Kochałem się w jej twarzy

Jeanne Moreau, aktorka? Alain Resnais, reżyser? Nie pamiętam dokładnie, lecz to im przypisuję historyjkę, którą we wczesnej młodości, jako zażarty wówczas kinoman, gdzieś przeczytałem. Reżyser (Alain Resnais?) skończył kręcić film, wszystko pięknie zmontował i wyjechał na wakacje. Lecz coś nie dawało mu spokoju, przeszkadzało grać w golfa czy popijać martini na nadmorskim bulwarze. Więc rzucił wszystko – kij golfowy oraz szklankę – w diabły, zadzwonił do aktorki (Jeanne Moreau?) i poprosił o spotkanie. Przyjechał na nie z kamerzystą; aktorka usiadła i reżyser polecił kamerzyście, by zrobił tylko jedno, długie ujęcie – jej twarzy. Dokleił je do filmu. Film kończył się bezkresnym, nieruchomym zbliżeniem i reżyser mógł spokojnie wrócić nad morze dopić drinki w zachodzącym słońcu.

Często wtedy myślałem o tej intuicji reżysera, o jego poczuciu, że w ukończonym dziele jeszcze czegoś brak i że tym, czego brakuje, jest ostateczny, na sam koniec, gdy wszystkie wydarzenia już się rozegrały, widok oblicza bohaterki lub bohatera. Twarzy widzianej z bliska, w  kompletnej ciszy, bez żadnej muzyki i  słów. Portretu, który wyszedł z ram, zbliżył się do naszych oczu, nie przechodząc jeszcze na naszą realną stronę, nie dając się dotknąć, lecz tracąc już swą muzealną obojętność. Twarzy, która wydostała się z kadru, by zrzucić z siebie wszelką teatralność i  poczuć nasz oddech. Wydawało mi się wówczas, że tak powinien się kończyć każdy film o kimś – obojętne, kobiecie czy mężczyźnie – kogo losy docierają do jakiegoś sedna, odkrywają, nazwę to tak, atomy istnienia. Kochałem się wówczas w innej aktorce, a właściwie w jej twarzy i zapewne wyobrażałem sobie, że w finale mojego własnego, jeszcze nienakręconego filmu, widzowie ujrzą (w zachwyceniu, które przechwycą ode mnie jak dobry wirus) jej milczącą, ani uśmiechniętą, ani posępną, fizys.

Było to mniej więcej w czasach, gdy mój idol Seweryn Krajewski śpiewał o  tym, że „Anna-Maria smutną ma twarz” i  że „wciąż patrzy w  dal”. Wszystko się zgadzało, tyle że moja wybranka miała na imię inaczej, Dominique. I miała też nazwisko: Sanda. Wydawało mi się, początkującemu adeptowi francuszczyzny, że lepiej już nie można się nazywać i że trudno o trafniejsze dobranie nazwiska do imienia. Ostatnia sylaba spadała jak niedokończona zapowiedź, przedłużona, akcentowana samogłoska „a” dawała poczucie, że coś w tym istnieniu zostaje otwarte, niczym widok za uchylonym oknem; san-da, tym dźwiękiem skandowało słońce, złoty piasek i zarazem tego słońca, tej pogodnej żółtości potwierdzenie, promienna afirmacja, da, yes, oui

Dominique Sanda miała zatem smutną twarz i patrzyła w  dal.

Marek Bieńczyk, Jabłko Olgi, stopy Dawida, Warszawa 2015.