Ból

Ból sam w sobie był ciekawą medytacją. Z wierzchu zawsze potworny, aż człowiek chciał uciekać. Bardzo trudno się nie ruszać, bardzo trudno, przynajmniej na początku, nic nie robić. Ból wywoływał panikę. Ale pod powierzchnią robił się cięższy, tępy i nieskomplikowany. Mógł stać się pewnym punktem skupienia, rzeczą obecną i niezmienną, nawet lepszą niż oddech. W stojakach wspaniałe było to, że rozkładały ból po całym ciele. Galen bał się, że naprawdę uszkodzi sobie kark i plecy, lecz to również był element bólu, strach przed okaleczeniem, trwałą utratą jakiejś części ciała. Nawet owad by tego nie chciał. Nikt nie chciał stracić ręki, nogi albo możliwości używania pleców, dlatego kiedy zbliżamy się do tego momentu, zbliżamy się do czegoś uniwersalnego, a jeśli spojrzymy dalej i uda nam się oddzielić, to może zobaczymy pustkę po uniwersalnym, okolicę prawdy.

Przestań myśleć – powtarzał sobie w duchu Galen. – Myślenie to złuda, okrada cię z bezpośredniego doświadczenia.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Nie możesz mieć wszystkiego od razu

Sansara, przywiązanie do świata. Pożądanie było ze wszystkich uczuć najgorsze. Potrzeba, którą Galen czuł w kręgosłupie, przeszywała plecy i szyję, łącząc się w ustach. Szaleństwo, absolutne szaleństwo, czas wlókł się niemiłosiernie. Tylko eunuch mógł poczuć spokój. Wykastrowany. To była najszybsza droga do oświecenia.

Tak naprawdę nie wierzył, że Jennifer przyjdzie, ale jednak przyszła. Weszła po schodach i włączyła lampkę przy łóżku. Przyniosła talię kart, włożyła spódnicę i T-shirt.

– Powiedziałam im, że zagramy sobie partyjkę przed kolacją.

Usiadła na łóżku matki i na nocnym stoliku rozdała karty do bezika. Miała krótką spódnicę, Galen nie mógł się powstrzymać przed podglądaniem. Czuł się zażenowany.

– W porządku – powiedziała Jennifer, rozchylając kolana. – Możesz popatrzeć.

Pod spódnicą nie miała bielizny.

– Mamy kilka zasad – ciągnęła. – Pierwsza: możesz robić tylko to, co każę. Druga: nie możesz wydawać żadnych dźwięków. I oczywiście nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.

– Dobrze – odparł.

– Spójrz na siebie. Co za desperacja. Dwadzieścia dwa lata i nigdy nie dorwałeś się do żadnej cipki. – Uśmiechnęła się.

– Uprawiałaś już seks?

– Oczywiście – powiedziała. – Wszyscy to robią. Oprócz ciebie. A teraz się połóż i trochę się przesuń.

Odsunął kołdrę.

– Nie – zaprotestowała Jennifer. – Zakryj się. A jeśli ktoś wejdzie, to szybko wstań i złap swoje karty.

– Okej – przytaknął. – Ale co robimy?

Weszła na materac, przyklęknęła z rozchylonymi udami nad głową Galena, obejmując ją kolanami, i schyliła się tuż nad jego twarzą.

– Rany – wyszeptał. Wyglądała lepiej niż te kobiety w piśmie, młodziej. – Idealna – dodał. – Taka piękna.

– Nie odzywaj się.

– Mogę dotknąć?

– Możesz.

Dotknął wnętrza jej uda policzkiem, później nosem. Miękkie i ciepłe.

– Zrób to zarostem – zażądała, przejechał więc brodą wzdłuż jej uda.

– Fajnie – dodała. – Obróć głowę na bok i się nie ruszaj.

Zrobił, co mu kazała, i poczuł jej wilgotne wargi sromowe na swoim policzku.

– Papier ścierny – zauważyła. – Lubię tak.

Galen lekko się zirytował, ponieważ z głową obróconą na bok nic nie widział. Jennifer ujeżdżała jego szczękę, właściwie to uprawiała seks bez niego. Obrócił twarz w jej stronę, ale odepchnęła go, kładąc rękę na czole, i dalej ocierała się o jego skórę. Wcale mu się to nie podobało. Miał mokrą twarz z jednej strony.

– Dobra – powiedziała w końcu. Obróciła mu głowę na wprost i usiadła na twarzy. – Możesz polizać.

Galen ledwie mógł oddychać. Poruszał językiem, ale najwyraźniej nie miało w ogóle znaczenia, co robił. Jennifer przesunęła się wyżej, tak że włożył nos do jej środka, zaczęła się więc ocierać o nos. Już nie miał nawet jak polizać jej cipki. Była za nisko.

– Poliż mi tyłek – szepnęła i zdał sobie sprawę, że to właśnie robi. – Tak dobrze – jęknęła. – Dobrze.

Przyspieszyła, mocniej ocierając się o nos, który utknął w tym rytmie, a Galen po prostu lizał dalej.

Niewiele słyszał, gdy Jennifer wbijała jego głowę w poduszkę, gwałtownie się kołysząc, martwił się więc, że ktoś wejdzie po schodach, a oni tego nie zauważą. Łóżko pewnie zaczęło już uderzać o ścianę.

Oddychał przez usta i musiał przełykać ślinę. Miał wrażenie, że tonie. Cała twarz i czoło zrobiły się śliskie.

– Tak dobrze – powtarzała Jennifer. Złapała Galena za tył głowy i przyciągnęła bliżej. – Potrząsaj głową – poleciła. Lizał więc i potrząsał głową w przód i w tył.

– Oooch – jęczała. – Dobrze. Liż dalej.

Zdał sobie sprawę, że zaczął wolniej poruszać językiem. Trudno było robić wszystko jednocześnie: oddychać, lizać, potrząsać głową, próbować używać zarostu.

Uda Jennifer się napięły. Przyciągnęła twarz Galena bliżej i zwolniła. Czuł, jak cała drży. Wepchnęła się w niego mocno raz jeszcze, jakby chciała mu złamać nos, po czym zatrzęsła się w miejscu.

– Oooch – jęczała. – Oooch.

Uniosła się znad jego twarzy i zadrżała jeszcze kilka razy. Mięśnie w jej udach, miękkie linie, piękny róż. Galen nie mógł uwierzyć, że na to patrzy. Na chwilę zwiotczał, ale znowu miał wzwód i nie mógł się doczekać, aż go jej włoży.

Zeszła z łóżka, a on obrócił się na bok, by wytrzeć twarz o pościel. Nawet włosy miał mokre.

– Rany – wystękał.

Jennifer obciągnęła spódnicę i usiadła na drugim łóżku. Galen naciągnął prześcieradło i koc, a kuzynka spojrzała na jego wzwód.

– Sorry – powiedziała – ale skończyłam.

– Co?

– Nie możesz mieć wszystkiego od razu.

– Ale ja nic nie dostałem.

– Roszczeniowiec. Moja matka ma rację co do ciebie. Dostałeś moją cipkę. To więcej, niż sobie zasłużyłeś. Wiesz, ilu chłopaków w szkole zabiłoby, żeby choć zobaczyć moją cipkę?

– Mogę chociaż na nią patrzeć i sobie zwalić?

– Nie. Skończyłam. Bierz karty.

– Kurwa.

– Nie bądź beksą.

Galen poczuł falę gniewu. Ale nie chciał czegoś palnąć. Usiadł więc, oparł się o ścianę na poduszce i podniósł karty.

– No i git – skwitowała Jennifer. – Aha, i chyba wolałbyś umyć twarz przed kolacją.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Agnes swirls out her red lipstick

Staring into the dull silver of the elevator doors Agnes swirls out her red lipstick, which she strokes firmly onto her lips, back and forth, a brick the same shade as her penciled-in Marlene Dietrich eyebrows, matching her china doll moon face framed by brazenly red hair carefully flipped up. Agnes’ hair color changed with her whims, more violent seasons than the city’s monochrome. It’s my signature she would say. For someone like Agnes it was important to have a signature. How else will she remember herself?

Kate Zambreno, Green Girl.

Green Girls

As she closes her door, she sees Agnes coming out of her room down the hall. A girl like Agnes spends the entire morning putting herself together. Or putting herself back together. Agnes did not wear clothes. She wears a costume. Green girls and their costumes, their trying on of brazen identities. Some green girls very in vogue wear cigarette jeans, but girls like Agnes and Ruth only smoke cigarettes. They are the type of green girls to model themselves on La Nouvelle Vague, they are new and they are vague. They are the type to wear skirts and dresses with stockings, a specific classification. Today Agnes is wearing a tight cherry-red cardigan and a vintage mustard yellow A-line. A darker mustard trench coat. Enormous sunglasses engulfed her face, as if to cultivate an air of mystery.

Kate Zambreno, Green Girl.

English professor’s ass

My English professor’s ass was so beautiful. It was perfect and full as she stood at the board writing some important word. Reality or perhaps illusion. She opened the door. With each movement of her arms and her hand delicately but forcefully inscribing the letters intended for our eyes her ass shook ever so slightly. I had never learned from a woman with a body before. Something slow, horrible and glowing was happening inside me. I stood on the foothills to heaven. She opened the door.

There were a bunch of us in Eva Nelson’s world literature class who had gone to catholic school. Nobody was that different, 18-year-old kids who had grown up going to the Blessing of the Fleet, hooting and drinking beer, who went to Sacred Heart, who played against Our Lady. Hardly anyone in the class was really that different. Everyone it seemed to me lived in a roughly catholic world. But those of us who knew nothing else–we were especially visible. When we had a thought, an exciting thought we’d go: Sst. Sst. Like a batch of little snakes. We meant “Sister.” Sister, pay attention to me. Call me now.

Eva Nelson had been teaching Pirandello. What we really are considering here: and now she faced us with her wonderful breasts. I know that a woman when she is teaching school begins to acquire a wardrobe that is slightly different from her daily self. How she exposes herself to the world. For instance later in the semester I went to a party at her house in Cambridge and she sat on her couch in her husband’s shirt. He was a handsome and distant young man named Gary, he was the Nelson and she wore his shirt and you really couldn’t see her breasts at all but she had a collection of little jerseys, tan and peach, pale gold and one was really white I think. Generally she dressed in sun tones–nothing cool, nothing blue. Nothing like the airy parts of the sky, but the hot and distant tones of the sun and her breasts were in front of me, I was looking at her face and I knew I was alive.

Eileen Myles, Inferno.

The slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face

Momentarily, she acted as if she intended to really ravage me, but it was a phoney growl. She didn’t know how. I must fuck Robin. That was my job. She had the largest … cunt, vagina I have ever stuck my finger in. It was big red and needy. I stuck two three fingers in and fucked her and fucked her. I’ve always received complaints that I was rough but I felt like I could have been shoving a stick up this woman, a branch. Her ass was up in the air, it was April and the trees were still pretty bare and I looked through the black rusty cross-hatched window gates of my East Village apartment and I felt detached and I fucked and fucked her with my hand, and twisting her nipples. She moaned and growled with pleasure. Such a woman, I have never met such a horny animal nor have I ever so distinctly serviced a woman before. Do you want my fist inside you. Anything she shrieked, anything.

So this is my late winter stolen landscape. Robin’s hungry butt bobbing in front of my window next to my desk where I write. I felt my home, myself, violated by this animal. I couldn’t stop. This must be what faggots do. The inside of her pussy was hot and warm, it did, it did feel like a live animal. I put my fingertip to her butt-hole but there didn’t seem to be any magic there. I was getting bored. Wanna come up on me. I wanted to be underneath—her pussy on my mouth. Sure, anything. I had no way of framing her true repertoire with these kind of replies. I suspected she had done everything in the past, or on the other hand maybe she was a liar.

Here it comes, the salty hairy organ, the slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face. I started licking and sucking like crazy. I am wild for the sensation of having my face covered and dominated, almost smothered by a cunt. She was happy. It all seemed one to her, then a great groan and buckets of wet acrid fluid flooded into my mouth, splashing down my cheeks and onto my pillow. Initially I surmised she had come in some new way, but it was pee and now I had drank it for the first time. I swallowed some, but then no I don’t really want to drink piss. I wiped the edges of my mouth and then kissed her. I think she said I’m sorry but grinned at me wiping my face. Do you have any music she said. Take a look—the tapes are on the refrigerator. I lay on the bed, fascinated by the acrid taste of piss, yet horrified at the inadequacies of my tape collection. Da, duh-duh, Da, duh-duh came the opening notes of “Kimberly” and Robin walked naked across the length of my apartment like she was the real Patti Smith.

I think we tried to cram more into her pussy for a while after that and she gave my lips a quick swipe with her mouth, but I really suspected that was not her cup of tea. Because she was not a lesbian, nothing like that.

Do you have a towel? Actually I didn’t. Or I didn’t have a clean towel and I didn’t want to give her mine, out of a desire not to insult one of us. Finally I gave her a facecloth. I guess a towel’s a towel. I didn’t know what was going on. I’ve got to meet my girlfriend she explained. Today she had a girlfriend. A blow to the stomach, received in silence of course. I’m going out too I said. Well then come on, come with me to meet her. I did something in the kitchen sink, brushed my teeth, but I was feeling demolished.

Eileen Myles, Chelsea Girls.

Ale jej uszy, ach, jej uszy…

Ale wolałbym opowiedzieć wam o jej uszach. Przeoczyłem je w klubie tenisowym, kiedy związywała włosy tamtą zieloną wstążką, pod kolor lamówki i guzików na sukience. A na co dzień nosiła włosy rozpuszczone, pofalowane na uszach i sięgające połowy szyi. Tak że dopiero kiedy znaleźliśmy się w łóżku, a ja zabrałem się do szperania i węszenia po całym jej ciele, w każdym zakamarku, w każdej nadmiernie i niedostatecznie zbadanej części, pochylony nad nią, odgarnąłem jej włosy i odkryłem uszy.

Nigdy wcześniej nie poświęcałem uszom zbyt wiele uwagi, widząc w nich tylko komiczne narośle. Dobre uszy to takie, których się nie zauważało; złe uszy sterczały jak skrzydła nietoperza lub były kalafiorowate po ciosie boksera, albo też –jak uszy tamtego wściekłego kierowcy przy przejściu dla pieszych –chropowate, czerwone i włochate. Ale jej uszy, ach, jej uszy… od dyskretnego, niemal nieistniejącego płatka łagodnym łukiem biegły do góry, ale potem w połowie drogi takim samym łukiem zawracały ku jej czaszce. Jakby zaprojektowano je raczej według jakiejś idei estetycznej, a nie zasad użyteczności słuchowej.

Kiedy zwracam jej na to uwagę, mówi:
– Pewnie są takie, żeby wszystkie te bzdury przelatywały obok i nie trafiały do środka.

Ale to nie wszystko. Kiedy badałem je czubkami palców, odkryłem, jak delikatna jest ich zewnętrzna krawędź: cienka, ciepła, łagodna, aksamitna, niemal półprzezroczysta. Wiecie, jak nazywa się po łacinie obrąbek ucha? Helix. Jak helisa. W liczbie mnogiej helisy. Uszy były częścią jej absolutnej wyjątkowości, uzewnętrznieniem jej DNA. Podwójna helisa jej helis.

Później, zastanawiając się, co mogła mieć na myśli, kiedy mówiła o „bzdurach”, które przelatują obok jej zadziwiających uszu, pomyślałem: cóż, oskarżenie o oziębłość –to wielka bzdura. Tyle że to słowo wpadło prosto do jej uszu, a stamtąd do mózgu, gdzie utkwiło na zawsze.

Julian Barnes, Jedyna historia, tłum. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2018.

Ta-Nehisi Coates / James Baldwin

SOMETHING ELSE WAS HAPPENING in the background—I had met Barack Obama. I was still holding on to my general admiration of the man, but I had also written several blog posts criticizing him, for his insistence on “color-blind policy” and for his tendency to hector black people on their alleged shortcomings. Obama would regularly invite journalists who disagreed with him to the White House to spar. From time to time, I found myself among the summoned—usually after I’d written something critical. In the first of these, I was intimidated and left thinking I’d failed to do my job. The second time I was responding to the embarrassment of the first. I thought of my days back in Baltimore, back on the block, insisting that “I ain’t no punk.” Before I left for D.C. for that second trip to the White House, Kenyatta looked at me and said, “What would Baldwin do?” Hmmm. I suspect something more elegant than what I did. I arrived to the meeting late. I was wearing jeans. I’d gotten rained on along the way. I argued, at length, with the president about health care and vulnerable people in Mississippi. I wasn’t lying, but the debate was also performative. I was trying to prove to myself that I would not be cowed or seduced by power. It was ridiculous. But it was also an exchange with the first black president in the history of the most powerful nation in the world.

I walked from the White House to Union Station to take the train home. I called my editor, Chris Jackson. I talked about the meeting—“Yo you shoulda seen it, Chris. I was the only other nigga in the room and fools was looking at us like, ‘These niggers are fighting!!!!’ ” But I found myself again talking about Baldwin and the beauty of what he’d done in The Fire Next Time. I talked about how I’d read the book in one sitting and the challenge I imagined of crafting a singular essay, in the same fashion, meant to be read in a few hours but to haunt for years. I told him we were in an extraordinary moment—the era of a black president and Black Lives Matter—much like Baldwin had written amid the fight for desegregation. Here he offered this admonition—“The road is littered with knockoffs of The Fire Next Time.” But he still encouraged me to try.

To invoke the name James Baldwin, these days, is to invoke the name of both a prophet and a God. More than his actual work, Baldwin, himself, has been beatified. That is why young writers descend on his long-abandoned house, like pilgrims into the Holy Land. That is why they have founded an entire genre of essay to document the hajj. The beatification is understandable. Baldwin owes his prominence as much to his image as to his words. And we don’t simply have the beauty of his words, we have the force of his presence. I am not immune—Baldwin the Legend was the ancestor Kenyatta sought to summon up when she asked, “What would Baldwin do?”

But all the magic I wanted was on the page. And when I looked closely, when I began to study, I did not even see magic, so much as a machinery so elegant, so wondrous, so imaginative as to seem supernatural. I am talking to young writers now. Your heroes are not mystics nor sorcerers but humans practiced at the work of typing and revising, and often agonized by it. I know this because I have chased before. I chased the work of Nas. I chased the work of E. L. Doctorow. I chased the work of Black Thought. From Dust Tracks on a Road to Jonah’s Gourd Vine, I chased the work of Zora Neale Hurston. From “The Colonel” to “The Museum of Stones,” I chased the work of Carolyn Forché. I chased them all, in the hope that somewhere in the underlined sentences, in the dog-eared pages, in the conversations with other writers, who too were chasing, I would find my own work, and that work would fill someone out there with the same magic, which is not magic, that had filled me that day, sitting in Founders Library, in awe of James Baldwin.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Celibat

image

Z głębokości wołam do Ciebie, Boże. Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, któż się ostoi? Zaraziłem się grzechem, czytając słowa niepsalmowe, zapisane przez ludzi o nieczystych duszach: „Szukam do seksu dyskretnego chłopaka, faceta, któremu chciałbym obciągać kutaska”, „Jest ktoś chętny do obrobienia gorącej pałki, lizania jajek i dupska. Higiena i dyskrecja gwarantowane i tylko do 14-ej jestem mobilny”, „Jakiś konkret wystawi do polerki żonatemu teraz?”, „Cześć. O 7 będę wracał z pracy. Kto mnie zaprosi na oral może i anal. Czekam na tel. Chętnie dojrzali po 45. roku życia”, „Siemka, kto da obciągnąć w jakimś kibelku w centrum?”.

Słowa te stały się moim powietrzem, rozmyślam o nich dniem i nocą. Ulepiłeś mnie z ducha i ciała. Duch mój ochoczy, ciało słabe. Kiedy przyjdzie wieczór, jadę w ciemność. Na tylnym siedzeniu zapominam się w grzechu. Ale, Boże, mam o wiele więcej powodów do wstydu.

(…)

O tym, że biskup pomocniczy lubi księży, wiedziałem już w seminarium. Wikary z mojej rodzinnej parafii powiedział mi pół żartem, pół serio: „Ale koło pomocniczego to się nie kręć”. Kręcili się ci, którzy chcieli zrobić karierę, i głupie ciotki klotki gotowe dać się przelecieć każdemu samcowi.

(…)

Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy wchodzi się do klubu tylko w butach i skarpetkach. Tyle penisów merda wkoło, że po chwili nie zwraca się na nie uwagi. Nie dawaliśmy się wciągnąć w grupowy seks w darkroomie. Kilka razy ktoś mi przejechał po genitaliach i pośladkach, ja zrobiłem to samo, ale na tym się kończyło. No dobrze, chcę być szczery – jeśli nie mogłem wytrzymać, to pozwalałem fajnemu ciału na dotykanie przy pisuarze. Tylko dotykanie, do niczego więcej nie dochodziło. Mnie to całe rozluźnione środowisko trochę odpychało – nigdy nie wiadomo, co ten ładny penis chwilę temu penetrował.

Wracaliśmy nocą. Jeden zawsze musiał być trzeźwy. Proboszcz miał najlepiej, bo rano mógł pospać. Piękniś odprawiał mszę i jechał do pracy w kurii. Ja zapieprzałem do szkoły. Czasami proboszcz dzwonił do dyrektorki i prosił, żeby zorganizowała zastępstwo na religii, bo wikary czymś się zatruł. Przekupywał ją, chwaląc na kazaniach – że dzieci mają wysoki poziom nauczania, że szkoła angażuje się w życie parafii. Dyrektorka chodziła do kościoła, działały na nią takie bzdety.

(…)

Kochają się i zakonnicy. Ojcowie wchodzą w duchowe małżeństwa, wsuwają pod drzwi celi liściki, przynoszą na wycieraczkę pomarańczę, kiwi czy inny owoc. Ci homo są nagradzani przez przełożonych, mają lepsze cele i więcej wyjść na miasto. W jednym z klasztorów osiemdziesiąt procent ojców było homoseksualnych, w tym przeor. Cała prowincja o tym wiedziała, również prowincjał. Przez moment miałem stamtąd chłopaka. Ale postanowił żyć w celibacie.

Diecezjalni nie są lepsi. Biskupi boją się wysyłać księży na studia do Rzymu. Piękniś studiował. Przez rzymskie kluby przewalają się polscy kapłani. Zamiast studiować teologię i filozofię, wpadają w seksoholizm, alkoholizm, narkomanię. Szukają w klubach księży z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Później załatwiają sobie przeniesienie do Stanów, Kanady, Włoch, Niemiec i tam tworzą związki. Do Polski chętnie sprowadziliby się zakochani w polskim duchowieństwie księża z Afryki, ale polscy księża ich nie chcą. Bo są czarni, biedni, kojarzą się z ludami misyjnymi.

(…)

Nadal jeździłem z proboszczem do klubu na rozbierane imprezy. On krążył po darkroomie. Ja siedziałem przy barze, ciągle ktoś dotykał moich genitaliów. Po pewnym czasie nie zwracałem na to uwagi, chyba że ktoś brał je do ust. Przychodziliśmy do hotelu tak wymęczeni, że zasypialiśmy w ubraniach.

(…)

Jeździłem sam do klubu. Na seks się nie godziłem – ewentualnie wspólna masturbacja. Spotkałem przy barze proboszcza ze swoim nowym wikarym, takim z kategorii ciotki klotki, chyba za karę go dostał. Jednemu i drugiemu przejechałem ręką po trąbie i dupie. Piliśmy wszystko – czysta, piwo, drinki. Poszliśmy do hotelu, był ostry seks. Rano łóżko było zarzygane, nawet moje jedyne majtki były zarzygane. Pierwszy raz w życiu wracałem na plebanię bez majtek.

Proboszcz dzwonił, żebym do nich wpadał. Wpadłem kilka razy, fajny seks z nimi był, proboszcz dbał i o mnie i o Ciotkę Klotkę. Młody załatwił zabawki erotyczne. Poczułem się staro, kiedy instruował nas, jak się czego używa. Zaczął sprowadzać na plebanię osiemnastolatków z okolicy, ale do własnego użytku, co wkurzyło proboszcza i wywalił go z parafii.

Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Warszawa 2017.