Lekkość niepojęta, co kłam zadaje prawu ciążenia

5 maja

Przeklęty przypadku! Nigdy cię nie przeklinałem, że się zjawiałeś, a teraz cię przeklinam, że się nie zjawiasz. A może to jakaś nowa niespodzianka, ty istoto niepojęta, niepłodna matko wszechrzeczy – ty pozostałości z owych czasów, w których konieczność rodziła swobodę, a ta była na tyle naiwna, że wracała znów w macierzyste łono!? Przeklęty przypadku! Ty jesteś jedyną istotą wiecznie niepojętą, zawsze zagadkową, tobie jednemu przypadł wielki zaszczyt w udziale, by być moim sprzymierzeńcem i razem moim wrogiem. Przypadku, który kocham całą mocą swej duszy, na którego obraz i podobieństwo siebie kształtuję, czemu się nie zjawiasz? Nie przychodzę jak żebrak kornie cię błagać, abyś mi się objawił – nie, wyzywam cię do boju. Dlaczego się nie zjawiasz! A może się i ty rzuciłeś w otchłań wieczności dlatego, że zagadka twoja odgadniona? Straszna jest myśl o świecie, który zastanowił się z nudów! Przeklęty przypadku, czekam na ciebie. Nie chcę cię pokonywać zasadami lub tem, co bezmyślni nazywają charakterem – nie, pragnę stworzyć siebie samego w potężnej pieśni! Nie chcę być poetą dla innych; ukaż się, a opiewać cię będę, zaśpiewam pieśń dla siebie samego, sam się swą pieśnią nasycę. Czyż nie jestem ciebie godny? Jak bajadera tańczy ku większej chwale bóstwa, tak ja poświęciłem się twojej służbie; jestem lekki, gibki, bezbronny, zrzekam się wszystkiego; nie posiadam nic, nie pragnę niczego, nic nie kocham, nic nie mam do stracenia, ale czyż przeto nie jestem ciebie godniejszy, ciebie, któryś się podobno od dawna już znużył odbieraniem ludziom tego, co kochają, któryś się od dawna już znużył ich westchnieniami i modłami? Spadnij na mnie niespodzianie, zawsze jestem gotów – walczmy bez stawki, o honor. Pokaż mi ją, wskaż mi choćby taką możliwość, która by się zdawała niemożliwością, ukaż mi ją choćby wśród cieni, błądzących w Hadesie, a porwę ją “stamtąd; niech mnie nienawidzi, niechaj mną pogardza, niech mi się odpłaca chłodną obojętnością, niech kocha innego, nie lękam się niczego; lecz wzburz fale, przerwij tę ciszę. Czyż się nie wstydzisz pokonywać mnie głodem i nie wstyd ci to wmawiać w siebie, żeś potężniejszy ode mnie?

(…)

15 maja

Dzięki ci, dobry Przypadku, dzięki! Była smukła i wyniosła, tajemnicza i zadumana jak sosna, jak młody pęd, jak myśl jedyna, która z głębin ziemi strzeliście mknie ku niebu, niepojęta i sobie samej niejasna; była całością, która nie ma części. Buki zdobią się w korony, których liście mówią o zdarzeniach zaszłych w ich cieniu, sosna nie ma korony, nie ma przeszłości, jest samej sobie zagadką – taką była ona. Była dla siebie samej ukryta w swej duszy; sama zaś wyszła z siebie i spokojna wyniosłość oblewała jej istotę, podobnie i śmiałe poloty sosny są dumne i wyniosłe, chociaż sosna przygwożdżona jest do ziemi. Tęsknota rozpościerała się na całej jej postaci, jakby gruchanie dzikiej gołąbki, jakaś głęboka tęsknota, która niczego nie pragnie. Była zagadką, która tajemniczo kryła w sobie własne rozwiązanie, a czemże są wobec takiej zagadki wszelkie skrytości dyplomatyczne, cóż na świecie piękniejszego nad słowo, które ją odgadnie? Jakże język jest wymowny, treściwy i znaczący: rozwiązać (zagadkę), ileż w tem dwuznaczności i jakże pięknie i mocno dwuznaczność ta przenika wszystkie kombinacye, w których słowo to zachodzi! Podobnie jak bogactwo duszy jest zagadką, dopokąd nie rozetnie więzów języka i dopokąd tem samem zagadka nie rozwiąże się, tak młoda dziewczyna jest zagadką. – Dzięki ci, dobry Przypadku, dzięki. Gdybym ją był zobaczył w porze zimowej, możeby wskutek mrozu osłoniła się była całkiem zieloną suknią, a surowa przyroda mogłaby była uszczuplić jej piękność. A teraz, co za szczęście! Zobaczyłem ją poraz pierwszy na wiosnę, najpiękniejszą porę roku, w oświetleniu popołudniowem. Oczywiście i zima ma swe strony korzystne. Rzęsiście oświetlona sala balowa może istotnie być pochlebnem otoczeniem dla balowo wystrojonej młodej dziewczyny; lecz częścią rzadko ukazuje się w świetle korzystnem, właśnie dlatego, że wszystko ją do tego skłania i wyzywa, a wyzywanie to w każdym razie działa szkodliwie, bez względu na to, czy go posłucha czy też stawi mu opór; częścią przypomina tu wszystko znikomość i czczość wszechrzeczy i budzi niecierpliwość oraz pośpiech, a tem czyni użycie mniej orzeżwiającem. Ale nie chciałbym się pozbawiać na zawsze tego cennego przepychu, i tego nieopisanego zalewu młodości i piękna i tej różnorodnej gry wszelakich sił. Atoli tu, w takiej sali nie tyle rozkoszuję się rzeczywistością, ile raczej możliwościami. Nie poszczególne punkty piękne podbijają i nęcą, lecz całość; przesuwa się przed oczami marzenie senne, widziadło, w którem wszystkie te kobiece istoty przenikają się wzajem swymi kształtami, w którem wszystkie oddzielne ruchy czegoś szukają: zrównoważenia, skrystalizowania się w obrazie, którego się nie widzi. Było to na ścieżce łączącej Norreport z Osterport. Było około w pół do siódmej. Słońce postradało już swą potęgę, a tylko wspomnienie o niem zostało w łagodnem jaśnieniu, które oblewało krajobraz. Przyroda oddychała swobodniej. Morze było spokojne, przejrzyste i gładkie jak tafla zwierciadlana. Domki mieszkalne tkaczy przeglądały się w wodzie, która na dalszej przestrzeni mroczyła się metalicznym odcieniem. Ścieżka i budowla po drugiej stronie były oświetlone bezsilnymi promieniami słońca. Niebo było jasne i czyste i tylko jedna jedyna lekka chmurka nieznacznie ślizgała się po sklepieniu; można ją było widzieć, utkwiwszy oko w morzu, ponad którego gładką taflą znikała. Nie zaszeleścił nigdzie listek. – Tak, to ona. Oko mnie nie zawiodło. A chociaż już oddawna przygotowywałem się na to spotkanie, to przecież nie mogłem zapanować nad pewnym niepokojem, nad pewnem wznoszeniem się i opadaniem całego jestestwa, podobnem do śpiewu skowronka, który na pobliskich łąkach kołysał się na falujących dźwiękach. Była sama. Teraz znowu zapomniałem, jak była ubrana, ale jej obraz zachowałem w pamięci. Była sama; i zajęta była widocznie nie sobą, lecz swemi myślami. Ale to nie było myślenie: ciche poszumy i szelesty myśli wyczarowały jej przed duszę jakiś, obraz tęsknoty niepojętej jak tyle licznych westchnień dziewiczych. Była właśnie w najpiękniejszej porze swego życia.

(…)

Była zajęta nie sobą, lecz w sobie, a zajęcie to było niezmiernym spokojem i spocznieniem w głębi własnej istoty. Tak bardzo jest bogatą młoda dziewczyna, że samo objęcie tego bogactwa czyni już człowieka bogatym. Jest bogatą, chociaż nie wie, czy cokolwiek posiada; jest bogatą i skarbem nieprzebranym. Cichy otaczał ją spokój i lekka, smętna zaduma. Była tak lekka, żeby ją okiem można unieść, była tak lekka jak Psyche uniesiona w dal przez nimfy, a nawet jeszcze lżejsza, gdyż unosiła się sama. Niechaj doktorowie kościoła spierają się o wniebowstąpienie Madonny, dla mnie nie jest ono niepojętem, gdyż ona nie była już z tego świata; atoli lekkość młodej dziewczyny jest niepojęta i kłam zadaje prawu ciążenia.

Søren Kierkegaard, Dziennik uwodziciela, tłum. Stanisław Lack, Lwów 1907