Polizał więc

Jakaś ręka na kroczu – zerwał się gwałtownie, otwierając oczy.

Śmiech Jennifer.

– Wyglądałeś tak spokojnie – powiedziała.

Zrobiła krok do przodu i wyrwała kabel od słuchawek z odtwarzacza. Dźwięki fal w kiepskich głośnikach brzmiały teraz jak szum radiowy.

– Naprawdę piękne – powiedziała.

Galen wcisnął stop i guzik play wyskoczył.

– Czytasz o mewach – mówiła Jennifer – i słuchasz morza. To jak to jest, że siedzisz teraz w górach?

Pachniała kokosem, miała mokre włosy i błyszczące niebieskie oczy. Usiadła na łóżku, a Galen patrzył na jej piersi pod T-shirtem.

– Medytowałem – powiedział.

– Chyba o nich – odparła Jennifer i złapała się za piersi.

Usiadła na Galenie okrakiem, podniosła T-shirt i wcisnęła mu biust w twarz.

Była wciąż gorąca po kąpieli, wilgotna, ale w chłodnym powietrzu sutki szybko stwardniały. Kołysała się w przód i w tył, uderzając o policzki Galena piersiami tak miękkimi, tak niewiarygodnie miękkimi. Złapał w usta sutek, nie był pewien, co robić, ale objął go ustami, ostrożnie, by nie zahaczyć zębami, i zaczął ssać.

– Mhm – mruknęła Jennifer. – Trochę dziwnie, ale fajnie. Lubię ten wąsik. Teraz tylko poliż.

Polizał więc.

– To też fajne. Okrążaj sutek językiem.

Złapała pierś i wsadziła mu ją do ust.

– Mhm.

Spodobały mu się małe guzki wokół sutka, ale odsunął twarz.

– Cicho – szepnął. – Twoja mama usłyszy.

– Poszła na spacer. Jesteśmy sami.

– Rany.

– No, może tym razem ci się poszczęści.

– Mam nadzieję – odparł Galen. – Mam nadzieję. – I znowu miał jej pierś w ustach.

– Poczekaj moment – powiedziała Jennifer, zeszła z łóżka i poszła na dół.

– Co się stało?

Wróciła z kasetą magnetofonową.

– The Cars – wyjaśniła. – Lubię ich słuchać w trakcie seksu.

– W trakcie seksu – powtórzył.

– To twój szczęśliwy dzień – dodała. – Ostatni dzień prawiczka. Wychodzi na to, że innego fiuta tu nie znajdę, a mam ochotę. Teraz jestem bogata. Zdeponowałyśmy właśnie w banku czek na dwieście tysięcy dolców.

– Dwieście tysięcy?

– No.

– O kurwa.

– Kupimy dom – mówiła. – I pójdę na studia. I nie będziemy już musiały żreć się z twoją matką. A babka może sobie umierać, stara suka. Już nigdy nas nie zobaczy. Ty też nie. No więc to jest twój szczęśliwy dzień. Najlepsza cipka, jaka ci się trafi. Nawet Budda by ją przeleciał.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Mapa połączeń

Miłość to mapa połączeń (poruszeń, gestów, wyładowań, odruchów, paroksyzmów, dreszczy), przez pewien czas regulująca proces wytwarzania afektów. Funkcjonowanie tego elektryczno-komórkowego obwodu przypomina toniczną i kloniczną fazę napadu padaczkowego z jednej strony, a skurcze mięśni i bicie serca z drugiej. Przepływ prądu elektrycznego między błonami. To układ rytmicznych ruchów, z konieczności regularne wytwarzanie intensywnych afektów, i nie ma tu większego znaczenia ich pozytywny czy negatywny ładunek. Miłość, protetyczny układ psychosomatycznych informacji, przeobraża nas w uzależnione, cybernetyczne bestie. Osoba zakochana przypomina laboratoryjnego kota, nad którym badania prowadził Norbert Wiener, gdy pracował w Fundacji Rockefellera po II wojnie światowej. Mózg usunięty pod miejscowym znieczuleniem zastąpiono u tego zwierzęcia mikroczipem, podłączonym elektroniczne do technoożywionego zewnętrznego organizmu. W epoce Prousta mechanizm pisania / czytania był jedyną dostępną metodą protetycznego przeszczepu podmiotowości. Po wynalezieniu bomby wodorowej i wysyceniu ciał, domów i całych miast mediami i informacją te protetyczne systemy obejmują dzisiaj ogólnoświatową wzmocnioną sieć cybernetyczną. Bycie zakochanym oznacza dziś nieuchronne komunikowanie się z całą planetą. Włączanie się w jej wszechświadomość.

Miłość to nieodmiennie cybernetyka nałogu. Skończyć z uzależnieniem od kogoś, dla kogoś, uczynić kogoś obiektem uzależnienia albo samej_mu uzależnić się dla kogoś od trzeciej substancji. Od niej, ode mnie, od testosteronu. Testosteron i ja. Ona i ja. Ona albo testosteron. Ona = testosteron. Wytwarzać albo przyjmować testosteron. Odstawiać testosteron dla niej. Przyjmować od niej jej testosteron.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Ból

Ból sam w sobie był ciekawą medytacją. Z wierzchu zawsze potworny, aż człowiek chciał uciekać. Bardzo trudno się nie ruszać, bardzo trudno, przynajmniej na początku, nic nie robić. Ból wywoływał panikę. Ale pod powierzchnią robił się cięższy, tępy i nieskomplikowany. Mógł stać się pewnym punktem skupienia, rzeczą obecną i niezmienną, nawet lepszą niż oddech. W stojakach wspaniałe było to, że rozkładały ból po całym ciele. Galen bał się, że naprawdę uszkodzi sobie kark i plecy, lecz to również był element bólu, strach przed okaleczeniem, trwałą utratą jakiejś części ciała. Nawet owad by tego nie chciał. Nikt nie chciał stracić ręki, nogi albo możliwości używania pleców, dlatego kiedy zbliżamy się do tego momentu, zbliżamy się do czegoś uniwersalnego, a jeśli spojrzymy dalej i uda nam się oddzielić, to może zobaczymy pustkę po uniwersalnym, okolicę prawdy.

Przestań myśleć – powtarzał sobie w duchu Galen. – Myślenie to złuda, okrada cię z bezpośredniego doświadczenia.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Nie możesz mieć wszystkiego od razu

Sansara, przywiązanie do świata. Pożądanie było ze wszystkich uczuć najgorsze. Potrzeba, którą Galen czuł w kręgosłupie, przeszywała plecy i szyję, łącząc się w ustach. Szaleństwo, absolutne szaleństwo, czas wlókł się niemiłosiernie. Tylko eunuch mógł poczuć spokój. Wykastrowany. To była najszybsza droga do oświecenia.

Tak naprawdę nie wierzył, że Jennifer przyjdzie, ale jednak przyszła. Weszła po schodach i włączyła lampkę przy łóżku. Przyniosła talię kart, włożyła spódnicę i T-shirt.

– Powiedziałam im, że zagramy sobie partyjkę przed kolacją.

Usiadła na łóżku matki i na nocnym stoliku rozdała karty do bezika. Miała krótką spódnicę, Galen nie mógł się powstrzymać przed podglądaniem. Czuł się zażenowany.

– W porządku – powiedziała Jennifer, rozchylając kolana. – Możesz popatrzeć.

Pod spódnicą nie miała bielizny.

– Mamy kilka zasad – ciągnęła. – Pierwsza: możesz robić tylko to, co każę. Druga: nie możesz wydawać żadnych dźwięków. I oczywiście nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.

– Dobrze – odparł.

– Spójrz na siebie. Co za desperacja. Dwadzieścia dwa lata i nigdy nie dorwałeś się do żadnej cipki. – Uśmiechnęła się.

– Uprawiałaś już seks?

– Oczywiście – powiedziała. – Wszyscy to robią. Oprócz ciebie. A teraz się połóż i trochę się przesuń.

Odsunął kołdrę.

– Nie – zaprotestowała Jennifer. – Zakryj się. A jeśli ktoś wejdzie, to szybko wstań i złap swoje karty.

– Okej – przytaknął. – Ale co robimy?

Weszła na materac, przyklęknęła z rozchylonymi udami nad głową Galena, obejmując ją kolanami, i schyliła się tuż nad jego twarzą.

– Rany – wyszeptał. Wyglądała lepiej niż te kobiety w piśmie, młodziej. – Idealna – dodał. – Taka piękna.

– Nie odzywaj się.

– Mogę dotknąć?

– Możesz.

Dotknął wnętrza jej uda policzkiem, później nosem. Miękkie i ciepłe.

– Zrób to zarostem – zażądała, przejechał więc brodą wzdłuż jej uda.

– Fajnie – dodała. – Obróć głowę na bok i się nie ruszaj.

Zrobił, co mu kazała, i poczuł jej wilgotne wargi sromowe na swoim policzku.

– Papier ścierny – zauważyła. – Lubię tak.

Galen lekko się zirytował, ponieważ z głową obróconą na bok nic nie widział. Jennifer ujeżdżała jego szczękę, właściwie to uprawiała seks bez niego. Obrócił twarz w jej stronę, ale odepchnęła go, kładąc rękę na czole, i dalej ocierała się o jego skórę. Wcale mu się to nie podobało. Miał mokrą twarz z jednej strony.

– Dobra – powiedziała w końcu. Obróciła mu głowę na wprost i usiadła na twarzy. – Możesz polizać.

Galen ledwie mógł oddychać. Poruszał językiem, ale najwyraźniej nie miało w ogóle znaczenia, co robił. Jennifer przesunęła się wyżej, tak że włożył nos do jej środka, zaczęła się więc ocierać o nos. Już nie miał nawet jak polizać jej cipki. Była za nisko.

– Poliż mi tyłek – szepnęła i zdał sobie sprawę, że to właśnie robi. – Tak dobrze – jęknęła. – Dobrze.

Przyspieszyła, mocniej ocierając się o nos, który utknął w tym rytmie, a Galen po prostu lizał dalej.

Niewiele słyszał, gdy Jennifer wbijała jego głowę w poduszkę, gwałtownie się kołysząc, martwił się więc, że ktoś wejdzie po schodach, a oni tego nie zauważą. Łóżko pewnie zaczęło już uderzać o ścianę.

Oddychał przez usta i musiał przełykać ślinę. Miał wrażenie, że tonie. Cała twarz i czoło zrobiły się śliskie.

– Tak dobrze – powtarzała Jennifer. Złapała Galena za tył głowy i przyciągnęła bliżej. – Potrząsaj głową – poleciła. Lizał więc i potrząsał głową w przód i w tył.

– Oooch – jęczała. – Dobrze. Liż dalej.

Zdał sobie sprawę, że zaczął wolniej poruszać językiem. Trudno było robić wszystko jednocześnie: oddychać, lizać, potrząsać głową, próbować używać zarostu.

Uda Jennifer się napięły. Przyciągnęła twarz Galena bliżej i zwolniła. Czuł, jak cała drży. Wepchnęła się w niego mocno raz jeszcze, jakby chciała mu złamać nos, po czym zatrzęsła się w miejscu.

– Oooch – jęczała. – Oooch.

Uniosła się znad jego twarzy i zadrżała jeszcze kilka razy. Mięśnie w jej udach, miękkie linie, piękny róż. Galen nie mógł uwierzyć, że na to patrzy. Na chwilę zwiotczał, ale znowu miał wzwód i nie mógł się doczekać, aż go jej włoży.

Zeszła z łóżka, a on obrócił się na bok, by wytrzeć twarz o pościel. Nawet włosy miał mokre.

– Rany – wystękał.

Jennifer obciągnęła spódnicę i usiadła na drugim łóżku. Galen naciągnął prześcieradło i koc, a kuzynka spojrzała na jego wzwód.

– Sorry – powiedziała – ale skończyłam.

– Co?

– Nie możesz mieć wszystkiego od razu.

– Ale ja nic nie dostałem.

– Roszczeniowiec. Moja matka ma rację co do ciebie. Dostałeś moją cipkę. To więcej, niż sobie zasłużyłeś. Wiesz, ilu chłopaków w szkole zabiłoby, żeby choć zobaczyć moją cipkę?

– Mogę chociaż na nią patrzeć i sobie zwalić?

– Nie. Skończyłam. Bierz karty.

– Kurwa.

– Nie bądź beksą.

Galen poczuł falę gniewu. Ale nie chciał czegoś palnąć. Usiadł więc, oparł się o ścianę na poduszce i podniósł karty.

– No i git – skwitowała Jennifer. – Aha, i chyba wolałbyś umyć twarz przed kolacją.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Desire to be consumed

The sound of sucking means many things and all of them are synonymous with hunger. It is no wonder, our obsession with vampires, werewolves, flesh-eating zombies. Lust is also a desire to be consumed. The vampire’s victim is arched in terrified ecstasy. We agree on this fantasy by the billion: devour us, leave us no choice but to surrender. Under my mouth, my beloved squirmed. Her hips rose, shoulders clenched, body resisted and yielded at once. The vampire is all measure and seduction until he tastes and loses control in the ravening.

Melissa Febos, Abandon Me, 2017.

Agnes swirls out her red lipstick

Staring into the dull silver of the elevator doors Agnes swirls out her red lipstick, which she strokes firmly onto her lips, back and forth, a brick the same shade as her penciled-in Marlene Dietrich eyebrows, matching her china doll moon face framed by brazenly red hair carefully flipped up. Agnes’ hair color changed with her whims, more violent seasons than the city’s monochrome. It’s my signature she would say. For someone like Agnes it was important to have a signature. How else will she remember herself?

Kate Zambreno, Green Girl.

To hear my name and feel nothing

Shortening my name did not lessen me for long. I moved into the basement and Melissa swelled again to fill it. I read Plath and Lorde and lay on the floor and wished for Duras’s lover. No, to be that lover. To say everything in so few words. I wished to be silent but blistered with sound. I breathed it into my dark basement, into girls’ mouths, into my hands. I prayed for such small hands but I was a Hekatonkheir, hundred-handed and hungry. You touch too hard, said the first girl I loved. I rode my bike from ocean to ocean but her words followed me.

So I left home. And though I loved that dirty water, Boston was not box enough. Even New York could not quiet me.

Then heroin did. Drugs emptied me, refilled that space with vapors. Even the fiery melt of crack was an emptying: inhale it, and exhale the unseen self in a smoky swarm. The crackling splatter of me in that hot glass skillet—the abracadabra of evaporation.

How can I explain this? To hear my name and feel nothing. Freedom. Melissa became a mannequin of moveable parts. I could make her do anything. Dye my hair. Change my clothes. Answer an advertisement in the newspaper: Young woman wanted for role-play and domination. Good money. No sex. It was a challenge, and I had something to prove. Names meant nothing in that place. Melissa stepped into the elevator and Justine stepped out. It wasn’t me. Those men could call me anything and I never flinched. It felt like choice.

At the end, when I had descended so far beyond the bare fact of myself that it was no longer escaped, but lost, I’d whisper into my cupped hand, Melissa. A caught bee, its familiar hum held to my ear. Melissa. I wanted to go home. I wanted a new word for help. I wanted a name for what remained underneath what I had become. It was the first time I admitted that Melissa might be such a name.

Melissa Febos, Abandon Me, 2017.

Paris Hilton w łóżku z Maksem Weberem i Paulem B. Preciado

Purytańska erotyka władzy – w postaci rozpoznanej i opisanej przez Maksa Webera w jego pracy Etyka protestancka a duch kapitalizmu, z jej wartościami takimi jak emocjonalna i moralna stałość, samokontrola i dyskrecja – panująca przez większość czasu w obrębie zachodniego dyscyplinarnego ustroju seksualności, począwszy od XVII wieku, z wolna zaczyna odsłaniać swe farmakopornograficzne fundamenty. Zgodnie z intuicjami Webera to nie materializm, lecz etyka protestanckiego życia umożliwiła rozkwit kapitalizmu. Ściągające dotąd boże potępienie i karę, stanowiące także oznakę nieskromnego zbytku poświęcanie się pracy i pogoń za sukcesem ekonomicznym stały się dowodem na umiłowanie Boga. Bóg krążył odtąd w ciele, towarach i w gruntach za pośrednictwem kapitału. Z tej racji zasadą regulującą produkowanie życia i zarządzanie ludnością w epoce farmakopornografii jest nie hedonizm czy zaspokajanie zmysłowych żądz, lecz postchrześcijańsko-wolnorynkowo-punkowa etyka, sterowana zasadą przymusowego odtwarzania cyklu pobudzenia–frustracji, aż po granicę nieodwracalnej zagłady całego ekosystemu.

Przykładem takiej w pełni realistycznej protezy, zwiastującej pornograficzną przyszłość Weberowskiego wolnorynkowego protestantyzmu, jest postać Paris Hilton. Stanowiąc wyraźne odstępstwo od modelu nieposzlakowanej amerykańskiej doskonałości, ucieleśnia ona zwieńczenie seksopolitycznej produkcji luksusowych białych heteroseksualnych technosuk. Jako wydziedziczona spadkobierczyni wycenianego na wiele milionów dolarów imperium hotelarskiego i firmy zajmującej się obrotem nieruchomościami, Hilton porzuciła tradycyjne instytucje oświatowe, by podjąć pracę w programach telewizyjnych takich jak The Simple Life, następnie zaś wykorzystała swe filmy do rozreklamowania własnego życia w typowo farmakopornograficznym trybie. Nie wyrzekła się Weberowskiej etyki protestanckiej ani ducha kapitalizmu. Bynajmniej: wpoiła ją sobie i wykorzystała, by następnie wynieść ją na szczyty farmakopornograficznej produkcji medialnej. Pusta i banalna Hilton przeleciała Herr Webera. Wbrew pozornej skłonności do występków i próżniactwa, Paris Hilton jako zjawisko nie wykazuje najmniejszych odstępstw względem kapitalistycznej ekonomii. Przeciwnie, całe jej życie i seksualność uległy pod ścisłym nadzorem przemianie w pracę – w cyfrowe obrazy, mogące odtąd krążyć po całym świecie. Jej zwycięstwo polega na tym, że potrafiła wykorzystać swe ciało i swą seksualność jako najwyższe wartości na globalnym rynku wymiany w ramach farmakopornograficznego kapitalizmu. W tym sensie Paris Hilton można by uznać za technologicznie zaawansowaną farmakopornograficzną robotnicę seksualną i prawdopodobnie właśnie ten robotniczy wymiar jej niemoralności najbardziej wadzi jej pradziadziusiowi Hiltonowi.

Nawet jeśli Paris Hilton zdołała wprowadzić samą siebie na rynek jako wzorcowe ucieleśnienie farmakopornograficznego sposobu produkcji, nie był to – w odróżnieniu od aktorek porno od lat 70. po lata 90., od Marilyn Chambers po Jennę Jameson – efekt jej walorów jako seksbomby. Hilton skrajnie różni się od tradycyjnych aktorek porno: nie znalazła się w branży filmów pornograficznych z ekonomicznej konieczności ani nie została na nią skazana przez społeczny los; przeciwnie, sama wymyśliła i zaplanowała swe przeobrażenie w gwiazdę Google’a, korzystając z własnego imperium finansowego. Co więcej, nie budzi ona większego masturbacyjnego zainteresowania, ani na poziomie cielesnym, ani aktorskim, co sugeruje, że gdyby nie jej fortuna – i potężna machina reklamowa – nigdy nie byłaby w stanie przebić się na rynku pornografii, stając do konkurencji z takimi aktorkami jak Traci Lords czy Katsumi. Jeśli postać Paris Hilton budzi jakieś rzeczywiste teoretyczno-polityczne zainteresowanie (poza celem masturbacji), to dlatego, że obrazuje współczesną tendencję typową dla wszystkich form pracy i produkcji wartości – tendencję do przekształcania się w produkcję farmakopornograficzną, a tym samym zwiastuje „pornograficzną przyszłość” produkcji wartości w ramach współczesnego kapitalizmu w ogóle.

Za purytańskimi wartościami, rozpoznanymi i odsłoniętymi rzekomo przez Webera, kryją się cyfrowe obrazy całkowicie wydepilowanej woskiem cipy Paris Hilton, napakowanych testosteronem mięśni Arnolda Schwarzeneggera i dostępnej powszechnie na całym świecie Viagry, pompującej zwiotczałe i obwisłe zwykle po pięćdziesiątce biokutasy.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Chodź, chodź!

Zabrała mnie do hotelu Terasse, by zrobić ze mnie swą kurwę. Byłem naćpany testosteronem, na kompletnym haju. Czułem, jak moje ciało doświadcza otwierania się nowych komórkowych ośrodków recepcji i pobudzenia, agresji, siły. Ten stan nie trwał jednak długo. W każdej chwili mogła mną owładnąć słabość: znów mogłem zaznać zakochania, poczucia kruchości, z niezachwianą somatyczną pewnością, bez potrzeby samooszukiwania. Ledwie przekroczyliśmy próg hotelu, udała się prosto do recepcji, podając im pseudonim, otworzyła swą wielkopańską torebkę marki Chanel, wyjęła z niej kartę kredytową i zapłaciła za wszystko z góry, łącznie z dwoma colami i dwoma batonami Toblerone z minibaru, które mieliśmy zjeść po wszystkim. Nie wykonałem najmniejszego gestu, który mógłby świadczyć o chęci zapłacenia. Na to opiewała nasza umowa: ona płaci, ja pierdolę.

Weszliśmy po schodach na czwarte piętro. Na klatce schodowej oświadczyła: „Chcę móc cię tutaj, natychmiast, wylizać”. Rozebrała się bez słowa. Pieściła swe sutki, jęcząc. Tatuaże na jej alabastrowej skórze przypominały wykonane tuszem płaskorzeźby. „Chodź, chodź!”. Byliśmy w hotelu Terasse, w XVIII dzielnicy, gdzie wraz z CTT kręciła scenę z filmu Baise-Moi, w której Karen tańczy z Raffaëllą. Wcześniej, na plaży, z morzem w tle i samochodem na piasku, Manu mówi do Nadine: „Myślę, że powinnyśmy być razem”. Ich tańcowi towarzyszą powtarzające się w kółko słowa: „Ujrzeć, co chcę zobaczyć, poczuć, co czuć pragnę”. Ta rozkosz nie przypominała żadnej innej, nawet tej, jaką czerpie się z masturbowania się przed telewizorem czy z palenia papierosów. Była to rozkosz płynąca z przekonania, że zostaną ze sobą bez względu na wszystko. Następnie udały się do miasta, by ukraść karty kredytowe, napadłszy jakąś dziewczynę przy bankomacie. W drodze powrotnej namierzają dwóch facetów, idą z nimi do pokoju – tego, w którym właśnie pieprzyłam się z V – i przyglądają się sobie z łóżek, dzieląc przyjemność bycia jednocześnie penetrowanymi.

Tego dnia, w tym samym pokoju, do którego trafiły Karen z Raff, po raz pierwszy rżnęliśmy się nago. Sklejeni miednicami, z połączonymi ze sobą kroczami, z organami gryzącymi się nawzajem niczym pyski dwóch psów, które się rozpoznają. Gdy tak się rżnęliśmy, czułam, jak cała moja polityczna historia, wszystkie lata, które upłynęły na feminizmie, kierują się teraz wprost do wnętrza jej ciała i do niego wnikają, jak gdyby jej skóra stanowiła dla nich jedyne dogodne schronienie. Gdy szczytowałem, Wittig i Davies, Woolf i Solanas, La Pasionaria, Kate Bornstein i Annie Sprinkle buzowały wraz ze mną. Mój feminizm pokrywał ją niczym przejrzyste nasienie, pióropusz politycznych iskier.

Gdy obudziłem się już po wszystkim, jej dłoń tkwiła we mnie. Całe jej ciało stało się moim kutasem, wyłaniało się z moich lędźwi. Żyły na jej ramionach miały jednak znacznie więcej klasy aniżeli żyły biokutasa. Objąłem jej ramię obiema dłońmi i masowałem je z góry do dołu niczym w trakcie jakiegoś seansu kontrseksualnej masturbacji. Następnie przeszedłem całą drogę z powrotem do jej prawego barku, szyi i wetknąłem jej w usta dwa palce. Ssała je, nie wyjmując ręki z mego ciała. Z tego stosunku sił, z tej hierarchii funkcji, której trwałość z konieczności była czymś jedynie tymczasowym, płynęła cała rozkosz. Trwałyśmy w tym układzie, póki nie doszedłem w jej dłoni, póki moja dłoń nie doszła w jej ustach.

Opuściliśmy hotel. Piekły mnie łokcie. Pieprzenie jej było cięższe niż praca w fabryce, trudniejsze niż prowadzenie tira wyładowanego nitrogliceryną w jakimś westernie. Ona obdziera mnie ze skóry, za każdym razem.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść

Pochyliłem się nad nią, zawołałem ją głośno, po imieniu; i od razu – mogę zaświadczyć bez chwili zwłoki – z jej ust, jeszcze zaciśniętych, wydobyło się coś na kształt tchnienia, oddechu, który powoli przemienił się w lekki, słaby okrzyk; niemal jednocześnie – jestem tego pewien – jej ręce drgnęły, próbując się unieść. Powieki były jeszcze całkiem zamknięte. Ale po sekundzie, może dwóch, otworzyły się nagle, i otworzyły się na coś straszliwego, o czym nie będę mówił, na najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść, i sądzę, że gdybym w tamtej chwili zadrżał i poczuł strach, wszystko byłoby stracone, ale moja czułość była tak wielka, że nawet nie pomyślałem o szczególnym charakterze tego, co się wydarzało, a co wydało mi się czymś całkiem naturalnym z powodu tego nieskończonego impulsu, który prowadził mnie na spotkanie z nią, i wziąłem ją w ramiona, a jej ramiona obejmowały mnie, i od tej chwili ona była nie tylko całkiem żywa, ale też doskonale naturalna, wesoła i niemal ozdrowiała.

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.