Ale jej uszy, ach, jej uszy…

Ale wolałbym opowiedzieć wam o jej uszach. Przeoczyłem je w klubie tenisowym, kiedy związywała włosy tamtą zieloną wstążką, pod kolor lamówki i guzików na sukience. A na co dzień nosiła włosy rozpuszczone, pofalowane na uszach i sięgające połowy szyi. Tak że dopiero kiedy znaleźliśmy się w łóżku, a ja zabrałem się do szperania i węszenia po całym jej ciele, w każdym zakamarku, w każdej nadmiernie i niedostatecznie zbadanej części, pochylony nad nią, odgarnąłem jej włosy i odkryłem uszy.

Nigdy wcześniej nie poświęcałem uszom zbyt wiele uwagi, widząc w nich tylko komiczne narośle. Dobre uszy to takie, których się nie zauważało; złe uszy sterczały jak skrzydła nietoperza lub były kalafiorowate po ciosie boksera, albo też –jak uszy tamtego wściekłego kierowcy przy przejściu dla pieszych –chropowate, czerwone i włochate. Ale jej uszy, ach, jej uszy… od dyskretnego, niemal nieistniejącego płatka łagodnym łukiem biegły do góry, ale potem w połowie drogi takim samym łukiem zawracały ku jej czaszce. Jakby zaprojektowano je raczej według jakiejś idei estetycznej, a nie zasad użyteczności słuchowej.

Kiedy zwracam jej na to uwagę, mówi:
– Pewnie są takie, żeby wszystkie te bzdury przelatywały obok i nie trafiały do środka.

Ale to nie wszystko. Kiedy badałem je czubkami palców, odkryłem, jak delikatna jest ich zewnętrzna krawędź: cienka, ciepła, łagodna, aksamitna, niemal półprzezroczysta. Wiecie, jak nazywa się po łacinie obrąbek ucha? Helix. Jak helisa. W liczbie mnogiej helisy. Uszy były częścią jej absolutnej wyjątkowości, uzewnętrznieniem jej DNA. Podwójna helisa jej helis.

Później, zastanawiając się, co mogła mieć na myśli, kiedy mówiła o „bzdurach”, które przelatują obok jej zadziwiających uszu, pomyślałem: cóż, oskarżenie o oziębłość –to wielka bzdura. Tyle że to słowo wpadło prosto do jej uszu, a stamtąd do mózgu, gdzie utkwiło na zawsze.

Julian Barnes, Jedyna historia, tłum. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2018.