Śniadanie i noc w Pensylwanii

podoba ci się, jak mój język wciska się między twoje wąskie wargi?

pokaż

tryśnij mi w usta

W początkach małżeństwa była taka noc w zajeździe w Pensylwanii. Zapalili z Jacobem dżointa – oboje palili pierwszy raz od college’u – leżeli nadzy w łóżku i przyrzekli sobie dzielić się wszystkim, wszystkim bez wyjątku, niezależnie od wstydu, dyskomfortu czy ewentualnego bólu. Zdawało się, że to najbardziej ambitna obietnica, jaką dwoje ludzi może sobie złożyć. Zwykłe mówienie prawdy sprawiało wrażenie objawienia.

– Żadnych wyjątków – powiedział Jacob.

– Nawet jeden wszystko zepsuje.

– Nocne moczenie. Tego rodzaju sprawy.

Julia wzięła Jacoba za rękę.

– Wiesz, jak bardzo bym cię uwielbiała, gdybyś podzielił się ze mną czymś takim?

– Na marginesie: nie zdarza mi się moczyć. Wyznaczam po prostu granice.

– Żadnych granic. W tym rzecz.

– Kontakty seksualne z przeszłości? – spytał Jacob, wiedział bowiem, że to jego najczulszy punkt, a zatem rozmowa będzie musiała zawędrować w te rejony. Zawsze, nawet gdy stracił już ochotę, by dotykać albo być przez nią dotykanym, czuł odrazę na myśl, że ona dotyka innego mężczyzny lub jest przez innego dotykana. Ludzie, z którymi była, rozkosz, którą dała i którą otrzymała, słowa, które jęczała. W innych kwestiach nie brakowało mu pewności siebie, ale umysł zmuszał go – z uporem kogoś, kto nie jest w stanie uciec przed wiecznym przeżywaniem koszmarów wciąż na nowo – by wyobrażał sobie jej zbliżenia z innymi. Co takiego im mówiła z tego, co mówiła jemu? Dlaczego takie powtórzenia miałoby się odczuwać jako najgorszą zdradę?

– Byłyby oczywiście bolesne – powiedziała. – Ale rzecz nie w  tym, że chcę wiedzieć o  tobie wszystko. Chodzi o  to, że nie chcę, żebyś coś zatajał.

– Więc nie będę.

– Ja też nie.

Podawali sobie dżointa kilka razy i czuli się tacy odważni, tacy jeszcze młodzi.

– Co teraz ukrywasz? – spytała niemal beztrosko.

– W tej chwili? Nic.

– Ale ukrywałeś?

– Ukrywałem, więc jestem.

Roześmiała się. Uwielbiała jego refleks, dziwnie podnoszący na duchu zapał jego neuronów.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą przede mną zataiłeś?

Zastanowił się. Na haju trudniej się myślało, ale łatwiej dzieliło myślami.

– Okej – powiedział. – To nic wielkiego.

– Chcę wszystkich sekretów.

– Okej. Któregoś dnia byliśmy w mieszkaniu. Była środa, chyba. Zrobiłem ci śniadanie. Pamiętasz? Frittatę z kozim serem.

– Tak, to było miłe – powiedziała, kładąc mu rękę na udzie.

– Pozwoliłem ci późno wstać i w tajemnicy przygotowałem śniadanie.

Wydmuchała słup dymu, który utrzymał się w tej postaci dłużej, niż wydawało się możliwe, i stwierdziła:

– W tej chwili mogłabym zjeść dużo tej frittaty.

– Zrobiłem ją, bo chciałem się tobą zaopiekować.

– Zauważyłam to – odparła, przesuwając rękę w górę uda i sprawiając, że stwardniał.

– I ładnie ułożyłem ją na talerzu. Z tą sałatką obok.

– Jak w restauracji – powiedziała, biorąc do ręki jego kutasa.

– I po pierwszym kęsie…

– Tak?

– Ludzie nie bez powodu zatajają różne sprawy.

– My to nie ludzie.

– Okej. No więc zamiast mi po pierwszym gryzie podziękować albo powiedzieć, że jest pyszna, spytałaś, czy posoliłem.

– I co?

– I poczułem się do dupy.

– Dlatego że spytałam, czy jest posolona?

– Może nie do dupy. Wkurzyło mnie to. Albo rozczarowało. Bez względu na to, jak się czułem, nie podzieliłem się tym.

– Ale ja tylko zadałam rzeczowe pytanie.

– Tak jest przyjemnie.

– To dobrze, kochanie.

– Ale jesteś w stanie dostrzec, że – w kontekście wysiłku, na jaki się dla ciebie zdobyłem – pytanie o to, czy jest posolona, wyrażało raczej krytykę niż wdzięczność?

– To wysiłek: przygotować dla mnie śniadanie?

– To było wyjątkowe śniadanie.

– Tak dobrze?

– Cudownie.

– Czyli jeśli w przyszłości pomyślę, że przydałoby się więcej soli, powinnam zachować to dla siebie?

– Albo wychodzi na to, że powinienem zachować dla siebie poczucie krzywdy.

– R o z c z a ro w a n i e.

– Mógłbym już dojść.

– To dojdź.

– Nie chcę jeszcze.

Zwolniła, ściskając go tylko.

– A ty co teraz ukrywasz? – spytał. – I nie mów, że nieco cię zraniło, zdenerwowało i rozczarowało moje poczucie krzywdy, wkurzenie i rozczarowanie, bo tego nie ukrywasz.

Roześmiała się.

– No więc?

– Niczego nie ukrywam – odparła.

– Poszperaj.

Pokręciła głową i się zaśmiała.

– Co?

– W samochodzie śpiewałeś All Apologies i ciągle powtarzałeś „Spienionego morza ryk”.

– No i?

– No i tam jest inaczej.

– Oczywiście, że nie.

– Wpienionego morza wstyd.

– Co?!

– Ehe.

– W p i e n i o n e g o. M o r z a. W s t y d?

– Z ręką na Torze.

– Chcesz mi powiedzieć, że moja absolutnie dorzeczna fraza – do rzeczy sama w sobie i w kontekście – jest tak naprawdę pod- świadomym wyrazem mojego stłumionego tego śmego i że Kurt Cobain celowo złożył do kupy słowa „wpienionego morza wstyd”?

– Dokładnie to chcę ci powiedzieć.

– Cóż, nie wierzę w to. Ale zarazem jestem okropnie zażenowany.

– Nie bądź.

– Tak to zwykle działa, gdy ktoś się wstydzi.

Zaśmiała się.

– To nie powinno się liczyć – powiedział. – Sekret hobbysty. Opowiedz mi coś dobrego.

– Dobrego?

– Coś naprawdę trudnego.

Uśmiechnęła się.

– Co? – spytał.

– Nic.

– C o?!

– N i c.

– Brzmi zdecydowanie jak coś.

– Dobra – odparła. – Ukrywam coś. Coś naprawdę trudnego.

– Świetnie.

– Ale nie sądzę, żebym wyewoluowała na tyle, żeby się tym podzielić.

– Dinozaury też nie sądziły….

Przycisnęła poduszkę do twarzy i skrzyżowała nogi.

– Przecież to tylko ja – powiedział.

– Dobra. – Westchnęła. – Dobra. No więc… Leżąc tu, skuta… Nasze nagie ciała… Miałam po prostu na coś ochotę.

Instynktownie sięgnął ręką między jej nogi i przekonał się, że już jest mokra.

– Opowiedz mi o tym – powiedział.

– Nie mogę.

– Założę się, że możesz.

Roześmiała się.

– Zamknij oczy – powiedział. –  Tak będzie łatwiej.

Zamknęła oczy.

– Mam takie pragnienie. Nie wiem, skąd się ono bierze. Nie wiem, dlaczego je mam.

– Ale je masz.

– Tak.

– Powiedz.

– Mam takie pragnienie. – Znów się roześmiała i wtuliła mu się w pachę. – Chcę rozłożyć nogi i chcę, żebyś położył między nimi głowę i patrzył na mnie, dopóki nie dojdę.

– Tylko patrzył?

– Żadnych palców. Ani języka. Chcę dojść pod twoim wzrokiem.

– Otwórz oczy.

– Ty też.

Nic nie powiedział ani nie wydał choćby dźwięku. Zdecydowanie, ale łagodnie przewrócił ją na brzuch. Wyczuł, że to, czego ona pragnie, stanie się możliwe tylko wtedy, gdy nie będzie widziała, jak on na nią patrzy, bo w przeciwnym razie straciłaby resztki poczucia bezpieczeństwa. Jęknęła, dając mu znać, że właśnie tak jest. Przesunął się w dół jej ciała. Rozsunął jej nogi, a potem rozłożył je bardziej. Przysunął twarz tak blisko, by poczuć jej zapach.

– Patrzysz na mnie?

– Tak.

– Podoba ci się to, co widzisz?

– Pragnę tego, co widzę.

– Ale nie możesz tego dotknąć.

– Nie dotknę.

– Ale możesz sobie robić dobrze, gdy na mnie patrzysz.

– Robię.

– Chcesz pieprzyć to, na co patrzysz?

– Tak.

– Ale nie możesz.

– Nie.

– Chcesz poczuć, jaka jestem mokra.

– Chcę.

– Ale nie możesz.

– Ale widzę.

– Ale nie widzisz, jaka ciasna się robię, gdy jestem blisko.

– Nie widzę.

– Powiedz mi, jak wyglądam, a dojdę.

Doszli jednocześnie, bez dotykania, i na tym mogło się skończyć. Mogła przewrócić się na bok i położyć mu głowę na piersi. Mogli zasnąć. Ale coś się stało: spojrzała na niego, wytrzymała jego spojrzenie i znów zamknęła oczy. Jacob też zamknął. I na tym mogło się skończyć. Mogli badać siebie nawzajem w łóżku, ale Julia wstała i zaczęła badać pokój. Jacob jej nie widział – wiedział, że ma nie otwierać oczu – ale ją słyszał. Też wstał, bez słowa. Dotykali oboje ławeczki w nogach łóżka, biurka i kubka z długopisami, frędzli u opaski do zasłon. On dotykał wizjera, ona pokrętła, którym regulowało się wentylator sufitowy, on przycisnął dłoń do ciepłego wierzchu małej lodówki.

– Masz dla mnie sens – powiedziała.

– Ty dla mnie też – odparł.

– Naprawdę cię kocham, Jacob. Ale, proszę, powiedz po prostu „Wiem”.

– Wiem – powiedział i ruszył po omacku wzdłuż ściany, wzdłuż spiętrzonych kołder, aż doszedł do włącznika światła. – Chyba właśnie zaprowadziłem ciemność.

Rok później Julia była w ciąży z Samem. Potem z Maxem. Potem z Benjym. Zmieniło się jej ciało, ale nie pożądanie Jacoba. Zmieniła się za to ilość tego, co ukrywane. Nadal uprawiali seks, mimo że to, co dawniej przychodziło spontanicznie, zaczęło wymagać albo bodźca (upicia się, oglądania Życia Adeli na laptopie Jacoba, walentynek), albo przezwyciężenia skrępowania i strachu przed śmiesznością, co zwykle prowadziło do silnych orgazmów i braku czułości. Nadal zdarzało im się powiedzieć coś, co chwilę później wydawało się poniżające do tego stopnia, że musieli zniknąć po wcale niepotrzebną szklankę wody. Nadal masturbowali się na myśl o sobie nawzajem, nawet jeśli ich fantazje nie miały większego związku z prawdziwym życiem i często pojawiał się w nich ktoś jeszcze. Ale nawet wspomnienie tamtej nocy w Pensylwanii trzeba było zataić, ponieważ była to linia pozioma na framudze drzwi: „Popatrz, jak bardzo się zmieniliśmy”.

Jonathan Safran Foer, Oto jestem, tłum. Krzysztof Cieślik, Warszawa 2017.

You’re after my breasts, you devil!

After a time I began to long for the afternoons when my mother’s friends would come and take my head between their warm, soft hands and tell me what dark eyes I had: it was a dizzying joy to have them touch me or to touch them. I tried to imitate the martyrs’ courage by jumping up to them when they arrived and greeting them with a kiss or a hug. Most of them looked surprised or bewildered on such occasions. “Heavens, Erzsi, you have a nervous jumpy boy!” they would say to my mother. A few of them suspected me, especially when I managed to have my hands fall on their breasts – for some reason this was more exciting than just touching their arms. However, these incidents always ended in laughter: I don’t remember them being very intent on anything for very long. I loved them all, but I used to wait most eagerly for Aunt Alice. She was a slightly plump, big-breasted blonde, with an absolutely fantastic perfume and a round, beautiful face. She used to pick me up and look into my eyes with mock anger and some coquettishness, I believe, admonishing me in a stern-soft voice: “You’re after my breasts, you devil!”

Aunt Alice was the only one who gave me my due as a personage of grave importance. Having become the first Hungarian Pope and suffered a martyr’s death in my imagination, I already viewed myself as a great saint, temporarily stranded in childhood. And though Aunt Alice attributed to me a different kind of greatness when she called me a devil, I felt that deep down we meant the same thing.

To free my mother from my company now and then, her friends used to take me for long walks or to the occasional movie. It was only Aunt Alice, however, who broke the news of our going by asking me for a date. “My handsome beau,” she would say with happy anticipation, “will you take me to the theatre?” I remember particularly one day when I was going out with her in my first pair of long trousers. It was a sunny Saturday afternoon in the late spring or early fall – sometime before the United States entered the war, for we were going to see The Wizard of Oz . I had got my adult suit a few days before and was anxious to show it off to Aunt Alice, who was sure to appreciate it. When she finally arrived, in the midst of her perfume and powder, she got so involved in explaining to my mother why she was late, that she didn’t notice my new trousers. However, as we were about to leave, she gave forth a throaty “Aaaaahh!” and stepped back to gobble me up with her eyes. I held out my arm for her and as she took it she said: “ I’ve got the handsomest escort today.” We were walking toward the door, arm in arm, a happy couple, when suddenly I heard my mother’s voice:

“András, did you remember to pee?”

I left the apartment with Aunt Alice, swearing to myself never to return. Even my blonde companion’s soothing remarks sounded outrageously condescending, and as we walked down the stairs I wondered how I could re-establish the old equilibrium of our relationship. Just before we stepped out into the street, I pinched her bottom. She pretended not to notice, but blushed deeply. I decided then to marry Aunt Alice when I grew up, for she understood me.

However, I don’t want to dramatize my boyhood by turning it into the story of my passion for that glorious lady. I was happiest with the Francisan fathers and at my mother’s weekly gatherings, when I saw all her friends together and could watch and listen to them chatting about fashion, the war, relatives, marriages and things I didn’t understand. The vast and silent cathedral and our living-room filled with all these cheerful, loud women, with the smell of their perfumes, with the light of their eyes – these are the strongest and most vivid images of my childhood.

I wonder, what kind of life would I have had if it hadn’t been for my mother’s tea-and-cookie parties? Perhaps it’s because of them that I’ve never thought of women as my enemies, as territories I have to conquer, but always as allies and friends – which I believe is the reason why they were friendly to me in turn. I’ve never met those she-devils modern fiction is so full of: they must be too busy with those men who look upon women as fortresses they have to attack and trample underfoot.

Still on the subject of friendliness toward all – and toward women in particular – I can’t help concluding that my utterly complete happiness at my mother’s weekly tea-and-cookie parties indicated an early and marked enthusiasm for the opposite sex. It’s obvious that this enthusiasm had a great deal to do with my later luck with women. And although I hope this memoir will be instructive, I have to confess that it won’t help you to make women more attracted to you than you are to them. If deep down you hate them, if you dream of humiliating them, if you enjoy ordering them around, then you are likely to be paid back in kind. They will want and love you just as much as you want and love them – and praise be to their generosity.

Stephen Vizinczey, In Praise of Older Women

Odbicia pani Gray

Boże, czuję się, jakbym znowu miał piętnaście lat. (…)

Szybkim krokiem podszedłem do drzwi. Korytarz był pusty, ale wyczułem ślad czyjejś obecności, niewyraźną zmarszczkę w przestrzeni, tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się czyjaś postać. Billy przepadł – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że znów położył się do łóżka. Ruszyłem korytarzem, dywan – jakiego był koloru, no jakiego? – tłumił moje kroki. Nie wiedziałem, dokąd idę ani czego szukam. Wiatr szeptał w kominie. Świat rozmawia sam ze sobą, własnym sennym, zagadkowym tonem. Drzwi, które zauważyłem, dopiero kiedy je mijałem, były uchylone. Widzę swoją postać, spoglądającą w bok i odchylającą głowę do tyłu, następuje szarpnięcie i uderzenie, nagle wszystko zwalnia.

Dywan, teraz sobie przypominam, a raczej chodnik, bo tak się to właściwie nazywa, miał kolor bladoniebieski albo niebieskoszary, deski na podłodze były polakierowane na nieprzyjemny, ciemny odcień brązu i świeciły się jak wyssany, klejący się cukierek toffi. Widzicie, jakie to rzeczy można sobie przypomnieć, kiedy człowiek się skoncentruje?

Czas i Pamięć są jak para wybrednych, pedantycznych dekoratorów wnętrz: nieustannie przestawiają meble, od nowa aranżują pomieszczenia, a nawet zmieniają ich przeznaczenie. Jestem przekonany, że przez uchylone drzwi zajrzałem do łazienki, albowiem wyraźnie pamiętam chłodny poblask porcelany i cynku, tym jednak, co przede wszystkim przyciągnęło mój wzrok, było lustro, takie jak w tamtych czasach montowano w toaletkach: z zakrzywioną górną krawędzią, dodatkowymi skrzydłami, a nawet – czy aby na pewno? – z zaczepionymi na skrzydłach niewielkimi, trójkątnymi lustereczkami, które kobieta dokonująca toalety mogła ustawić pod odpowiednim kątem po to, aby zobaczyć siebie z góry. Wspomnienie gmatwa drugie lustro, tym razem pełnej wysokości, umieszczone po zewnętrznej stronie otwieranych do wewnątrz drzwi – na to by wyglądało – w którym to zwierciadle ujrzałem odbicie pomieszczenia, a w nim stojącą centralnie toaletkę, lub czymkolwiek był ów mebel, wyposażoną we własne lustro czy też raczej lustra. Zatem, mówiąc ściśle, nie widziałem łazienki albo sypialni, ale tylko jej odbicie, tak jak nie widziałem pani Gray ani jej odbicia, lecz zaledwie odbicie odbicia pani Gray.

Cierpliwości, razem przebrniemy przez ten krystaliczny labirynt.

Tak więc stoję przed drzwiami, gapię się przez szparę w wysokie lustro, nietypowo zamocowane po zewnętrznej stronie uchylonego do wewnątrz skrzydła. Z początku nie docierało do mnie, na co patrzę. Jak dotąd jedynym ciałem, które widziałem prawdziwie z bliska, było bowiem moje własne, zresztą nawet z nim, z tą wciąż rozwijającą się istotą, nie byłem w szczególnie serdecznych stosunkach. Nie wiem, jak sobie wyobrażałem, że mogłaby wyglądać kobieta bez ubrania. (…)

Pani Gray w lustrze, w lustrze odbijającym się w lustrze, była goła. Naga – zabrzmiałoby bardziej elegancko, wiem, ale chodzi właśnie o to, że była goła. Kiedy przetoczyła się pierwsza fala konsternacji i zdumienia, uderzyła mnie osobliwa ziarnistość jej skóry – podejrzewam, że po prostu dostała gęsiej skórki – i zwróciło uwagę mętne, przypominające matowy poblask pokrytego nalotem ostrza noża, migotanie na powierzchni tejże. Zamiast odcieni różu i brzoskwini, które spodziewałem się ujrzeć, zwiedziony dziełami Rubensa, zobaczyłem zaskakujące spektrum barw, od magnezowej bieli po srebro i cynę, rozmazaną żółć, bladą ochrę, a miejscami nawet niewyraźne zielonkawe plamki, we wklęsłościach zaś fioletoworóżowe cienie.

Zobaczyłem tryptyk, rozczłonkowane czy może raczej rozmontowane ciało pani Gray. Środkowe lustro – to wbudowane w toaletkę, o ile to w ogóle była toaletka – obejmowało jej tors, piersi i brzuch, a także ciemną plamę poniżej, podczas gdy w skrzydłach po obu stronach odbijały się ramiona i dziwnie zgięte łokcie. W górnej części lustra zauważyłem spokojnie wpatrzone we mnie, rzucające mi wyzwanie oko, które jakby mówiło: „Oto ja. Co o mnie sądzisz?”. Wiem, że to pogmatwane ustawienie jest mało prawdopodobne, o ile w ogóle możliwe – zacznijmy od tego, że abym mógł zobaczyć takie, a nie inne odbicie pani Gray, musiałaby stać blisko lustra i bezpośrednio przed nim, odwrócona do mnie tyłem, ale nie było jej tam, było tylko odbicie. Czy zatem znajdowała się w pewnym oddaleniu od zwierciadła, w drugim końcu pomieszczenia, ukryta przed moim wzrokiem wślizgującym się do środka przez uchylone drzwi? Ale jeśli tak, to przecież w lustrze powinna się wydawać mniejsza. Chyba że oba lustra, to w toaletce, w którym się odbijała, i to zamontowane na drzwiach, w którym odbijało się jej odbicie, jakimś sposobem powiększyły jej postać. Wątpię. Jak jednak wyjaśnić te anomalie i nieprawdopodobieństwa?

Nijak. Opisałem tylko obraz, który zachowałem w pamięci. Mówię, co widzę. Później, kiedy ją o to zapytałem, pani Gray zaprzeczyła, jakoby takie zdarzenie nastąpiło. Powiedziała, że widocznie uważam ją za niezłą bezwstydnicę – tak się wyraziła – skoro sądzę, że pokazałaby się w takiej pozie gościowi w domu, w dodatku chłopcu, i to jeszcze przyjacielowi jej syna. Jestem pewien, że skłamała.

John Banville, Prawo do światła, tłum. Jacek Żuławnik, Warszawa 2015, ss. 41-46.

Szlachetne pobudki Sashy Grey

Sasha miała więc dostarczyć czytelni(cz)kom tekst, który będzie unikał sztampowych rozwiązań fabularnych, problematyzował seksualność, wreszcie: pozwalał identyfikować się czytelnikom z doświadczeniami głównej bohaterki. Grey korzysta obficie ze swoich seksualnych przeżyć i przelewa je na Catherine (mówi przy tym wprost, że to jej alter ego). Catherine i Sasha razem stają w batalii o seksualność czytelników. „Klub Julietty” ma dezorientować zmysły, odurzać ciało, rzucać w orgię.

Nuda, seks, władza

Catherine, główna bohaterka „Klubu…”, to studentka filmoznawstwa, która z równym zamiłowaniem oddaje się oglądaniu filmów, co zerkaniu na rozporek ulubionego wykładowcy (kryteria oceny: kilogramy, centymetry, szare komórki). Nie można oskarżyć jej o hiperseksualność, nie można też zarzucić seksualnej frustracji – Catherine prowadzi aktywne życie seksualne, choć – bądźmy szczerzy – jest to aktywność raczej ślimacza (mała ruchliwość zdecydowanie przeważa nad lepkością). Jack, jej chłopak, jest aspirującym politykiem, który z pełną werwą poświęca się kampanii wyborczej swojego szefa (odwrotnie proporcjonalnie angażuje się w zaspokajanie swojej partnerki). Catherine jest zadowolona ze swojego seksu, ale chyba jedynie pozornie – jej zaangażowanie w wykłady Marcusa, który z pasją opowiada m.in. o skopofilii, retifizmie czy trichofilii, ma kompensacyjny charakter. Im częściej Jack odmawia bohaterce seksu, tym silniejsze zainteresowanie zajęciami.

Więcej na: http://xiegarnia.pl/artykuly/szlachetne-pobudki-sashy-grey/