Desire to be consumed

The sound of sucking means many things and all of them are synonymous with hunger. It is no wonder, our obsession with vampires, werewolves, flesh-eating zombies. Lust is also a desire to be consumed. The vampire’s victim is arched in terrified ecstasy. We agree on this fantasy by the billion: devour us, leave us no choice but to surrender. Under my mouth, my beloved squirmed. Her hips rose, shoulders clenched, body resisted and yielded at once. The vampire is all measure and seduction until he tastes and loses control in the ravening.

Melissa Febos, Abandon Me, 2017.

Agnes swirls out her red lipstick

Staring into the dull silver of the elevator doors Agnes swirls out her red lipstick, which she strokes firmly onto her lips, back and forth, a brick the same shade as her penciled-in Marlene Dietrich eyebrows, matching her china doll moon face framed by brazenly red hair carefully flipped up. Agnes’ hair color changed with her whims, more violent seasons than the city’s monochrome. It’s my signature she would say. For someone like Agnes it was important to have a signature. How else will she remember herself?

Kate Zambreno, Green Girl.

To hear my name and feel nothing

Shortening my name did not lessen me for long. I moved into the basement and Melissa swelled again to fill it. I read Plath and Lorde and lay on the floor and wished for Duras’s lover. No, to be that lover. To say everything in so few words. I wished to be silent but blistered with sound. I breathed it into my dark basement, into girls’ mouths, into my hands. I prayed for such small hands but I was a Hekatonkheir, hundred-handed and hungry. You touch too hard, said the first girl I loved. I rode my bike from ocean to ocean but her words followed me.

So I left home. And though I loved that dirty water, Boston was not box enough. Even New York could not quiet me.

Then heroin did. Drugs emptied me, refilled that space with vapors. Even the fiery melt of crack was an emptying: inhale it, and exhale the unseen self in a smoky swarm. The crackling splatter of me in that hot glass skillet—the abracadabra of evaporation.

How can I explain this? To hear my name and feel nothing. Freedom. Melissa became a mannequin of moveable parts. I could make her do anything. Dye my hair. Change my clothes. Answer an advertisement in the newspaper: Young woman wanted for role-play and domination. Good money. No sex. It was a challenge, and I had something to prove. Names meant nothing in that place. Melissa stepped into the elevator and Justine stepped out. It wasn’t me. Those men could call me anything and I never flinched. It felt like choice.

At the end, when I had descended so far beyond the bare fact of myself that it was no longer escaped, but lost, I’d whisper into my cupped hand, Melissa. A caught bee, its familiar hum held to my ear. Melissa. I wanted to go home. I wanted a new word for help. I wanted a name for what remained underneath what I had become. It was the first time I admitted that Melissa might be such a name.

Melissa Febos, Abandon Me, 2017.

Paris Hilton w łóżku z Maksem Weberem i Paulem B. Preciado

Purytańska erotyka władzy – w postaci rozpoznanej i opisanej przez Maksa Webera w jego pracy Etyka protestancka a duch kapitalizmu, z jej wartościami takimi jak emocjonalna i moralna stałość, samokontrola i dyskrecja – panująca przez większość czasu w obrębie zachodniego dyscyplinarnego ustroju seksualności, począwszy od XVII wieku, z wolna zaczyna odsłaniać swe farmakopornograficzne fundamenty. Zgodnie z intuicjami Webera to nie materializm, lecz etyka protestanckiego życia umożliwiła rozkwit kapitalizmu. Ściągające dotąd boże potępienie i karę, stanowiące także oznakę nieskromnego zbytku poświęcanie się pracy i pogoń za sukcesem ekonomicznym stały się dowodem na umiłowanie Boga. Bóg krążył odtąd w ciele, towarach i w gruntach za pośrednictwem kapitału. Z tej racji zasadą regulującą produkowanie życia i zarządzanie ludnością w epoce farmakopornografii jest nie hedonizm czy zaspokajanie zmysłowych żądz, lecz postchrześcijańsko-wolnorynkowo-punkowa etyka, sterowana zasadą przymusowego odtwarzania cyklu pobudzenia–frustracji, aż po granicę nieodwracalnej zagłady całego ekosystemu.

Przykładem takiej w pełni realistycznej protezy, zwiastującej pornograficzną przyszłość Weberowskiego wolnorynkowego protestantyzmu, jest postać Paris Hilton. Stanowiąc wyraźne odstępstwo od modelu nieposzlakowanej amerykańskiej doskonałości, ucieleśnia ona zwieńczenie seksopolitycznej produkcji luksusowych białych heteroseksualnych technosuk. Jako wydziedziczona spadkobierczyni wycenianego na wiele milionów dolarów imperium hotelarskiego i firmy zajmującej się obrotem nieruchomościami, Hilton porzuciła tradycyjne instytucje oświatowe, by podjąć pracę w programach telewizyjnych takich jak The Simple Life, następnie zaś wykorzystała swe filmy do rozreklamowania własnego życia w typowo farmakopornograficznym trybie. Nie wyrzekła się Weberowskiej etyki protestanckiej ani ducha kapitalizmu. Bynajmniej: wpoiła ją sobie i wykorzystała, by następnie wynieść ją na szczyty farmakopornograficznej produkcji medialnej. Pusta i banalna Hilton przeleciała Herr Webera. Wbrew pozornej skłonności do występków i próżniactwa, Paris Hilton jako zjawisko nie wykazuje najmniejszych odstępstw względem kapitalistycznej ekonomii. Przeciwnie, całe jej życie i seksualność uległy pod ścisłym nadzorem przemianie w pracę – w cyfrowe obrazy, mogące odtąd krążyć po całym świecie. Jej zwycięstwo polega na tym, że potrafiła wykorzystać swe ciało i swą seksualność jako najwyższe wartości na globalnym rynku wymiany w ramach farmakopornograficznego kapitalizmu. W tym sensie Paris Hilton można by uznać za technologicznie zaawansowaną farmakopornograficzną robotnicę seksualną i prawdopodobnie właśnie ten robotniczy wymiar jej niemoralności najbardziej wadzi jej pradziadziusiowi Hiltonowi.

Nawet jeśli Paris Hilton zdołała wprowadzić samą siebie na rynek jako wzorcowe ucieleśnienie farmakopornograficznego sposobu produkcji, nie był to – w odróżnieniu od aktorek porno od lat 70. po lata 90., od Marilyn Chambers po Jennę Jameson – efekt jej walorów jako seksbomby. Hilton skrajnie różni się od tradycyjnych aktorek porno: nie znalazła się w branży filmów pornograficznych z ekonomicznej konieczności ani nie została na nią skazana przez społeczny los; przeciwnie, sama wymyśliła i zaplanowała swe przeobrażenie w gwiazdę Google’a, korzystając z własnego imperium finansowego. Co więcej, nie budzi ona większego masturbacyjnego zainteresowania, ani na poziomie cielesnym, ani aktorskim, co sugeruje, że gdyby nie jej fortuna – i potężna machina reklamowa – nigdy nie byłaby w stanie przebić się na rynku pornografii, stając do konkurencji z takimi aktorkami jak Traci Lords czy Katsumi. Jeśli postać Paris Hilton budzi jakieś rzeczywiste teoretyczno-polityczne zainteresowanie (poza celem masturbacji), to dlatego, że obrazuje współczesną tendencję typową dla wszystkich form pracy i produkcji wartości – tendencję do przekształcania się w produkcję farmakopornograficzną, a tym samym zwiastuje „pornograficzną przyszłość” produkcji wartości w ramach współczesnego kapitalizmu w ogóle.

Za purytańskimi wartościami, rozpoznanymi i odsłoniętymi rzekomo przez Webera, kryją się cyfrowe obrazy całkowicie wydepilowanej woskiem cipy Paris Hilton, napakowanych testosteronem mięśni Arnolda Schwarzeneggera i dostępnej powszechnie na całym świecie Viagry, pompującej zwiotczałe i obwisłe zwykle po pięćdziesiątce biokutasy.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Chodź, chodź!

Zabrała mnie do hotelu Terasse, by zrobić ze mnie swą kurwę. Byłem naćpany testosteronem, na kompletnym haju. Czułem, jak moje ciało doświadcza otwierania się nowych komórkowych ośrodków recepcji i pobudzenia, agresji, siły. Ten stan nie trwał jednak długo. W każdej chwili mogła mną owładnąć słabość: znów mogłem zaznać zakochania, poczucia kruchości, z niezachwianą somatyczną pewnością, bez potrzeby samooszukiwania. Ledwie przekroczyliśmy próg hotelu, udała się prosto do recepcji, podając im pseudonim, otworzyła swą wielkopańską torebkę marki Chanel, wyjęła z niej kartę kredytową i zapłaciła za wszystko z góry, łącznie z dwoma colami i dwoma batonami Toblerone z minibaru, które mieliśmy zjeść po wszystkim. Nie wykonałem najmniejszego gestu, który mógłby świadczyć o chęci zapłacenia. Na to opiewała nasza umowa: ona płaci, ja pierdolę.

Weszliśmy po schodach na czwarte piętro. Na klatce schodowej oświadczyła: „Chcę móc cię tutaj, natychmiast, wylizać”. Rozebrała się bez słowa. Pieściła swe sutki, jęcząc. Tatuaże na jej alabastrowej skórze przypominały wykonane tuszem płaskorzeźby. „Chodź, chodź!”. Byliśmy w hotelu Terasse, w XVIII dzielnicy, gdzie wraz z CTT kręciła scenę z filmu Baise-Moi, w której Karen tańczy z Raffaëllą. Wcześniej, na plaży, z morzem w tle i samochodem na piasku, Manu mówi do Nadine: „Myślę, że powinnyśmy być razem”. Ich tańcowi towarzyszą powtarzające się w kółko słowa: „Ujrzeć, co chcę zobaczyć, poczuć, co czuć pragnę”. Ta rozkosz nie przypominała żadnej innej, nawet tej, jaką czerpie się z masturbowania się przed telewizorem czy z palenia papierosów. Była to rozkosz płynąca z przekonania, że zostaną ze sobą bez względu na wszystko. Następnie udały się do miasta, by ukraść karty kredytowe, napadłszy jakąś dziewczynę przy bankomacie. W drodze powrotnej namierzają dwóch facetów, idą z nimi do pokoju – tego, w którym właśnie pieprzyłam się z V – i przyglądają się sobie z łóżek, dzieląc przyjemność bycia jednocześnie penetrowanymi.

Tego dnia, w tym samym pokoju, do którego trafiły Karen z Raff, po raz pierwszy rżnęliśmy się nago. Sklejeni miednicami, z połączonymi ze sobą kroczami, z organami gryzącymi się nawzajem niczym pyski dwóch psów, które się rozpoznają. Gdy tak się rżnęliśmy, czułam, jak cała moja polityczna historia, wszystkie lata, które upłynęły na feminizmie, kierują się teraz wprost do wnętrza jej ciała i do niego wnikają, jak gdyby jej skóra stanowiła dla nich jedyne dogodne schronienie. Gdy szczytowałem, Wittig i Davies, Woolf i Solanas, La Pasionaria, Kate Bornstein i Annie Sprinkle buzowały wraz ze mną. Mój feminizm pokrywał ją niczym przejrzyste nasienie, pióropusz politycznych iskier.

Gdy obudziłem się już po wszystkim, jej dłoń tkwiła we mnie. Całe jej ciało stało się moim kutasem, wyłaniało się z moich lędźwi. Żyły na jej ramionach miały jednak znacznie więcej klasy aniżeli żyły biokutasa. Objąłem jej ramię obiema dłońmi i masowałem je z góry do dołu niczym w trakcie jakiegoś seansu kontrseksualnej masturbacji. Następnie przeszedłem całą drogę z powrotem do jej prawego barku, szyi i wetknąłem jej w usta dwa palce. Ssała je, nie wyjmując ręki z mego ciała. Z tego stosunku sił, z tej hierarchii funkcji, której trwałość z konieczności była czymś jedynie tymczasowym, płynęła cała rozkosz. Trwałyśmy w tym układzie, póki nie doszedłem w jej dłoni, póki moja dłoń nie doszła w jej ustach.

Opuściliśmy hotel. Piekły mnie łokcie. Pieprzenie jej było cięższe niż praca w fabryce, trudniejsze niż prowadzenie tira wyładowanego nitrogliceryną w jakimś westernie. Ona obdziera mnie ze skóry, za każdym razem.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść

Pochyliłem się nad nią, zawołałem ją głośno, po imieniu; i od razu – mogę zaświadczyć bez chwili zwłoki – z jej ust, jeszcze zaciśniętych, wydobyło się coś na kształt tchnienia, oddechu, który powoli przemienił się w lekki, słaby okrzyk; niemal jednocześnie – jestem tego pewien – jej ręce drgnęły, próbując się unieść. Powieki były jeszcze całkiem zamknięte. Ale po sekundzie, może dwóch, otworzyły się nagle, i otworzyły się na coś straszliwego, o czym nie będę mówił, na najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść, i sądzę, że gdybym w tamtej chwili zadrżał i poczuł strach, wszystko byłoby stracone, ale moja czułość była tak wielka, że nawet nie pomyślałem o szczególnym charakterze tego, co się wydarzało, a co wydało mi się czymś całkiem naturalnym z powodu tego nieskończonego impulsu, który prowadził mnie na spotkanie z nią, i wziąłem ją w ramiona, a jej ramiona obejmowały mnie, i od tej chwili ona była nie tylko całkiem żywa, ale też doskonale naturalna, wesoła i niemal ozdrowiała.

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.

Green Girls

As she closes her door, she sees Agnes coming out of her room down the hall. A girl like Agnes spends the entire morning putting herself together. Or putting herself back together. Agnes did not wear clothes. She wears a costume. Green girls and their costumes, their trying on of brazen identities. Some green girls very in vogue wear cigarette jeans, but girls like Agnes and Ruth only smoke cigarettes. They are the type of green girls to model themselves on La Nouvelle Vague, they are new and they are vague. They are the type to wear skirts and dresses with stockings, a specific classification. Today Agnes is wearing a tight cherry-red cardigan and a vintage mustard yellow A-line. A darker mustard trench coat. Enormous sunglasses engulfed her face, as if to cultivate an air of mystery.

Kate Zambreno, Green Girl.

Lubię patrzeć

Galen obudził się i kilka centymetrów od swojej twarzy zobaczył majtki Jennifer, a jej uda po obu stronach swojej głowy.

– Dzień dobry, kuzynie – usłyszał. – Wiesz, to grzech podglądać. Ale ty robisz to nieustannie. Pomyślałam więc, że pozwolę ci się porządnie napatrzeć.

Niebieski jedwab, inny odcień od wczorajszej niebieskiej bawełny. Bardziej obcisłe. Czuł ciepło. Próbował ją powąchać, ale pachniała tylko mydłem.

Bał się cokolwiek powiedzieć. Nie chciał, żeby to się skończyło.

– Dwudziestodwuletni prawiczek – mówiła. – Bliżej nigdy nie byłeś, co?

– Nie – odparł.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Widać nie jestem zbyt popularny.

– No i maminsynek. Nigdy nie wychodzisz z tego domu.

– Ludzie nie doceniają duchowości.

– Świry nie mogą podupczyć. Możesz sobie teraz zwalić. Możesz sobie zwalić, patrząc na mnie.

Sięgnął więc na dół i zaczął ciągnąć, mocno ściskać, to był przyjemny ból.

– Odwrócę się – powiedziała – żeby popatrzeć.

Stanęła na łóżku, które zakołysało się niczym ocean, i uklękła ponownie, tym razem tyłem. Ściągnęła koc i prześcieradło, żeby odsłonić Galena. On ciągnął mocniej. Takiego widoku nigdy przedtem nie doświadczył. Tył jej ud i pupy, idealne kształty, piękne krągłości, zagłębienie w lekko odstających pośladkach. Rąbek majtek na miękkiej kremowej skórze.

– Możesz odsunąć trochę brzeg majtek? – zapytał. – Chcę zobaczyć.

– Nie – odparła. – Jeszcze nie. Na razie wystarczą ci majtki.

– Jeszcze nie.

– A po co ci to w ogóle potrzebne? Myślałam, że wolisz duchowość.

Członek Galena nigdy nie był taki twardy. Dotykał go wolniej, by wszystko przedłużyć, i zauważył, że Jennifer robi się mokra, jedwab pociemniał na środku.

– Robisz się wilgotna – powiedział.

– No – odparła. – Lubię to. Lubię patrzeć. Teraz chcę widzieć, jak dochodzisz.

Przyspieszył więc ruch ręką i wypchnął biodra do przodu, czując, jak każda część ciała mocno się spina, po czym doszedł, odchylił szyję i zatrząsł się z przyjemności. Kiedy otworzył oczy, zobaczył jej ciemne, mokre majtki nad sobą i zapragnął jej posmakować.

– Proszę. Pokaż mi albo pozwól polizać.

Jennifer stanęła na łóżku, ostrożnie zeszła na podłogę, boso.

– Nie – odparła. – Ale było fajnie. Podobało mi się. Zawsze miło spędzić czas z rodziną.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Massive demand for meat

Cannibalism, another word that could cause him major problems. He remembers when they announced the existence of GGB. The mass hysteria, the suicides, the fear. After GGB, animals could no longer be eaten because they’d been infected by a virus that was fatal to humans. That was the official line. The words carry the weight necessary to mould us, to suppress all questioning, he thinks.

Barefoot, he walks through the house. After GGB, the world changed definitively. They tried vaccines, antidotes, but the virus resisted and mutated. He remembers articles that spoke of the revenge of the vegans, others about acts of violence against animals, doctors on television explaining what to do about the lack of protein, journalists confirming that there wasn’t yet a cure for the animal virus. He sighs and lights another cigarette.

He’s alone. His wife has gone to live with her mother. It’s not that he still misses her, but there’s an emptiness in the house that keeps him awake, that troubles him. He takes a book off the shelf. No longer tired, he turns on the light to read, then turns it off. He touches the scar on his hand. The incident happened a long time ago and it doesn’t hurt any more. It was a pig. He was very young, just starting out, and hadn’t known that the meat needed to be respected, until the meat bit him and almost took his hand off. The foreman and the others couldn’t stop laughing. You’ve been baptized, they said. His father didn’t say anything. After that bite, they stopped seeing him as the boss’s son and he became one of the team. But neither the team nor the Cypress Processing Plant exist, he thinks.

He picks up his phone. There are three missed calls from his mother-in-law. None from his wife.

Unable to bear the heat, he decides to shower. He turns on the tap and sticks his head under the cold water. He wants to erase the distant images, the memories that persist. The piles of cats and dogs burned alive. A scratch meant death. The smell of burned meat lingered for weeks. He remembers the groups in yellow protective suits that scoured the neighbourhoods at night, killing and burning every animal that crossed their paths.

The cold water falls onto his back. He sits down on the floor of the shower and slowly shakes his head. But he can’t stop remembering. Groups of people had started killing others and eating them in secret. The press documented a case of two unemployed Bolivians who had been attacked, dismembered and barbecued by a group of neighbours. When he read the news, he shuddered. It was the first public scandal of its kind and instilled the idea in society that in the end, meat is meat, it doesn’t matter where it’s from.

He tilts his head up so the water falls onto his face. What he wants is for the drops to wipe his mind blank. But he knows the memories are there, they always will be. In some countries, immigrants began to disappear en masse. Immigrants, the marginalized, the poor. They were persecuted and eventually slaughtered. Legalization occurred when the governments gave in to pressure from a big-money industry that had come to a halt. They adapted the processing plants and regulations. Not long after, they began to breed people as animals to supply the massive demand for meat.

Agustina Bazterrica, Tender is the Flesh, tł. Sarah Moses, 2020