Celibat

image

Z głębokości wołam do Ciebie, Boże. Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, któż się ostoi? Zaraziłem się grzechem, czytając słowa niepsalmowe, zapisane przez ludzi o nieczystych duszach: „Szukam do seksu dyskretnego chłopaka, faceta, któremu chciałbym obciągać kutaska”, „Jest ktoś chętny do obrobienia gorącej pałki, lizania jajek i dupska. Higiena i dyskrecja gwarantowane i tylko do 14-ej jestem mobilny”, „Jakiś konkret wystawi do polerki żonatemu teraz?”, „Cześć. O 7 będę wracał z pracy. Kto mnie zaprosi na oral może i anal. Czekam na tel. Chętnie dojrzali po 45. roku życia”, „Siemka, kto da obciągnąć w jakimś kibelku w centrum?”.

Słowa te stały się moim powietrzem, rozmyślam o nich dniem i nocą. Ulepiłeś mnie z ducha i ciała. Duch mój ochoczy, ciało słabe. Kiedy przyjdzie wieczór, jadę w ciemność. Na tylnym siedzeniu zapominam się w grzechu. Ale, Boże, mam o wiele więcej powodów do wstydu.

(…)

O tym, że biskup pomocniczy lubi księży, wiedziałem już w seminarium. Wikary z mojej rodzinnej parafii powiedział mi pół żartem, pół serio: „Ale koło pomocniczego to się nie kręć”. Kręcili się ci, którzy chcieli zrobić karierę, i głupie ciotki klotki gotowe dać się przelecieć każdemu samcowi.

(…)

Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy wchodzi się do klubu tylko w butach i skarpetkach. Tyle penisów merda wkoło, że po chwili nie zwraca się na nie uwagi. Nie dawaliśmy się wciągnąć w grupowy seks w darkroomie. Kilka razy ktoś mi przejechał po genitaliach i pośladkach, ja zrobiłem to samo, ale na tym się kończyło. No dobrze, chcę być szczery – jeśli nie mogłem wytrzymać, to pozwalałem fajnemu ciału na dotykanie przy pisuarze. Tylko dotykanie, do niczego więcej nie dochodziło. Mnie to całe rozluźnione środowisko trochę odpychało – nigdy nie wiadomo, co ten ładny penis chwilę temu penetrował.

Wracaliśmy nocą. Jeden zawsze musiał być trzeźwy. Proboszcz miał najlepiej, bo rano mógł pospać. Piękniś odprawiał mszę i jechał do pracy w kurii. Ja zapieprzałem do szkoły. Czasami proboszcz dzwonił do dyrektorki i prosił, żeby zorganizowała zastępstwo na religii, bo wikary czymś się zatruł. Przekupywał ją, chwaląc na kazaniach – że dzieci mają wysoki poziom nauczania, że szkoła angażuje się w życie parafii. Dyrektorka chodziła do kościoła, działały na nią takie bzdety.

(…)

Kochają się i zakonnicy. Ojcowie wchodzą w duchowe małżeństwa, wsuwają pod drzwi celi liściki, przynoszą na wycieraczkę pomarańczę, kiwi czy inny owoc. Ci homo są nagradzani przez przełożonych, mają lepsze cele i więcej wyjść na miasto. W jednym z klasztorów osiemdziesiąt procent ojców było homoseksualnych, w tym przeor. Cała prowincja o tym wiedziała, również prowincjał. Przez moment miałem stamtąd chłopaka. Ale postanowił żyć w celibacie.

Diecezjalni nie są lepsi. Biskupi boją się wysyłać księży na studia do Rzymu. Piękniś studiował. Przez rzymskie kluby przewalają się polscy kapłani. Zamiast studiować teologię i filozofię, wpadają w seksoholizm, alkoholizm, narkomanię. Szukają w klubach księży z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Później załatwiają sobie przeniesienie do Stanów, Kanady, Włoch, Niemiec i tam tworzą związki. Do Polski chętnie sprowadziliby się zakochani w polskim duchowieństwie księża z Afryki, ale polscy księża ich nie chcą. Bo są czarni, biedni, kojarzą się z ludami misyjnymi.

(…)

Nadal jeździłem z proboszczem do klubu na rozbierane imprezy. On krążył po darkroomie. Ja siedziałem przy barze, ciągle ktoś dotykał moich genitaliów. Po pewnym czasie nie zwracałem na to uwagi, chyba że ktoś brał je do ust. Przychodziliśmy do hotelu tak wymęczeni, że zasypialiśmy w ubraniach.

(…)

Jeździłem sam do klubu. Na seks się nie godziłem – ewentualnie wspólna masturbacja. Spotkałem przy barze proboszcza ze swoim nowym wikarym, takim z kategorii ciotki klotki, chyba za karę go dostał. Jednemu i drugiemu przejechałem ręką po trąbie i dupie. Piliśmy wszystko – czysta, piwo, drinki. Poszliśmy do hotelu, był ostry seks. Rano łóżko było zarzygane, nawet moje jedyne majtki były zarzygane. Pierwszy raz w życiu wracałem na plebanię bez majtek.

Proboszcz dzwonił, żebym do nich wpadał. Wpadłem kilka razy, fajny seks z nimi był, proboszcz dbał i o mnie i o Ciotkę Klotkę. Młody załatwił zabawki erotyczne. Poczułem się staro, kiedy instruował nas, jak się czego używa. Zaczął sprowadzać na plebanię osiemnastolatków z okolicy, ale do własnego użytku, co wkurzyło proboszcza i wywalił go z parafii.

Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Warszawa 2017.

Your very respectful, MARCEL PROUST

[autumn 1914]

Madame, Forgive me for not having yet thanked you: it is I who have received marvelous roses described by you with “fragrance imperishable” but various which, in the evocations of the true poet that you are, cause the aroma, at every hour of the day, by turns, now to infiltrate the agatized chiaroscuro of the “Interiors” or now to expand within the fluent and diluted atmosphere of the gardens. Only … I have been so ill these days (in my bed which I have not left and without having noisily opened or closed the carriage entrance as I have it seems been accused of doing) that I have not been able to write. Physically, it was impossible for me. Keep the Revues as long as you like. — . By an astonishing chance Gide, of whom we were speaking, and whom I have not seen for 20 years, came to see me while we were speaking of him in our letters. But I was not in a condition to receive him. Thank you again Madame for the marvelous pages flushed with a smell of roses.

Your very respectful

MARCEL PROUST

The successor to the valet de chambre makes noise and that doesn’t matter. But later he knocks with little tiny raps. And that is worse.

(…)

[November 1915?]

Madame, I have been wanting for a long time to express to you my regret that the sudden arrival of my brother prevented me from writing to you during the last days of your stay in Paris, then my sadness at your leaving. But you have bequeathed to me so many workers and one Lady Terre — whom I do not dare call, rather, “Terrible” (since, when I get the workers to extend the afternoon a little in order to move things ahead without waking me too much, she commands them violently and perhaps sadistically to start banging at 7 o’clock in the morning above my head, in the room immediately above my bedroom, an order which they are forced to obey), that I have no strength to write and have had to give up going away. How right I was to be discreet when you wanted me to investigate whether the morning noise was coming from a sink. What was that compared to those hammers? “A shiver of water on moss” as Verlaine says of a song “that weeps only to please you.” In truth, I cannot be sure that the latter was hummed in order to please me. As they are redoing a shop next door I had with great difficulty got them not to begin work each day until after two o’clock. But this success has been destroyed since upstairs, much closer, they are beginning at 7 o’clock. I will add in order to be fair that your workers whom I do not have the honor of knowing (any more than the terrible lady) must be charming. Thus your painters (or your painter), unique within their kind and their guild, do not practice the Union of the Arts, do not sing! Generally a painter, a house painter especially, believes he must cultivate at the same time as the art of Giotto that of Reszke. This one is quiet while the electrician bangs. I hope that when you return you will not find yourself surrounded by anything less than the Sistine frescoes … I would so much like your voyage to do you good, I was so sad, so continually sad over your illness. If your charming son, innocent of the noise that is tormenting me, is with you, will you please convey all my best wishes to him and be so kind as to accept Madame my most respectful regards.

MARCEL PROUST

(…)

Excerpts from Afterword by Lydia Davis:

Because of his illness, Proust spent most of his time in bed, heavily dressed in — according to one account — two sweaters, socks, and long underwear, with a hot-water bottle at his feet that was renewed three times a day. A blanket folded in four hung over the large door to the room to protect him from drafts and noise. Both shutters and curtains were closed over the double-paned windows, so that no sound could be heard from the street. The chandelier that hung from the ceiling was never illuminated. A candle was kept burning, since he lit his powders using a folded paper rather than striking a match. He generally woke “for the day” at nine in the evening, and had his only meal at that time — coffee and a croissant which Céleste would bring to him when he rang.

When he felt well enough, Proust liked to have a friend come visit occasionally, as long as that friend followed certain rules: no cigarettes, of course, no perfume.

(…)

When he was feeling well enough, he talked without pause, and the person he talked to the most, because she was always available, was Céleste, an intelligent and responsive listener. He often rang for her after she had gone to bed, and she would come as she was, in her nightgown and robe, her hair “down her back,” as she says. He would talk to her for hours at a time, sitting up in bed leaning against two pillows, while she stood at the foot of the bed.

Gide describes, in his journal, Proust’s style of talking: “His conversation, ceaselessly cut by parenthetical clauses, runs on …”

The diplomat and Proust fan Paul Morand enlarges upon this: the Proustian sentence was “singsong, caviling, reasoned, answering objections the listener would never have thought of making, raising unforeseen difficulties, subtle in its shifts and pettifoggery, stunning in its parentheses — that, like helium balloons, held the sentence aloft — vertiginous in its length … well constructed despite its apparent disjointedness; … you listened spellbound …“

(…)

We are told that Proust wrote very fast. This, too, is apparent in the letters, in the sprawling handwriting, in the tendency to abbreviate, in the occasional missing word, and perhaps, though not necessarily, in the missing punctuation.

(…)

Houlgate was a neighboring town to Cabourg, where Proust liked to stay at the Grand Hôtel. Guests marveled, according to Philippe Soupault in his memoirs, over “how Monsieur Proust rented five expensive rooms, one to live in, the other four to ‘contain’ the silence.”

Marcel Proust, Letters to His Neighbor, translated by Lydia Davis, 2017.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna

image

W, mój chłopak, powiedział, że jeśli go kocham, to będę się dla niego kurwić. Wiedziałam, że W żyje z kobiet, które trudnią się prostytucją. Nie miałam pojęcia, czy on kiedykolwiek żywił wobec mnie jakieś głębsze uczucia, a jeśli nawet, to na czym owe uczucia polegały. Sama sobie nie mogłam się nadziwić, dlaczego uganiam się za mężczyznami, którym na mnie nie zależy.

To matka, nie ojciec, zdominowała moje świadome życie. Matka, kiedy jeszcze żyła, albo mnie nie zauważyła, albo, jeśli już musiała, to mnie nienawidziła. Chciała, żebym została nikim, albo jeszcze gorzej, ponieważ wraz z moim pojawieniem się w jej łonie, a jeszcze nie na świecie, porzucił ją mąż. To powiedziała mi kiedyś matka, zniewalająco piękna, czarująca i kłamliwa. Kiedy jeszcze żyła.

Nieobecność to imię nie tylko ojca.

Dzieciństwem jest każdy dom publiczny.

Ten, w którym umieścił mnie W, nazywał się Ange.

Poza ścianami domu publicznego mężczyźni boją się i uciekają przed pięknymi kobietami; zniewalającą kobietę, która wiąże się z mężczyzną, musi piętnować jakaś bezcielesna blizna. Pod tym względem moja matka była słaba; jej słabość obróciła się w mój los.

Kobiety za drzwiami burdelu, niezależnie od tego, jak wyglądają w rzeczywistości, w oczach mężczyzn są zawsze piękne. Ponieważ spełniają ich fantazje. Takim właśnie sposobem to, co było znane jako “męski reżim”, oddzielało swój rozum od fantazji na terytorium, któremu nadano miano “kobiecych ciał”.

Byłam jedyną białą w burdelu, dlatego wszystkie pozostałe dziewczyny, łącznie z madam, która swego czasu była mężczyzną, nienawidziły mnie. Szydziły z moich cech charakteru, choćby z mojej uprzejmości. A już najbardziej nie mogły ścierpieć faktu, że to nie ekonomiczna konieczność popchnęła mnie do prostytucji. Dla nich słowo “miłość” nie miało znaczenia. Ja jednak nie dlatego zostałam kurwą, bo kochałam W tak bardzo, że zrobiłabym dla niego wszystko. Wszystko, byle go przekonać, żeby mnie kochał. Miłością, która, przekonywałam się powoli, nie miała mi być nigdy odwzajemniona. Zgłosiłam się do burdelu z własnej woli, ponieważ wierzyłam, że dopiero wtedy, gdy stanę się niczym, zacznę widzieć.

Nie miałam pojęcia, co robię.

Kiedy wstąpiłam do tego domu, madam odebrała mi wszystkie osobiste rzeczy, nawet maleńkie czarne okulary do czytania. Jakby była klawiszką. Jesteś biała, stwierdziła, więc pewnie ci się wydaje, że zasługujesz na coś więcej. Jak choćby na przykład szczęście. Mówiła, że jestem zbyt blada, zbyt delikatna, by znieść życie w takim miejscu.

Inne dziewczyny uważały, że mogę odejść z tego kurwilandu, kiedy tylko zechcę.

Ale ja nie mogłam odejść, ponieważ w domu publicznym byłam nikim. Nie było więc nikogo, kto mógłby odejść.

Była dzieckiem: gdybym się uwolniła od dzieciństwa, nic by ze mnie nie zostało.

Później dziewczyny zaakceptowały we mnie kurwę. Zaczęłam wtedy żałować, że nie kocham mężczyzny, który by mnie kochał.

W dzielnicy slumsów mieszkało mnóstwo wróżek. Kurwy chodziły do nich w chwilach wolnych od pracy. Mimo iż niebawem zaczęłam towarzyszyć moim przyjaciółkom, za bardzo się bałam, by mówić cokolwiek tym kobietom, z których większość była kiedyś w branży. Stawałam w cieniu i rzadko o coś pytałam, ponieważ nie chciałam zdradzić niczego na swój temat. Gdy zagadnęłam wreszcie o przyszłość, tak to zrobiłam, jakby ona w ogólnie nie istniała. Czułam się bezpieczna, znając tylko szczegóły codziennego życia, sracze, defekacje, wszystko to, co jest snem.

Jakby sny nie mogły być czymś rzeczywistym.

Wróżki włóczyły się po ulicach otaczających Ange.

Nie wróżyło to nic dobrego, a jedyna przepowiednia, jaką zapamiętałam, była oparta na karcie z Wisielcem:

Kobieta, która odczytywała karty, próbowała nadużyć mojego zaufania.

– Czy to oznacza, że popełnię samobójstwo? – spytałam.

– Ależ skąd, O. Ta karta mówi, że jesteś martwą osobą, która żyje. Że jesteś zombie.

Ja jednak wiedziałam swoje. Wiedziałam, że Wisielec, inaczej Gérard de Nerval, to mój ojciec i że każdy mężczyzna, którego pierdolę, to on.

Mój ojciec był właścicielem Śmierci, tego kurwilandu. Przesiadywał w swym królestwie nieobecności, sprawując kontrolę nad wszystkim, co nią nie było.

Karty pokazały mi wyraźnie, że go nienawidzę. Gdy jakieś posłanie podróżuje od tego, co niewidzialne, do świata, który jest widzialny, to posłańcem jest emocja. Mój gniew, posłaniec, miał doprowadzić do rewolucji. Mimo że rewolucje są niebezpieczne i to dla każdego.

Ale karty powiedziały jeszcze straszniejsze rzeczy. Powiedziały nam, kurwom, że rewolucja do której lada chwila miało dojść, musi upaść przez swą własną naturę i genezę. Że w chwili jej upadku, w chwili, gdy najwyższa władza jak wąż pożre własny łeb, kiedy ulice zaleje nędza i rozkład, ale inna już nędza i inny rozkład, wszystkie moje sny, sny które są mną, roztrzaskają się na kawałki.

– A wtedy – powiedziała wróżka – znajdziesz się na pokładzie statku piratów.

Te karty, które jeszcze pamiętam, powiedziały mi, że moja przyszłość będzie wolnością.

– Tylko co ja zrobię, gdy na świecie nie będzie nikogo, kto by mnie kochał? Kiedy cała egzystencja stanie się samą wolnością?

Karty pokazywały teraz wizje stresu, choroby, zarazy…

W burdelu przebywałam miesiąc. W nie odwiedził mnie ani razu, ponieważ nigdy mu na mnie nie zależało.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna.

Wróżka powiedziała mi, że wolna stanę się wtedy, gdy odbędę podróż do krainy umarłych.

Starałam się uwolnić od samotności, jednak nic nigdy nie miało mnie uwolnić od samotności, zanim nie uda mi się uwolnić od samej siebie.

Kathy Acker, Kicia, Król Piratów. Poemat ciała, tłum. Katarzyna Karłowska, Poznań 2002, s. 11-14.

Przejdźmy się jeszcze kawałek

– Mieszkamy tu z mężem – powiedziała, wskazując budynek, obok którego wielokrotnie przechodziłem, w którego okna wciąż się wpatrywałem.

Pękło mi serce; wściekłem się, jakbym został zdradzony. Mimo upojenia alkoholem mogłem sobie jednak wyobrazić, że kobieta w tym wieku, pracująca w politycznej trupie teatralnej, która jeździ po różnych miastach Turcji, musi być zamężna. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?

– Na którym piętrze? – spytałem.

– Naszych okien nie widać z ulicy. Mieszkamy na parterze, u dawnego maoisty, który nas zaprosił do Öngörenu. Rodzice Turgaya mieszkają na górze. Nasze okna są od strony ogrodu. Turgay mówił, że przechodząc tędy, zawsze patrzysz w okna.

Zrobiło mi się wstyd, że moja tajemnica wyszła na jaw. Lecz Rudowłosa wciąż miała na twarzy słodki uśmiech. Jej pełne, piękne usta były bardzo ponętne.

– Dobrej nocy – powiedziałem. – Spektakl był świetny.

– Nie, przejdźmy się jeszcze kawałek. Bardzo zainteresował mnie twój ojciec.

Na potrzeby zaciekawionych czytelników, którzy zapoznają się z moją historią po latach, muszę wyjaśnić pewną rzecz: w tamtym czasie, gdy umalowana (choćby nawet do teatru), pociągająca, rudowłosa kobieta po trzydziestce, ubrana w piękną granatową spódnicę mówiła do jakiegoś mężczyzny o wpół do jedenastej wieczorem: „Przejdźmy się jeszcze kawałek”, dla większości ludzi mogło to mieć – niestety – tylko jedno znaczenie. Ja, rzecz jasna, do owej większości nie należałem; byłem uczniem liceum, niepotrafiącym ukryć swej młodzieńczej miłości. Ponadto kobieta miała męża i nie byliśmy w środku Anatolii, czyli w Azji, lecz na zachód od Stambułu – w Europie. Poza tym w głowie miałem moralność politycznie zaangażowanego lewicowca. Moralność mojego ojca.

Szliśmy przez jakiś czas, nic nie mówiąc i myśląc o tym, że idziemy, nic nie mówiąc. Ciemne kąty były mniej ciemne, a na niebie nad miasteczkiem nie było widać gwiazd. Ktoś oparł rower o pomnik Atatürka stojący na placu Dworcowym.

– Rozmawiał z tobą o polityce? – spytała Rudowłosa.

– Kto?

– Czy polityczni znajomi twojego ojca często do was przychodzili?

– Ojca zwykle nie było w domu. Ani on, ani matka nie chcieli, żebym się mieszał w politykę.

– Dlaczego ojciec nie zrobił z ciebie lewicowca?

– Zostanę pisarzem…

– To napiszesz dla nas sztukę – powiedziała z czarującym uśmiechem. Wrócił jej dobry humor i roztaczała wokół siebie przyciągającą, uwodzicielską aurę. – Chciałabym, żeby ktoś napisał sztukę albo książkę taką jak moje końcowe monologi i żeby umieścił tam moje życie.

– Tego ostatniego monologu nie zrozumiałem do końca. Masz gdzieś tekst?

– Nie, zawsze je improwizuję pod wpływem chwili. Szklanka raki też robi swoje.

– Prawdę mówiąc, myślę o napisaniu sztuki – powiedziałem tonem głupiego, przemądrzałego licealisty. – Ale najpierw muszę poczytać trochę dramatów. Pierwszym klasycznym dziełem, do którego się wezmę, będzieKról Edyp.

Plac Dworcowy tej lipcowej nocy był znajomy jak wspomnienia. Ciemność zakryła biedę i zaniedbanie Öngörenu, a dzięki blademu pomarańczowemu światłu latarni budynek stacji i cały plac stały się ciekawymi miejscami, których fotografię można by umieścić na pocztówce. Mocne reflektory wojskowego jeepa przejeżdżającego obok oświetliły stado psów, które stały na chodniku.

– Szukają niezdyscyplinowanych żołnierzy, którzy prowokują zajścia, i dezerterów – wyjaśniła Rudowłosa. – Z jakichś powodów tutejsi szeregowcy mają okropny tupet.

– Nie wystawiacie dla nich specjalnych rzeczy w weekendy?

– Musimy zarabiać… – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteśmy teatrem ludowym, a nie państwowym – nie mamy dofinansowania od rządu.

Wyciągnęła dłoń i zdjęła mi z kołnierza źdźbło słomy, które tam utkwiło. Poczułem bliskość jej piersi i długich nóg.

Wróciliśmy w milczeniu. Gdy szliśmy pod migdałowcami, oczy Rudowłosej zdawały się nie czarne, lecz zielone. Odczuwałem ogromny niepokój. Z daleka dostrzegałem budynek, w którego okna wpatrywałem się przez ostatni miesiąc.

– Mąż mówi, że dobrze pijesz jak na swój wiek. Czy twój ojciec też pił?

Pokiwałem głową. Zacząłem się zastanawiać, kiedy i w jakich okolicznościach siedziałem z jej mężem przy stoliku. Nie mogłem sobie przypomnieć. Nie chciałem też jednak pytać – pragnąłem jedynie zapomnieć o tym wszystkim i o moim zranionym sercu. W dodatku bolała mnie jak dziecko myśl, że gdy skończę pracę przy studni, już nigdy Rudowłosej nie zobaczę. Ten ból był bardziej nieznośny niż świadomość, że wiedziała, iż patrzyłem w jej okna (które w dodatku nie były jej).

Sto metrów od jej domu zatrzymaliśmy się pod jednym z migdałowców. Nie pamiętam teraz nawet, które z nas stanęło pierwsze. Uznawałem ją za mądrą i czułą. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie i miło, z tym samym silnym, optymistycznym wyrazem twarzy, z którym patrzyła mi w oczy ze sceny. Poczułem wtedy nagle ten żal, który miałem w sobie, gdy oglądałem w teatrze ojca płaczącego nad synem.

– Turgay jest dziś w Stambule – powiedziała. – Jeśli jak ojciec lubisz alkohol, mogę cię poczęstować raki.

– Będzie mi miło – odparłem. – Poznam twojego męża.

– Turgay to mój mąż. Jakiś czas temu piliście razem, poprosiłeś go, żeby cię wziął na spektakl. – Zamilkła na chwilę, bym oswoił się z tym, co właśnie zrozumiałem. – Turgay czasami się wstydzi, że ożenił się z kobietą o siedem lat starszą, i ukrywa, że jesteśmy małżeństwem. Niech cię nie zwiedzie jego wiek, to mądry i dobry mąż.

Ruszyliśmy w stronę jej domu.

– A ja się właśnie zastanawiałem, gdzie piłem z twoim mężem.

– Tamtego wieczoru piliście z Turgayem raki Klubową w restauracji. W domu jest jeszcze pół butelki. Mam też turecki koniak tego dawnego maoisty. On zresztą niedługo wraca, a my się stąd zbieramy. Będę za tobą tęsknić, paniczu!

– Jak to?

– No wiesz, to już koniec naszego pobytu tutaj.

– Ja też będę za tobą tęsknił.

W bramie nasze ciała bardzo się do siebie zbliżyły. Ta bliskość przyprawiła mnie o zawroty głowy.

– Mam też ciecierzycę na zagryzkę i lód do twojej raki – powiedziała, otwierając bramę kluczem wyciągniętym z torebki.

– Ciecierzycy nie potrzebuję – odparłem tonem mówiącym, że się spieszę i nie zostanę długo.

Przeszliśmy przez wąski, nieoświetlony korytarz. Słyszałem, jak w ciemności szukała na breloczku drugiego klucza. Zapaliła zapalniczkę i w świetle płomienia odnalazła wśród przerażających cieni klucz oraz zamek, po czym otwarła drzwi i weszła do mieszkania.

Włączając światło w przedpokoju, odwróciła się w moją stronę.

– Nie masz się czego bać – powiedziała z uśmiechem. – Patrz, jestem w wieku twojej matki.

Orhan Pamuk, Rudowłosa, tłum. Piotr Kawulok, Kraków 2017.

History is more complicated than the stories we learn in school

Modernity was born in the West. Ask educated Westerners today why it was their part of the world, rather than another continent, that wrote the rules of the modern age, and they will likely tell you of Europe’s scientific revolution and the Enlightenment – and possibly the Renaissance. That would be true, as far as it goes. But history is more complicated than the stories we learn in school. What most would be unlikely to know is the degree to which Chinese technology provided critical sparks to the Industrial Revolution. Among other techniques and inventions, Europe took far-superior iron and steel production; the printing press; navigational tools, including the compass; gunpowder; and paper money from China. From Islam, Europe took binary mathematics (originally from India), astronomy, double-entry bookkeeping and much of its own forgotten knowledge from classical Greece and Rome. ‘[Much] of the European revival was based on the ideas, institutions, and technologies borrowed from the advanced civilizations in the Middle and Far East,’ notes Richard Baldwin, whose book on today’s Great Convergence is rightly acclaimed. The shift of power from the Islamic world to the Christian in the late Middle Ages had, in turn, been enabled by the destructive westward sweep of Genghis Khan’s Mongol hordes in the thirteenth century. In addition to its more benign exports, Mongol China delivered the Black Death, which wiped out between a third and a half of Europe’s population within three years. Here, too, the impact was complex. As the more urban civilisation, the Islamic world was dealt an even worse fate by the bubonic plague, since its people were more concentrated and so more exposed than those in Europe. You could say that the Mongols sharply improved Europe’s terms of trade. Jeffrey Garten’s history of globalisation, From Silk to Silicon, tells the story of the last millennium through ten biographies. His book ends with Steve Jobs. It opens with Genghis Khan. The latter’s impact was a fitting one with which to begin his story.

(…)

‘If we take the long view,’ writes Hugh White, Australia’s leading Sinologist, ‘the rise of India and China today is less a revolution than a restoration – a return to normal after a two-century interlude.’

(…)

Economists are notorious for getting the future wrong (just as they are peerless at explaining the past). The joke is that they have predicted ten out of the last five recessions. In recent years, during what is now called the age of hyper-globalisation, bad forecasting has erred in the opposite direction. Economists have consistently predicted growth where none has materialised. In particular, since the 2008 global financial crisis, forecasts have annually over-estimated the next year’s growth. The quickest way to verify this is to leaf through each of the past eight years’ estimates of the Davos Forum’s Global Economic Outlook. But if you stand back, the longer trends are unmistakable. China may well have to grapple with its own recession in the coming years (I can safely forecast that Western journalists would then promptly declare the death of China’s miracle). Indeed, Beijing ought already to have engineered a recession given the country’s high levels of domestic debt. At some point it will need to liquidate its bad loans. But China’s politburo clearly dreads the domestic backlash a recession might trigger. It has thus opted for slower growth – preferring to let the air out of the balloon rather than pop it.

Whatever its short-term fortunes, China will continue to make big strides on the West in the coming decades. In terms of purchasing power parity – measured by what you can buy in the local currency – China’s economy surpassed the US in 2014. Within a decade, give or take a few years, China will overtake America on more conventional dollar measures. By 2050 – a century after its communist revolution – China’s economy is likely to be twice the size of America’s and larger than all the Western economies combined. A century of restoration will have followed the century of humiliation. And by then, India’s economy will be roughly the same size as America’s. Whether the Western way of life, and our liberal democratic systems, can survive this dramatic shift of global power is the question of this book. The answer is not entirely in our hands. But our response so far has been to accelerate the shift. Donald Trump’s victory crystallises the West’s failure to come to terms with the reality it faces.

Edward Luce, The Retreat of Western Liberalism, 2017.

Lubisz, jak tak robię?

Nie kocham cię – oświadczył jej pewnego wieczoru, gdy leżeli nago w trawie.

Pocałowała go w czoło i powiedziała: Wiem. A ty z pewnością wiesz, że i ja ciebie nie kocham.

Oczywiście – odparł, chociaż był ogromnie zdumiony – nie tyle wiadomością, że Cyganka go nie kocha, ile faktem, że mu to powiedziała. W ciągu siedmiu lat uprawiania miłości tyle razy słyszał te słowa: od wdów i dzieci, od prostytutek, od przyjaciółek swojej rodziny, od podróżniczek i cudzołożnych żon. Kobiety mówiły: Kocham cię, a on mógł się w ogóle nie odzywać. Im bardziej kogoś się kocha – doszedł w końcu do przekonania – tym trudniej jest to wyznać. Dziwił się, że obcy ludzie nie zaczepiają się nawzajem na ulicy, żeby powiedzieć: Kocham cię.

Moi rodzice zaaranżowali małżeństwo.

Twoje?

Z taką jedną Zosią. Z mojego sztetla. Skończyłem siedemnaście lat.

A kochasz ją? – spytała, nie patrząc na niego.

Pokruszył własne życie na najdrobniejsze cząstki, każdą obejrzał dokładnie jak zegarmistrz i złożył całość z powrotem.

Prawie jej nie znam. On także unikał wzroku Cyganki, ponieważ jego oczy – tak jak Pinczer P., który żył na ulicy, z łaski obcych ludzi, bo wszystko aż do ostatniego pieniążka oddał ubogim – niczego nie umiałyby zatrzymać dla siebie.

Pójdziesz na ten układ? – spytała, rysując karmelowym palcem kółka na ziemi.

Nie mam wyboru – odparł.

Oczywiście.

Wolała na niego nie patrzeć.

Czeka cię takie szczęśliwe życie – powiedziała. Zawsze będziesz szczęśliwy.

Po co to robisz?

Bo taki z ciebie szczęściarz. Masz w zasięgu ręki prawdziwe i trwałe szczęście.

Przestań – powiedział. Jesteś niesprawiedliwa.

Chciałabym ją poznać.

Wcale byś nie chciała.

Właśnie, że chciałabym. Jak ona ma na imię? Zosia? Bardzo bym chciała poznać Zosię i powiedzieć jej, jaka będzie szczęśliwa. Ale z niej szczęściara. Na pewno jest bardzo piękna.

Nie wiem.

Przecież chyba ją widziałeś, nie?

Tak.

No to wiesz, czy jest piękna. Jest piękna?

Chyba tak.

Piękniejsza ode mnie?

Przestań.

Chciałabym przyjść na ślub i sama wszystko zobaczyć. Nie, nie na ślub, skądże znowu! Cyganka nie może przecież wejść do synagogi. Ale na wesele. Chyba mnie zaprosisz, prawda?

Wiesz, że to niemożliwe – odparł, odwracając się od niej.

Wiem, że to niemożliwe – przytaknęła, rozumiejąc, że się zagalopowała, że była zbyt okrutna.

To niemożliwe.

Powiedziałam ci: wiem.

Ale musisz mi uwierzyć.

Wierzę.

Kochali się ze sobą ostatni raz, nieświadomi, że przez najbliższe siedem miesięcy nie zamienią ani słowa. Wielokrotnie ją widywał i ona jego także – w ciągu wspólnie spędzonych lat przywykli odwiedzać te same miejsca, chadzać tymi samymi ścieżkami, zasypiać w cieniu tych samych drzew – ale nigdy w żaden sposób nie dawali poznać, że się wzajemnie dostrzegają. Oboje rozpaczliwie pragnęli cofnąć się o siedem lat, do swojego pierwszego spotkania w teatrze, i zrobić to wszystko jeszcze raz, lecz tym razem nie zauważyć się nawzajem, nie rozmawiać, nie wyjść z teatru tak jak wtedy, kiedy ona prowadziła go za martwą prawą rękę przez labirynt błotnistych zaułków, obok straganów ze słodyczami, stojących niedaleko starego cmentarza, a potem wzdłuż linii uskoku między dzielnicą żydowską a ludzką, coraz dalej i dalej, w czerń. Przez siedem miesięcy kompletnie ignorowali się nawzajem na bazarze, pod Zegarem, przy fontannie z syreną na płask rozciągniętą, i byli przekonani, że potrafią ignorować się zawsze i wszędzie, pozostać dla siebie zupełnie obcymi ludźmi, lecz przeświadczenie to okazało się złudne, gdy pewnego popołudnia Safran, wracając z pracy, minął się w drzwiach własnego domu z Cyganką, która akurat stamtąd wychodziła.

A co ty tu robisz? – spytał, raczej przestraszony, że dziewczyna wyjawiła ich związek- ojcu, który na pewno by go zbił, lub matce, która byłaby taka rozczarowana – niż ciekaw, co ją sprowadza w te progi.

Ustawiłeś książki według koloru grzbietów – odparła. Co za głupi pomysł.

Przypomniał sobie, że matka bawi akurat w Łucku, tak jak w każdy czwartek o tej godzinie; ojciec mył się na dworze. Safran poszedł do swojego pokoju, bo chciał sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu. Jego dziennik leżał pod materacem, jak zwykle. Książki stały w ordynku, według kolorów. (Wyciągnął jedną z półki – ot tak, żeby wziąć coś do ręki). Fotografia matki na szafce nożnej przy łóżku nachylona była pod tym kątem co zawsze. Nic nie wskazywało na to, że Cyganka czegokolwiek dotknęła. Przeszukał kuchnię, gabinet, a nawet łazienki, wypatrując śladów, jakie mogła po sobie zostawić. Nic. Żadnych zgubionych włosów. Żadnych odcisków palców na lustrze. Żadnych liścików. Wszystko w najzupełniejszym porządku.

Poszedł do sypialni rodziców. Poduszki były idealnie czworokątne. Prześcieradła gładkie jak woda, pedantycznie podwinięte pod materac. Pokój wyglądał, jakby niczego w nim nie tykano od lat, może od dnia czyjejś śmierci – jak gdyby starano się zachować go w niegdysiejszym stanie niby kabinę zatrzymanego czasu. Safran nie wiedział, ile razy Cyganka odwiedzała jego dom. Nie mógł jej o to spytać, ponieważ już z nią nie rozmawiał, nie mógł też zapytać ojca, wtedy bowiem musiałby mu wszystko wyznać, i matki także spytać nie mógł, bo gdyby się dowiedziała prawdy, toby ją zabiło, tego zaś z kolei on sam by nie przeżył, a choćby nie wiedzieć jak nieznośne wydawało mu się ostatnimi czasy własne życie, nie był jeszcze gotów go zakończyć.

Pobiegł do domu Listy P. – jedynej kochanki, która natchnęła go do tego, że się wykąpał. Wpuść mnie – poprosił, oparłszy o drzwi głowę. To ja, Safran. Wpuść mnie.

Usłyszał szuranie: ktoś z trudem wlókł się w stronę drzwi.

Safran? Rozpoznał głos matki Listy.

Dzień dobry – powiedział. Jest Lista?

Siedzi w swoim pokoju – odparła kobieta, myśląc, jaki uroczy z niego chłopiec. Idź do niej na górę.

Co się stało? – spytała Lista, kiedy stanął w drzwiach. Wyglądała znacznie starzej niż przed trzema zaledwie laty w teatrze, zadał więc sobie w duchu pytanie, czy to ona tak się zmieniła, czy może raczej on. Wejdź. Wejdź. Siadaj – dodała. – O, tutaj. Co się dzieje?

Jestem zupełnie sam – odparł.

Nie jesteś sam – powiedziała, tuląc jego głowę do piersi.

Jestem.

Nie jesteś sam – powtórzyła. Tylko czujesz się samotny.

Na jedno wychodzi. Samotność to właśnie uczucie, że jest się samotnym.

Zrobię ci coś do jedzenia.

Nie chce mi się jeść.

No to napij się czegoś.

Nie chce mi się pić.

Zaczęła mu rozcierać martwą dłoń i przypomniała sobie, kiedy ostatnio jej dotykała. Pociąg do tej ręki wzbudziła w niej nie martwota, lecz nierozpoznawalność. Niedosiężność. Safran nigdy nie mógłby pokochać jej miłością pełną, całym sobą. Nigdy nie można by go całkowicie posiąść i on także nie zdołałby zawładnąć nikim bez reszty. Jej pragnienie wznieciła nieziszczalność tego pragnienia.

Żenisz się, Safran. Dziś rano dostałam zaproszenie. Czy właśnie to tak cię wyprowadza z równowagi?

Tak – przyznał.

Nie masz co się martwić. Każdy się denerwuje przed swoim ślubem. Ja na pewno się denerwowałam. Wiem, że mój mąż też. Ale Zosia to taka miła dziewczyna.

Nigdy jej nie widziałem – powiedział.

Mówię ci, jest bardzo miła. A w dodatku piękna.

Myślisz, że mi się spodoba?

Tak.

Pokocham ją?

Możliwe. W sprawach miłości lepiej niczego z góry nie przewidywać, ale to z całą pewnością niewykluczone.

Kochasz mnie? – spytał. Kochałaś mnie kiedykolwiek? Tamtego wieczoru, kiedy wypiliśmy tyle kawy.

Nie wiem – odparła.

Myślisz, że mogłaś mnie kiedyś kochać?

Dotknął zdrową ręką jej policzka i musnął szyję, a potem wsunął dłoń za kołnierz bluzki.

Nie – powiedziała, wyjmując ją stamtąd.

Nie?

Nie.

Kiedy ja chcę. Naprawdę chcę. Nie robię tego dla ciebie.

Właśnie dlatego nie możemy – odparła. Nigdy bym się na to nie zdobyła, gdybym przypuszczała, że chcesz.

Położył głowę na jej kolanach i zasnął. Zanim odszedł wieczorem, dał Liście przyniesioną z domu książkę (Hamleta z fioletowym grzbietem, którego wyciągnął z półki – ot tak, byle wziąć coś do ręki).

Na zawsze? – spytała.

Kiedyś mi oddasz.

Mój dziadek i Cyganka nic o tym wszystkim nie wiedzieli, kiedy kochali się ostatni raz, kiedy Safran dotykał jej twarzy i gładził miękką skórę pod brodą, kiedy okazywał jej względy niby rzeźbiarz swojej żonie. Lubisz, jak tak robię? – spytał. Zatrzepotała rzęsami i musnęła nimi jego pierś. Przemknęła mu tym motylim pocałunkiem w poprzek torsu i w górę po szyi, do miejsca, w którym płatek lewego ucha łączy się z żuchwą. Ściągnął jej przez głowę niebieską bluzkę, rozpiął sznury korali, wylizał gładkie, spocone pachy i przejechał palcem od szyi do pępka. Czubkiem języka zakreślił kręgi wokół karmelowych obwódek jej sutek. Lubisz, jak tak robię? – spytał. Skinęła głową, a potem odchyliła ją do tyłu. Językiem smagnął jej sutki, czując, że wszystko jest zupełnie nie tak, każda chwila, od momentu jego narodzin aż do teraz, wszystko wychodzi źle, i to nawet nie na opak, tylko jeszcze gorzej: w przybliżeniu. Cyganka obiema rękami rozpięła mu pasek. Uniósł się w biodrach, żeby mogła mu ściągnąć spodnie i gatki. Wzięła do ręki jego członek. Tak strasznie chciała, żeby mu było dobrze. Była przekonana, że jeszcze nigdy nie było mu dobrze. Chciała stać się sprawczynią jego pierwszej i jedynej rozkoszy. Lubisz, jak tak robię? Nakrył dłonią jej dłoń i nią pokierował. Zdjęła spódnicę i majtki, ujęła jego martwą dłoń, włożyła sobie między nogi i ścisnęła. Jej gęste, czarne włosy łonowe spływały luźnymi kędziorami, falami. Lubisz, jak tak robię? – spytał, chociaż to ona prowadziła jego dłoń, jakby próbowała manewrować wirującym stolikiem, żeby wydębić odpowiedź. Oprowadzali się nawzajem po swoich ciałach. Cyganka włożyła sobie jego martwe palce i na chwilę udzieliła jej się drętwota i paraliż. Poczuła, jak śmierć w nią wnika, przenika od stóp do głów. Teraz? – spytał Safran. Teraz? Wtoczyła się na niego i martwą ręką wsunęła sobie członek. Dobrze tak? – spytał. Dobrze?

Siedem miesięcy później, osiemnastego czerwca 1941 roku, kiedy pierwszy pokaz niemieckich bombardowań świetliście zelektryzował niebo nad Trachimbrodem, a mój dziadek przeżywał swój pierwszy orgazm (pierwszą i jedyną rozkosz, której nie ona jednak była sprawczynią), Cyganka przecięła sobie nadgarstek nożem stępionym od strugania listów miłosnych. Lecz wtedy, tam, gdy złożył senną głowę na jej pulsującej piersi, niczego mu nie wyznała. Nie powiedziała: Ożenisz się. Nie powiedziała: A ja się zabiję. Spytała tylko: Jak ustawiasz swoje książki?

Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją, tłum. Michał Kłobukowski, wydanie III, Warszawa 2017, s. 326-333.

Don’t take away my irony

‘You’re just in time,’ said Patrick, kissing Julia through her scratchy black veil.

‘You mean late as usual.’

‘No; just in time. We’re about to kick off, if that’s the phrase I’m looking for.’

‘It’s not,’ she said, with that short husky laugh that always got to him.

The last time they had seen each other was in the French hotel where their affair had ended. Despite their communicating rooms, they could think of nothing to say to each other. Sitting through long meals, under the vault of an artificial sky, painted with faint clouds and garlands of tumbling roses, they stared at a flight of steps that led down to the slapping keels of a private harbour, ropes creaking against bollards, bollards rusting into stone quays; everything longing to leave.

‘Now that you’re not with Mary, you don’t need me. I was…structural.’

‘Exactly.’

The single word was perhaps too bare and could only be outstripped by silence. She had stood up and walked away without further comment. A gull launched itself from the soiled balustrade and clapped its way out to sea with a piercing cry. He had wanted to call her back, but the impulse died in the thick carpet lengthening between them.

Looking at him now, the freshly bereaved son, Julia decided she felt utterly detached from Patrick, apart from wanting him to find her irresistible.

‘I haven’t seen you for such a long time,’ said Patrick, looking down at Julia’s lips, red under the black net of her veil. He remained inconveniently attracted to almost all the women he had ever been to bed with, even when he had a strong aversion to a revival on all other grounds.

‘A year and a half,’ said Julia. ‘Is it true that you’ve given up drinking? It must be hard just now.’

‘Not at all: a crisis demands a hero. The ambush comes when things are going well, or so I’m told.’

‘If you can’t speak personally about things going well, they haven’t changed that much.’

‘They have changed, but my speech patterns may take a while to catch up.’

‘I can’t wait.’

‘If there’s an opportunity for irony…’

‘You’ll take it.’

‘It’s the hardest addiction of all,’ said Patrick. ‘Forget heroin. Just try giving up irony, that deep-down need to mean two things at once, to be in two places at once, not to be there for the catastrophe of a fixed meaning.’

‘Don’t!’ said Julia, ‘I’m having enough trouble wearing nicotine patches and still smoking at the same time. Don’t take away my irony,’ she pleaded, clasping him histrionically, ‘leave me with a little sarcasm.’

‘Sarcasm doesn’t count. It only means one thing: contempt.’

‘You always were a quality freak,’ said Julia. ‘Some of us like sarcasm.’

Edward St. Aubyn, At Last (The Patrick Melrose Novels, #5), 2012.

Patrick Melrose & Bikini Girl

Patrick ordered another double espresso and watched the waitress weave her way back to the bar, only momentarily transfixed by a vision of her sprawled across one of the tables, gripping its sides while he fucked her from behind. He was too loyal to linger over the waitress when he was already involved in a fantasy about the girl in the black bikini on the other side of the cafe, her eyes closed and her legs slightly parted, absorbing the beams of the morning sun, still as a lizard. He might never recover from the look of intense seriousness with which she had examined her bikini line. An ordinary woman would have reserved that expression for a bathroom mirror, but she was a paragon of self-absorption, running her finger along the inside edge of her bikini, lifting it and realigning it still closer to the centre, so that it interfered as little as possible with the total nudity which was her real object. The mass of holiday-makers on the Promenade Rose, shuffling forward to claim their coffin-sized plot of beach, might as well not have existed; she was too fascinated by the state of her tan, her wax job, her waistline, too in love with herself to notice them. He was in love with her too. He was going to die if he didn’t have her. If he was going to be lost, and it looked as if he was, he wanted to be lost inside her, to drown in the little pool of her self-love – if there was room.

Oh, no, not that. Please. A piece of animated sports equipment had just walked up to her table, put his pack of red Marlboros and his mobile phone next to her mobile phone and pack of Marlboro Lights, kissed her on the lips and sat down, if that was the right term for the muscle-bound bouncing with which he eventually settled into the chair next to hers. Heartbreak. Disgust. Fury. Patrick skimmed over the ground of his immediate emotions and then forced himself upwards into the melancholy sky of resignation. Of course she was spoken for a million times over. In the end it was a good thing. There could be no real dialogue between those who still thought that time was on their side and those who realized that they were dangling from its jaws, like Saturn’s children, already half-devoured. Devoured. He could feel it: the dull efficiency of a praying mantis tearing arcs of flesh from the still living aphid it has clamped between its forelegs; the circular hobbling of a wildebeest, reluctant to lie down with the lion who hangs confidently from his neck. The fall, the dust, the last twitch.

Yes, in the end it was a good thing that Bikini Girl was spoken for. He lacked the pedagogic patience and the particular kind of vanity which would have enabled him to opt for the cheap solution of being a youth vampire. It was Julia who had got him used to sex during her fortnight’s stay, and it was among the time refugees of her blighted generation that he must look for lovers. With the possible exception, of course, of the waitress who was now weaving her way back towards him. There was something about the shop-worn sincerity of her smile which suited his mood. Or was it the stubborn pout of the labial mould formed by her jeans? Should he get a shot of brandy to tip into his espresso? It was only ten thirty in the morning, but there were already several misty-cold glasses of beer blazing among the round tables. He only had two days of holiday left. They might as well be debauched. He ordered the brandy. At least that way she would be back soon. That’s how he liked to think of her, weaving back and forth on his behalf, tirelessly attending to his clumsy search for relief.

He turned towards the sea, but the harsh glitter of the water blinded him and, while he shielded his eyes from the sun, he found himself imagining all the people on that body-packed curve of blond sand, shining with protective lotions, playing with bats and balls, lolling in the placid bay, reading on their towels and mattresses, all being blasted by a fierce wind and blown into a fine veil of sparkling sand, and the collective murmur, pierced by louder shouts and sharper cries, falling silent.

Edward St. Aubyn, Mother’s Milk (The Patrick Melrose Novels, #4), 2005.

This desire is not yours

You’re in a faraway nightclub. People can barely hear each other. They have to shout in others’ ears. You weren’t shouting. You were quiet. Letting the others around the table scream their heads off, deafening each other. In the space of the hour you had already spent there, your distress had intensified. Your exasperation, perhaps. But can one tell distress from exasperation, from melancholy?

Seated next to C, you weren’t looking at her. You were simply feeling the presence of her body to your left. Sometimes her perfume, in waves.

You were attempting to measure, minute by minute, the tightening stranglehold of an exasperatedly physical desire, which you feel minute after minute becoming all the more unbearable, astonishing in its ability to grow, in its paradoxical ability to nail you there in a near-complete paralysis. You didn’t, and still don’t, remember having ever felt such a tyrannical desire. You were tracking its progress, its ascent. It had split your body in two: an abstract, imperceptible body, doubling another that was strained, steeled, exacerbated, a paradox of petrification and pulsation. You couldn’t steer your thoughts away from it, so much was this other body invading you. You witnessed, powerless, motionless, your own colonization by an inexplicable and obscene desire that your willpower was failing to keep in check, to contain, to purge.

This wave of inhuman desire was mounting, against you, against your better judgment. A night with C was not at all your intention. Hadn’t she already once made a pass at you, which you had declined? For you simply did not find C appealing at all. You had even sometimes felt repulsion toward her body.

But desire, like repulsion, is without reason and defies explanation. Nor does repulsion cancel out desire.

How can you feel such a pressing, devastating desire for a woman you don’t even find attractive? A woman who does not fit any of your types… Hence your distress.

You were now intent on looking at her, scrutinizing her, identifying all of the reasons to lose your hard-on. You told yourself that her mouth was unappealing, that her features were too coarse for your taste, that her body, though supple, did not have the naïve delicateness or the energetic grace that usually excited you, that her manner, her gestures lacked the neatness, the discretion capable of seducing you.

You sought out the defects, inventoried the adjectives that might vanquish your desire. But this damned desire remained recalcitrant to all your curses and even to your denigrations.

Therein lies your melancholy: this desire is not yours. This desire cares nothing for you. Unrelenting, blind, deaf, brutal, offering no way out. A desire rising against your body’s will, and your body itself the traitor thwarting its own defense.

Then, maybe, could you divert it? You had started cultivating the hope that C was only the accidental object, not the source, of this desire. And even then, still interchangeable. You had looked around for other women. Asking yourself, of all of them, which would hold the greatest likelihood of being attractive to you. None. So pick at random, any one of them. Then you could begin to think of this other woman, to apply yourself to this task, to draw this unknown woman toward the center of gravity of the desire preoccupying you. So that her image would be caught in its magnetic field. But no, nothing. Not the least pull of attraction. The gaze and the flesh do not belong, it seems, to the same body: the image of the unknown woman and the pulsing of desire, each the center of different galaxies or parallel universes.

Anne Garréta, Not One Day, trans. by Emma Ramadan and the Author, 2017.

Wyśrubowane kryteria seksu podgrupowego

– Skoro już pytasz – zaśmiała się – to Nicholas Pratt zrobił na mnie dość odpychające wrażenie.

– Wiem, co masz na myśli. Problem Nicholasa polega na tym, że chciał zostać politykiem, ale zniszczyło go coś, co ileś lat temu uchodziło za skandal erotyczny, a co dziś pewnie nazwano by „otwartym małżeństwem”. Większość ludzi najpierw zostaje ministrami i dopiero wtedy rujnują sobie karierę skandalem erotycznym, ale Nicholasowi udało się to już wtedy, kiedy próbował zaimponować centrali, startując w wyborach uzupełniających w bastionie laburzystów.

– Zuch – skwitowała Anne. – Czym dokładnie zasłużył sobie na wygnanie z raju?

– Został nakryty w łóżku z dwiema kobietami przez trzecią kobietę, swoją żonę, która zdecydowała, że nie stanie u jego boku.

– Chyba i tak zabrakłoby dla niej miejsca. Ale zgadzam się, że niepotrzebnie się pośpieszył. W tamtych czasach człowiek nie mógł opowiedzieć w telewizji, jakie to „wyzwalające doświadczenie”.

– Kto wie – rzekł Victor z udawanym zdziwieniem, po belfersku łącząc palce obu dłoni w łuk – może są takie zakątki torysowskiej Anglii, gdzie do dziś nie wszystkie matrony z komitetu selekcyjnego praktykują seks grupowy.

Anne usiadła mu na kolanie.

– Victorze, czy dwoje ludzi to grupa?

– Obawiam się, że co najwyżej podgrupa.

– Chcesz powiedzieć – odparła ze zgrozą – że uprawiamy seks podgrupowy?– Wstała, targając mu włosy. – To okropne.

– Myślę – ciągnął spokojnie Victor – że po tym, jak jego ambicje polityczne szybko legły w gruzach, Nicholasowi zobojętniała kariera i postanowił utrzymywać się z odziedziczonej fortuny.

– Według moich kryteriów to go jeszcze nie czyni ofiarą – odparła Anne. – Nakrycie w łóżku z dwiema dziewczynami to nie łaźnia w Auschwitz.

– Masz wyśrubowane kryteria.

Edward St Aubyn, Patrick Melrose: Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja, tłum. Łukasz Witczak, Warszawa 2017.