Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa. Historia slamu w Polsce 2003-2012

Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa. Historia slamu w Polsce 2003-2012, red. Agata Kołodziej, 2013

Pobierz lub czytaj on-line za darmo na stronie:

http://xn—ch-ppa33b.pl/najlepszy-poeta-nigdy-nie-wygrywa/

Kilka dni po pogrzebie dziadka Paul Weber ożenił się.
Paul był trochę zmęczony na weselu, ale zachował uśmiech; uśmiech smutny i wymuszony, w którym znajdował się początek poświęcenia.
W sztywnym kołnierzu, rozpiętym z przodu, jego golutka i czerwona szyja poruszała się dziwnie; jego spodnie wydawały się dłuższe i cieńsze niż zwykle; ogon fraka zwisał groteskowo jak u klowna. Paul skupił w sobie całą przytłaczającą śmieszność ceremonii. Ja przedstawiałem bardziej tajemniczą i intymną stronę tej śmieszności. Byłem małym klownem nie rzucającym się w oczy.
W głębi zaciemnionego salonu panna młoda oczekiwała w swoim fotelu na podium. Biały welon zasłaniał jej twarz i tylko gdy podniosła go, odwracając się spod baldachimu, zobaczyłem Eddę po raz pierwszy…
Stoły dla gości ciągnęły się, białe, na podwórzu w jednej linii; u bramy zebrali się wszyscy włóczędzy z miasta; niebo miało niezdecydowany kolor żółtej gliny; blade panny w sukniach z niebieskiego i różowego jedwabiu rozdawały małe srebrzyste cukierki. To było wesele. Muzykanci brzdąkali starego i smutnego walca; od czasu do czasu jego rytm nabrzmiewał, narastał i zdawał się żywszy, potem melodia cichła na nowo, coraz bardziej, aż pozostawał po niej tylko metaliczny wątek samotnego fletu.
Strasznie długi dzień; jeden dzień to zbyt długo na wesele. Nikt nie zachodził na tyły podwórka, tam znajdowały się stajnie hotelu i wzgórek, z którego patrzyłem w dal, podczas gdy wokół mnie kilka kur zbierało w trawie ziarna, a ze strony podwórza dochodził powiew smutnego walca splatającego się ze świeżym zapachem wilgotnego siana w stodole. Widziałem stamtąd Paula, jak robił coś nadzwyczajnego: rozmawiał z Ozym i zapewne opowiadał mu jakąś zabawną historię, może anegdotę, bo kaleka zaczął się śmiać, siniejąc, niemal dusząc się pod wybrzuszonym plastronem wykrochmalonej koszuli.
W końcu nastała noc. Kilka drzew z podwórza pogrążyło się w mroku, żłobiąc w ciemności tajemniczy i niewidzialny park.
W słabo oświetlonej sali panna młoda siedziała stale na podium obok Paula, pochylając w jego stronę głowę, gdy mówiła mu coś szeptem, i zostawiając miękkie ramię jego palcom, które głaskały je wzdłuż białej rękawiczki.
Na stół wniesiono kilka tortów. Zwłaszcza jeden był monumentalny jak zamek, wsparty blankami i tysiącami przypór różowego kremu. Pokrywające go płatki cukrowych kwiatów połyskiwały oleiście i matowo. Nóż został wbity w sam środek i róża zaskrzypiała delikatnie pod ostrzem, krusząc się jak szkło na kilkadziesiąt odłamków. Starsze panie przechadzały się majestatycznie w swych aksamitnych sukniach, niezliczonej biżuterii na piersi i na palcach, przesuwając się powoli i uroczyście jak małe ołtarze obwoźnych kościołów, pełne zdobień.
Powoli salon zachodził mgłą i wszystko, co widziałem, stawało się bardziej niewyraźne i bardziej absurdalne… Zasnąłem, oglądając swoje czerwone i gorące ręce.

Pokój, w którym się obudziłem, pachniał skwaśniałym dymem. W lustrze przede mną okno odbijało świt, który pojawiał się niczym doskonały kwadrat błękitnego jedwabiu, Leżałem na łóżku pełnym porozrzucanych poduszek. Drobny hałas szumiał mi w uszach jak we wnętrzu muszelki; w pokoju unosił się jeszcze warstwami cienki dym.
Spróbowałem wstać i moja ręka wpadła w drewniane rzeźbienia łóżka; były takie, które wypełniały mi palce, i inne, które oddalały się od łóżka, rosnąc w rozmytym świetle pomieszczenia i wbijając się w tysiące blanek, otworów i koronkowych pleśni. W kilka chwil pomieszczenie wypełniło się niematerialnie różnego rodzaju wolutami, przez które musiałem przejść aż do drzwi, odpychając je od siebie i torując sobie miejsce pośród nich. Stale szumiało mi w głowie, a wszystkie jaskinie powietrza powtarzały, zdaje się, ten szmer. W korytarzu białe światło obmyło mi chłodem policzki i ocknąłem się na dobre. Spotkałem jakiegoś pana w długiej koszuli nocnej, który spojrzał na mnie bardzo zagniewany, jakby czynił mi wyrzut, że jestem w ubraniu tak wczesnym rankiem.
Dalej nie było już nikogo. W głębi podwórza pozostały stoły dla gości z odkrytymi sosnowymi deskami. Świt był ponury i zimny. Wiatr roznosił po opustoszałym podwórzu kolorowe papierki po cukierkach. Jak trzymała głowę panna młoda? Jak wsparła ją na ramieniu Paula? W niektórych gabinetach figur woskowych kobieta z wosku miała mechanizm, który sprawiał, że opierała głowę na jednej stronie i zamykała oczy.
Ulice miasta straciły wszelkie znaczenie; chłód przeszywał moje ubranie; byłem śpiący i było mi zimno. Gdy zamykałem oczy, wiatr nakładał mi chłodniejszą twarz na moje oblicze; pod powiekami czułem ją jak maskę, maskę mojej twarzy, w której wnętrzu było ciemno i zimno jak w prawdziwej masce z metalu. Który dom na mojej drodze musiał eksplodować? Który słup musiał się wygiąć jak gumowa laska, pokazując mi w ten sposób, że wykrzywiał się do mnie? Nigdzie w świecie, w żadnych okolicznościach nic się nigdy nie dzieje.
Kiedy dotarłem na plac, ludzie rozładowywali mięso do baraków rzeźników. Nosili w ramionach sino czerwone połówki bydła, wilgotne od krwi, wysokie i piękne jak jakieś martwe księżniczki. W powietrzu pachniało ciepło mięsem i moczem; rzeźnicy zawieszali każdą sztukę głową w dół, z czarnymi kulkowatymi spojrzeniami skierowanymi ku podłodze. Ciągnęły się teraz w rzędzie na tle białych porcelanowych ścian jak jakieś czerwone rzeźby wycięte w najróżniejszej i kruchej materii, z wodnistym, iryzującym odbiciem jedwabi i mętnej przezroczystości żelatyny. Na skraju otwartego brzucha zwisała koronka mięśni i ciężkie sznury korali z tłuszczu. Rzeźnicy wkładali do środka swe czerwone ręce i wyciągali cenne podroby, które układali na stole: przedmoty z ciała i krwi, okrągłe, płaskie, elastyczne i ciepłe.
Świeże mięso lśniło, aksamitne jak płatki monstrualnych hipertroficznych róż. Świt stał się niebieski jak stał; zimny poranek pobrzmiewał głębokim dźwiękiem organów.
Konie przy wozach spoglądały na ludzi swoimi wiecznie załzawionymi oczami: klacz puściła po bruku gorącą strugę uryny. W kałuży, miejscami spienionej, miejscami przejrzystej, odbijało się głębokie i czarne niebo.
Wszystko stało się odległe i przygnębiające. Był ranek; ludzie rozładowywali mięso; wiatr przenikał pod moje ubranie; drżałem z zimna i niewyspania; na jakim świecie żyłem?
Zacząłem biec jak oszalały po ulicach. Słońce ukazało sie ponownie czerwone na skraju dachów. W ulicach z wysokimi domami panowała jeszcze ciemność i tylko na skrzyżowaniu ulic światło tryskało, połyskujące, jak przez otwarte drzwi wzdłuż opuszczonych korytarzy.
Przeszedłem pod domem Weberów; ciężkie okiennice na pietrze były zamknięte; wszystko było opustoszałe i smutne; wesele się skończyło

Max Blecher, Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Sejny 2013, s. 67-70.

Jeden plus

Stał się odważny. I należy wyznać,
że się poważnie zainteresował
kobietami. Codziennie zasypia
na wielkim materacu, zostawiając miejsce
co najmniej jednej.

Stał się odważny. Wracając wieczorem
z aryjskiej strony, już po tej, semickiej,
spotkał barmankę z już nieistniejącej
knajpy, nigdy z nią nie zamienił
żadnego zdania, poza zamawianiem.

A teraz gadał. Usiadł z nią w Mleczarni
i gadał. Ona go nazwała
ulubionym klientem. Czemu nie wiedziałem
o tym wtedy? – zapytał sam siebie.
Zaprosił ją do tego pustego mieszkania.

I przyszła! Piła wino i zjadła kolację!
Turbot! Kurki! Makaron! Bób! I papierosy!
I przez chwilę siedziała na jego ogromnym
materacu! I poszła. On zasnął spokojnie,
przez sen jej robiąc miejsce, wsłuchując się w ciszę,

nieprzerywaną dźwiękiem domofonu.

——

3 lipca, gdzie indziej, w kosmosie

Idzie przede mną po schodach.
Jej nogi lśnią od deszczu.
Wyszliśmy z burz i gradobić.

To jest specjalne światło.
To są sekundy specjalne,
abym miał za czym tęsknić.

Prowadzi do swojego
mieszkania, tam się skryję
na chwilę, potem wrócę

w te nawałnice. Lecz teraz
idę za nią po schodach.
Jej nogi lśnią.

Marcin Świetlicki, Jeden, Kraków 2013.

Pani Lodzia
Pani Lodzia miała swoją filozofię, może trochę naciąganą, ale że wierzyła w nią z niezachwianą siłą, więc jej wiara udzielała się innym. Poznaliśmy ją z tatą na wakacjach pod Kazimierzem w złotych latach siedemdziesiątych. Tych samych wakacjach, na których tak skutecznie przekonywaliśmy innych letników, że na polu pszenicy widzieliśmy dwugłowe cielę. Zacietrzewienie pani Lodzi z pewnością było zaraźliwe, bo skąd wziąłby się upór, z jakim wmawialiśmy przyjezdnym mieszczuchom, że jeden łeb cielak miał złoty, a drugi zielony? Po raz pierwszy spotkaliśmy panią Lodzię w okolicznościach niezwiastujących nawiązania przyjaźni, gdy krzyczała za nami: TU SIĘ PRACUJE! TU NIE LETNISKO! Jakby wiedziała, że wzbudzi w nas poczucie winy. To właśnie poczucie winy sprawiło, że zaczęliśmy jej towarzyszyć w codziennych wyprawach do skupu szkła. Tata ciągnął wypchany butelkami wózek, a ja słuchałam snutych z niewyraźną dykcją opowieści. We wsi panowało przekonanie, że Lodzia jest wariatką. A jednak swoje wiedziała. Dała temu wyraz, gdy przedstawilismy jej mamę, która przyjechała nas odwiedzić. “Od razu wiedziałam, że to pana żona. Podobna jak dwie krople wody!”.

Czas darowany

Czas darowany zdarza się wówczas, gdy w ostatniej chwili zmieniamy decyzję i – zamiast pójść na planowane od dawna spotkanie – wbrew zdrowemu rozsądkowi zostajemy w domu. Wszystko nabiera wtedy nowego smaku: herbata, wino i pisany od dawna tekst. Pokoje wyglądają inaczej i łazienka, i widok z okna. Urok wagarów plus odkrycie, że – koniec końców – nigdy nic nie wiadomo.

Agnieszka Taborska, WIELORYB czyli przypadek obiektywny, Czarne, 2010