Allen Ginsberg w liście do Jacka Kerouaca (31 maja 1957 r.):

“Był też u nich genialny angielski malarz Francis Bacon, który wygląda jak przerośnięty uczniak, jakby miał góra siedemnaście lat – urodził się w Dublinie, zaczął malować dopiero koło trzydziestki, teraz ma czterdzieści siedem, nosi tenisówki, obcisłe ogrodniczki i czarne jedwabne koszule, zawsze wygląda, jakby właśnie szedł na tenisa, lubi być chłostany, maluje szare hotelowe pokoje, a w nich obłąkane goryle w stroju wieczorowym z parasolami czarnymi jak śmierć – powiedział, że namaluje wielki pornograficzny obraz, na którym będziemy ja i Peter. Trochę przypomina Burroughsa – maluje jakby przy okazji, gra w ruletkę w Monte Carlo, czasem wygrywa, a czasem przepuszcza całą kasę z obrazów, mówi, że jak rzuci w chuj malarstwo, to może zawsze być kucharzem albo męską dziwką – zdecydowanie najciekawsza postać w tej okolicy”

image

Svetislav Basara – Wypracowanie z serbsko-chorwackiego, temat „Bezsenność”

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Wyszedłem na dwór, długo chodziłem po mokrych ulicach, a kiedy, odświeżony na wietrze, wróciłem do domu, nastąpiło nieporozumienie: nie zapalając światła, położyłem się do łóżka, w którym ktoś już leżał. Kobieta. Wyczułem to zmysłem powonienie. Cóż, było jak było. Leżeliśmy w ciemnościach. Gdzieś w pobliżu tykał zegar. Spytałem, która godzina. Ona nie wiedziała, zegar nie umiał powiedzieć. Było to dawno temu. Może nigdy się nie zdarzyło. Tak byłoby lepiej. Na rękach miała cienkie, twarde blizny. Wyczułem to zmysłem dotyku. Wiedziałem o nich wszystko. Tylko delikatne ostrza żyletek SUPER SILVER pozostawiają takie blizny. Brzydziłem się ich i było mi jej żal, choć „mi jej” brzmi okropnie. Siebie zresztą też. Nie znaliśmy się, leżeliśmy w tym samym łóżku przez pomyłkę, której nie umieliśmy naprawić. Pod oknem szumiała topola, a może lipa. Nie rozumiałem o czym. Niczego nie rozumiałem. Po ciemku ja nie wstydziłem się mówić, bo nie można było udowodnić, że to mówię ja. Coś mówiłem. Może właśnie to, co t e r a z mówię. Ona nie słuchała. Dalej leżeliśmy w mroku, nie w mroku – w łóżku, i nie dalej, ale nadal, bardzo długo. Nie można powiedzieć, by działo się to w całkowitym mroku – był to raczej gęsty półmrok. Fale morskie zalewały brzeg. M i e j s c e, gdzie leżeliśmy, było oddalone setki kilometrów od najbliższego brzegu, a mimo to fale ochoczo zalewały brzeg, i to nas pocieszało. Ten daleki szum fal. Dotknąłem jej opuchniętych powiek. Ciemnych kręgów pod oczami. Prawie się przestraszyłem, że powie: Noli turbare circulos meos. Nic nie powiedziała. Nie znała łaciny. Ja też nie znałem. Więc jak mogłem się przestraszyć, że powie: Noli turbare circulos meos? Nie wiedząc nawet, co to znaczy, czekałem, aż w zakładach graficznych skończą druk porannych gazet i nadejdzie świt. Ale jeszcze się na to nie zanosiło. Leżeliśmy w ubraniach. Leży się po to, żeby spać. Ja nie mogłem zasnąć. Liczyłem barany, naliczyłem czterdzieści osiem, więcej nie było. Resztę zarżnięto. Spytała, dokąd pójdę. Jak gdybym już to kiedyś słyszał. Wychodzić teraz nie było sensu. Ona musiała być poważnie chora. Miała 41 stopni. Lekarze snuli się po pokoju, wpadali na siebie w ciemnościach, mamrotali: morire, moritura, moribunda. Nie wiedzieliśmy, co to znaczy. Nie znaliśmy łaciny. Ale – co najciekawsze – wiejski lekarz położył się przy niej, a j e g o k o ń p a t r z y ł n a t o p r z e z o k n o. Tak więc było nas troje, ściśniętych w wąskim łóżku. Chyba gdzieś już o czymś takim czytałem. Zapewne często miała do czynienia z lekarzami. Pod palcami czułem cienkie, twarde blizny – nie cierpię przymiotników, ale te blizny naprawdę były takie, jakie pozostają po delikatnych ostrzach żyletek SUPER SILVER. Wyczułem je zmysłem podcinania żył. Wtem stępił mi się ołówek. Nie wiem, jak mogłem pisać dalej. Nie pojmuję, jak w ogóle mogłem pisać po ciemku. Od dawna już świtało, ale pod jakąś inną długością geograficzną. Zawsze gdzieś świta i zawsze gdzieś szumią fale. O nic jej nie pytałem, na nic nie odpowiadała. Usiłowałem sobie przypomnieć, gdzie się już spotkaliśmy. Nie potrafiłem. Nie widziałem jej twarzy. Wątpię, byśmy się kiedykolwiek spotkali. Zdarza się, że leżę z osobami, których nigdy przedtem nie spotkałem – wiem, to nieprzyzwoite – ale co ja poradzę? Chyba trzymaliśmy się za ręce. Ręce nam drżały. O tym nie myślę. W sąsiednim pokoju domownicy ciężko oddychali, za ścianą ktoś uporczywie kaszlał. Jakiś sąsiad. Albo próbował nam przeszkadzać, albo umierał na gruźlicę. Ale to nie był powód, dla którego nie spaliśmy. Nie spaliśmy bez powodu. Spytałem o coś, nie odpowiedziała. Potem dotknąłem jej cipki. Bez cienia złości odsunęła moją rękę i rzekła: „Nie rób tego. Z powodu tego słowa możesz dostać jedynkę”. Bzdura! Jakby nauczycielka mogła wiedzieć, że dotknąłem jej cipki. Jakby nauczycielce nikt nie dotykał cipki. I jakbym z tego wypracowania nie dostał jedynki, zanim w ogóle zacząłem je pisać. Czas wlókł się przeraźliwie. Bałem się, żeby nie stanął. Przesądy! Sam nie wiedziałem, dlaczego nie mogę się doczekać świtu. Nie miałem dokąd iść. To bezokolicznik, prawda? Czy mnie o to nie pytała i czy na to nie odpowiedziałem? Była obrzydliwa, a trzymałem ją za rękę. Wstydziłem się tego, ale bałem się ciemności. Czy ona nie jest tym samym co ja: kilkoma pierwiastkami rozpuszczonymi w wodzie, w której drga c o ś, co sprawia, że to żyje, że może znikać i czuje się okropnie? Kiedy o tym myślałem, do pokoju weszło dwóch facetów, zapalili światło, wzięli coś i wyszli. Nie wiedziałem, kto to. Ale jakbym ich już kiedyś spotkał. Sąsiad nadal kaszlał. Spytałem o te cienki, twarde blizny. „Śmierć trwa dłużej niż życie”, powiedziała tylko. „To coś jak delikatna membrana między a . Coś jak osmoza”. Chciałem spytać jeszcze o coś w związku z a , a ona chciała mi odpowiedzieć. Nie zadałem jej tego pytania, a chciała odpowiedzieć właśnie na nie. Spytałem o to później. W t e d y już nie chciała odpowiedzieć. Ale chciała, żebym ją pocałował. Pocałowałem ją w rękę. Inaczej nie umiałem. Wargami poczułem cienkie, twarde blizny, jakie – po raz trzeci w tym wypracowaniu – pozostawiają delikatne ostrza żyletek SUPER SILVER. A może pozostawiała je bezsenność. Kto wie? W takie noce nie istnieje nic poza dwiema wymyślonymi osobami. Znowu weszli, zapalili światło, zostawili jakieś rzeczy, zgasili światło i wyszli. Jakbym ich już gdzieś widział. Wydało mi się, że noc się wycofuje i nigdy nie nastanie świt, że zamiast świtu znowu zapadnie zmierzch. Chciała, żebym ją pocałował. Pocałowałem ją w policzek. Inaczej nie umiałem. W drugim pokoju ciężko oddychał jej ojciec. Ciężko oddychał dlatego, że wkrótce miał umrzeć. Wszyscy, którzy tak dyszą, wkrótce umierają. Rano, po goleniu, będzie musiał schować żyletki SUPER SILVER. Nie ma innego wyjścia. A sąsiad bez przerwy kaszlał. Raczej umierał, niż chciał nas niepokoić. Zresztą jego kaszel wcale nie był niepokojący. Ona się go nauczyła niby jakiejś nudnej czytanki. Mówiła krótkimi zdaniami, jak nieobecna. Podobnie jak ja. Zegar tykał. Ciągle nie mogłem go zrozumieć. W pobliżu nie było wież cerkiewnych, które wyraźniej wymawiają godziny. Nie było, bo – jak już powiedziałem – w takie noce nie istnieje nic poza dwiema wymyślonymi osobami. Tamci już się nie pojawili. Znudziło mnie to wszystko. Znudziło mnie to wypracowanie bez wstępu, planu, wniosku, wypracowanie z góry ocenione na jedynkę – ocenę n i e d o s t a t e c z n ą. Chciała, żebym ją pocałował. Pocałowałem ją w usta. Umiałem całować. Zastanawiałem się, czy o coś spytać, zastanawiała się, czy mi odpowiedzieć. Długo to trwało. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Marzyłem o tym, żeby wypracowanie jak najprędzej się skończyło. Ona o niczym nie marzyła. Bałem się, że nie wytrzymam, że wyjdę i wypracowanie nie będzie miało zakończenia. Bałem się ciemności. Ona pytała, dokąd pójdę. Wszystko to się powtarzało, a było nieznośne już za pierwszym razem. I nagle ci-w tej-szy zadzwonił telefon. Ona nie miała telefonu. Zadzwonił gdzieś w sąsiedztwie. Może u mnie. Może dzwonił ktoś, kto potrafi więcej powiedzieć o tym wszystkim. Dzwonił długo. Może wciąż jeszcze dzwoni. Na szczęście właśnie dobiegał końca druk porannych gazet. Lada chwila powinno zaświtać. W miarę jak noce się wydłużają, coraz dłużej trwa drukowanie gazet. Sąsiad nareszcie przestał kaszleć. Albo umarł, albo jemu też to wszystko obrzydło. Pytała, dokąd pójdę. Nie miałem dokąd iść. Wstałem, wyszedłem na ulicę, kupiłem gazetę i czekałem na tramwaj. Dziesięć tysięcy kilometrów stąd na wschód, w Pekinie, padał monotonny drobny deszcz, co tylko potęgowało przygnębienie. Tramwaj uparcie nie nadjeżdżał. Ruszyłem na piechotę do szkoły.

tłum. Danuta Cirlić-Straszyńska, “Literatura na świecie” 5-6/2013, ss. 139- 142.

Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa. Historia slamu w Polsce 2003-2012

Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa. Historia slamu w Polsce 2003-2012, red. Agata Kołodziej, 2013

Pobierz lub czytaj on-line za darmo na stronie:

http://xn—ch-ppa33b.pl/najlepszy-poeta-nigdy-nie-wygrywa/

Kilka dni po pogrzebie dziadka Paul Weber ożenił się.
Paul był trochę zmęczony na weselu, ale zachował uśmiech; uśmiech smutny i wymuszony, w którym znajdował się początek poświęcenia.
W sztywnym kołnierzu, rozpiętym z przodu, jego golutka i czerwona szyja poruszała się dziwnie; jego spodnie wydawały się dłuższe i cieńsze niż zwykle; ogon fraka zwisał groteskowo jak u klowna. Paul skupił w sobie całą przytłaczającą śmieszność ceremonii. Ja przedstawiałem bardziej tajemniczą i intymną stronę tej śmieszności. Byłem małym klownem nie rzucającym się w oczy.
W głębi zaciemnionego salonu panna młoda oczekiwała w swoim fotelu na podium. Biały welon zasłaniał jej twarz i tylko gdy podniosła go, odwracając się spod baldachimu, zobaczyłem Eddę po raz pierwszy…
Stoły dla gości ciągnęły się, białe, na podwórzu w jednej linii; u bramy zebrali się wszyscy włóczędzy z miasta; niebo miało niezdecydowany kolor żółtej gliny; blade panny w sukniach z niebieskiego i różowego jedwabiu rozdawały małe srebrzyste cukierki. To było wesele. Muzykanci brzdąkali starego i smutnego walca; od czasu do czasu jego rytm nabrzmiewał, narastał i zdawał się żywszy, potem melodia cichła na nowo, coraz bardziej, aż pozostawał po niej tylko metaliczny wątek samotnego fletu.
Strasznie długi dzień; jeden dzień to zbyt długo na wesele. Nikt nie zachodził na tyły podwórka, tam znajdowały się stajnie hotelu i wzgórek, z którego patrzyłem w dal, podczas gdy wokół mnie kilka kur zbierało w trawie ziarna, a ze strony podwórza dochodził powiew smutnego walca splatającego się ze świeżym zapachem wilgotnego siana w stodole. Widziałem stamtąd Paula, jak robił coś nadzwyczajnego: rozmawiał z Ozym i zapewne opowiadał mu jakąś zabawną historię, może anegdotę, bo kaleka zaczął się śmiać, siniejąc, niemal dusząc się pod wybrzuszonym plastronem wykrochmalonej koszuli.
W końcu nastała noc. Kilka drzew z podwórza pogrążyło się w mroku, żłobiąc w ciemności tajemniczy i niewidzialny park.
W słabo oświetlonej sali panna młoda siedziała stale na podium obok Paula, pochylając w jego stronę głowę, gdy mówiła mu coś szeptem, i zostawiając miękkie ramię jego palcom, które głaskały je wzdłuż białej rękawiczki.
Na stół wniesiono kilka tortów. Zwłaszcza jeden był monumentalny jak zamek, wsparty blankami i tysiącami przypór różowego kremu. Pokrywające go płatki cukrowych kwiatów połyskiwały oleiście i matowo. Nóż został wbity w sam środek i róża zaskrzypiała delikatnie pod ostrzem, krusząc się jak szkło na kilkadziesiąt odłamków. Starsze panie przechadzały się majestatycznie w swych aksamitnych sukniach, niezliczonej biżuterii na piersi i na palcach, przesuwając się powoli i uroczyście jak małe ołtarze obwoźnych kościołów, pełne zdobień.
Powoli salon zachodził mgłą i wszystko, co widziałem, stawało się bardziej niewyraźne i bardziej absurdalne… Zasnąłem, oglądając swoje czerwone i gorące ręce.

Pokój, w którym się obudziłem, pachniał skwaśniałym dymem. W lustrze przede mną okno odbijało świt, który pojawiał się niczym doskonały kwadrat błękitnego jedwabiu, Leżałem na łóżku pełnym porozrzucanych poduszek. Drobny hałas szumiał mi w uszach jak we wnętrzu muszelki; w pokoju unosił się jeszcze warstwami cienki dym.
Spróbowałem wstać i moja ręka wpadła w drewniane rzeźbienia łóżka; były takie, które wypełniały mi palce, i inne, które oddalały się od łóżka, rosnąc w rozmytym świetle pomieszczenia i wbijając się w tysiące blanek, otworów i koronkowych pleśni. W kilka chwil pomieszczenie wypełniło się niematerialnie różnego rodzaju wolutami, przez które musiałem przejść aż do drzwi, odpychając je od siebie i torując sobie miejsce pośród nich. Stale szumiało mi w głowie, a wszystkie jaskinie powietrza powtarzały, zdaje się, ten szmer. W korytarzu białe światło obmyło mi chłodem policzki i ocknąłem się na dobre. Spotkałem jakiegoś pana w długiej koszuli nocnej, który spojrzał na mnie bardzo zagniewany, jakby czynił mi wyrzut, że jestem w ubraniu tak wczesnym rankiem.
Dalej nie było już nikogo. W głębi podwórza pozostały stoły dla gości z odkrytymi sosnowymi deskami. Świt był ponury i zimny. Wiatr roznosił po opustoszałym podwórzu kolorowe papierki po cukierkach. Jak trzymała głowę panna młoda? Jak wsparła ją na ramieniu Paula? W niektórych gabinetach figur woskowych kobieta z wosku miała mechanizm, który sprawiał, że opierała głowę na jednej stronie i zamykała oczy.
Ulice miasta straciły wszelkie znaczenie; chłód przeszywał moje ubranie; byłem śpiący i było mi zimno. Gdy zamykałem oczy, wiatr nakładał mi chłodniejszą twarz na moje oblicze; pod powiekami czułem ją jak maskę, maskę mojej twarzy, w której wnętrzu było ciemno i zimno jak w prawdziwej masce z metalu. Który dom na mojej drodze musiał eksplodować? Który słup musiał się wygiąć jak gumowa laska, pokazując mi w ten sposób, że wykrzywiał się do mnie? Nigdzie w świecie, w żadnych okolicznościach nic się nigdy nie dzieje.
Kiedy dotarłem na plac, ludzie rozładowywali mięso do baraków rzeźników. Nosili w ramionach sino czerwone połówki bydła, wilgotne od krwi, wysokie i piękne jak jakieś martwe księżniczki. W powietrzu pachniało ciepło mięsem i moczem; rzeźnicy zawieszali każdą sztukę głową w dół, z czarnymi kulkowatymi spojrzeniami skierowanymi ku podłodze. Ciągnęły się teraz w rzędzie na tle białych porcelanowych ścian jak jakieś czerwone rzeźby wycięte w najróżniejszej i kruchej materii, z wodnistym, iryzującym odbiciem jedwabi i mętnej przezroczystości żelatyny. Na skraju otwartego brzucha zwisała koronka mięśni i ciężkie sznury korali z tłuszczu. Rzeźnicy wkładali do środka swe czerwone ręce i wyciągali cenne podroby, które układali na stole: przedmoty z ciała i krwi, okrągłe, płaskie, elastyczne i ciepłe.
Świeże mięso lśniło, aksamitne jak płatki monstrualnych hipertroficznych róż. Świt stał się niebieski jak stał; zimny poranek pobrzmiewał głębokim dźwiękiem organów.
Konie przy wozach spoglądały na ludzi swoimi wiecznie załzawionymi oczami: klacz puściła po bruku gorącą strugę uryny. W kałuży, miejscami spienionej, miejscami przejrzystej, odbijało się głębokie i czarne niebo.
Wszystko stało się odległe i przygnębiające. Był ranek; ludzie rozładowywali mięso; wiatr przenikał pod moje ubranie; drżałem z zimna i niewyspania; na jakim świecie żyłem?
Zacząłem biec jak oszalały po ulicach. Słońce ukazało sie ponownie czerwone na skraju dachów. W ulicach z wysokimi domami panowała jeszcze ciemność i tylko na skrzyżowaniu ulic światło tryskało, połyskujące, jak przez otwarte drzwi wzdłuż opuszczonych korytarzy.
Przeszedłem pod domem Weberów; ciężkie okiennice na pietrze były zamknięte; wszystko było opustoszałe i smutne; wesele się skończyło

Max Blecher, Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Sejny 2013, s. 67-70.