Niebieski czajnik, kuty pogrzebacz, złote pośladki, zielony fortepian

Chwilami zapominam, że to wszystko jest tylko tworem mojej wyobraźni. Zaczynam myśleć o wyspie tak, jakby istniała rzeczywiście, a wszystko, co się na niej znajduje, było prawdziwe, oporne wszelkim ingerencjom, zniszczenia zaś stanowiły nie tyle zamysł estetyczny, co wynik działania czasu. Przyłapuję się na tym, że zaglądam do niebieskich czajników, walczę z pajęczynami lub spoglądam w zadumie na szarawozielony mech porastający dolną krawędź kamiennej balustrady. Zastanawiam się, czy ktoś może bez mojej wiedzy wędrować po wyspie, zastanawiam się, czy może się zdarzyć, że umrę, a czajnik pozostanie. „Sprowadziłem dwie siostry na wymyśloną wyspę” – mówię. Wcale nie przesadzam. To przecież ja wyposażyłem je w ciekawość i życiorysy, apetyt i mowę. Jeżeli mają imiona czy smutki, to też ode mnie. „Prawdę powiedziawszy – dodaję – beze mnie nie miałyby i pizd”. Nie chcę tym (Przerywam, żeby oznajmić, iż zrobiłem już wszystko, co miałem do zrobienia. Wkraczam z tą wieścią akurat teraz, bo chwila ku temu wydaje mi się odpowiednia. Wiele was jeszcze czeka, na niejedną próbę jeszcze was wystawię, ale już więcej się do was nie odezwę. Czyżby więc koniec mógł nastąpić w środku? Tak jest, tak dzieje się zawsze…) nikogo gorszyć, a tylko unaocznić pewną prawdę – jednakże sam poniekąd gorszę się sobą. Co innego jest odkryć gęste kudły między własnymi pośladkami, co innego przyłapać się na ściąganiu złotych portek z siostry Karen. Może to w sumie i wychodzi na jedno, lecz jakkolwiek się te sprawy mają, jestem zaniepokojony. Skąd się bierze ta iluzja, to wrażenie „twardości” niebieskiego czajnika, kutego pogrzebacza, złotych pośladków czy zielonego fortepianu?

*

W sześciokątnej loggii pałacyku stoi pomalowany na jasnozielono fortepian – jest popękany i połamany: to skutki działania czasu i wandali. Łatwo jest wyobrazić sobie przy nim dziecko – jego wesoły kolor sugeruje podobny dodatek – może nawet dwoje, słoneczny dzień… nie, nie, inaczej: nad jeziorem szaleje burza, niebo jest czarne, skłębione i srogie, dzieci są w domu, bezpieczne od wichury i ulewnego deszczu, dziewczynka siedzi po prawej stronie, chłopczyk po lewej, popychają się trochę dzieląc na dwoje klawiaturę, babcia, a może tylko jakaś pani, ale najlepiej babcia, siedzi na ławce pod oknem i patrzy na spienione, granatowoczarne jezioro, dzieci ćwiczą palcówki, śmieją się, na pewno są trochę hałaśliwe, a babcia, czy pani, spogląda na nie od czasu do czasu, uśmiecha się cierpliwie, gdy przechwytują jej spojrzenie, a potem… ale to przecież tylko domysły, nie wiadomo, czy tu w ogóle mieszkały dzieci, a jeśli nawet tak, to czy szczeniaki miałyby ochotę grać na zielonym fortepianie w czasie burzy, i to jeszcze w dodatku ćwiczyć palcówki? Nie, to tylko wytwór wyobraźni – podobne myśli przychodzą do głowy dziewczynie w złotych spodniach, która wyciąga właśnie rękę i uderza w klawisz. Nie rozlega się oczywiście żaden ton. Klawisze są wyszczerbione i pożółkłe, pedały rozmontowane, wyrwane struny wiszą jak pordzewiałe włosy. Dziewczyna zastanawia się, jak sama teraz wygląda, czuje, że kosmyk włosów opadł jej na czoło, ale w pałacyku nie ma luster. Rozkradziono je lub potłuczono. Zaczyna żałować, że nie była w nim za czasów jego świetności: rozgląda się wkoło, patrzy na wspaniały, drewniany strop loggii, na ogromny kamienny kominek, na stary but leżący przy drzwiach i na gniazdo os wiszące nad wybitym oknem. Wzdycha, wychodzi na wielki taras, z którego roztacza się widok na całe jezioro. „Przygnębiające miejsce” – mówi głośno.

Robert Coover, Zaczarowany pogrzebacz, tłum. Tomasz Mirkowicz, [W:] Gabinet luster. Krótka proza amerykańska 1961-1977, pod red. Zbigniewa Lewickiego, Warszawa 1980, ss. 128-130.