzyła w nią z niezachwianą siłą, więc jej wiara udzielała się innym. Poznaliśmy ją z tatą na wakacjach pod Kazimierzem w złotych latach siedemdziesiątych. Tych samych wakacjach, na których tak skutecznie przekonywaliśmy innych letników, że na polu pszenicy widzieliśmy dwugłowe cielę. Zacietrzewienie pani Lodzi z pewnością było zaraźliwe, bo skąd wziąłby się upór, z jakim wmawialiśmy przyjezdnym mieszczuchom, że jeden łeb cielak miał złoty, a drugi zielony? Po raz pierwszy spotkaliśmy panią Lodzię w okolicznościach niezwiastujących nawiązania przyjaźni, gdy krzyczała za nami: TU SIĘ PRACUJE! TU NIE LETNISKO! Jakby wiedziała, że wzbudzi w nas poczucie winy. To właśnie poczucie winy sprawiło, że zaczęliśmy jej towarzyszyć w codziennych wyprawach do skupu szkła. Tata ciągnął wypchany butelkami wózek, a ja słuchałam snutych z niewyraźną dykcją opowieści. We wsi panowało przekonanie, że Lodzia jest wariatką. A jednak swoje wiedziała. Dała temu wyraz, gdy przedstawilismy jej mamę, która przyjechała nas odwiedzić. “Od razu wiedziałam, że to pana żona. Podobna jak dwie krople wody!”.

Czas darowany

Czas darowany zdarza się wówczas, gdy w ostatniej chwili zmieniamy decyzję i – zamiast pójść na planowane od dawna spotkanie – wbrew zdrowemu rozsądkowi zostajemy w domu. Wszystko nabiera wtedy nowego smaku: herbata, wino i pisany od dawna tekst. Pokoje wyglądają inaczej i łazienka, i widok z okna. Urok wagarów plus odkrycie, że – koniec końców – nigdy nic nie wiadomo.

Agnieszka Taborska, WIELORYB czyli przypadek obiektywny, Czarne, 2010