Geniusz Mamaw

Pewnej niedzieli Mamaw zgodziła się przypilnować dzieci cioci Łii przez kilka godzin. Ciocia odstawiła dziewczynki do babci o dziesiątej. Ja miałem przed sobą upiorną zmianę w spożywczym, od jedenastej do ósmej wieczorem. Bawiłem się z maluchami przez trzy kwadranse, ale w końcu około dziesiątej czterdzieści pięć ruszyłem do roboty. Rozstając się z nimi, byłem bardziej niż zwykle rozdarty, ba, wręcz przygnębiony. Niczego nie pragnąłem tak mocno, jak spędzić resztę dnia z Mamaw i brzdącami. Powiedziałem babci o tym, a ona zamiast warknąć, żebym „przestał smęcić, do cholery”, czego się spodziewałem, odparła, że także wolałaby, żebym z nimi został. Rzadki u niej przebłysk empatii.

– Ale jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi.

I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć.

Hałdy publikacji socjologicznych dowodzą dodatnich wpływów domu, w którym panuje miłość i stabilność. Mógłbym tu przywołać kilkanaście prac badawczych dowodzących, że mieszkanie z Mamaw dało mi nie tylko krótkoterminowe schronienie, ale też nadzieję na lepsze życie. Całe tomy poświęcone są fenomenowi „odpornych dzieci” – tych, które odnoszą życiowy sukces mimo niestabilnej sytuacji rodzinnej, bo miały w społeczeństwie wsparcie w postaci kochającej je osoby dorosłej.

To, że Mamaw pomogła mi w życiu, wiem nie dzięki pracom jakiegoś psychologa z Harvardu, ale dlatego, że sam to czułem. Spójrzcie na to, jak wyglądało moje życie, nim się do niej sprowadziłem. W połowie trzeciej klasy podstawówki wyprowadziliśmy się z Middletown, opuściliśmy dziadków, żeby zamieszkać z Bobem w hrabstwie Preble. Na koniec czwartej klasy wynieśliśmy się z hrabstwa Preble i zamieszkaliśmy w bliźniaku w Middletown, przy drugiej przecznicy ulicy McKinley. Z końcem piątej klasy przenieśliśmy się z drugiej na trzecią przecznicę tejże ulicy, w tym czasie regularnie odwiedzał nas już Chip, choć nigdy u nas nie zamieszkał. Gdy kończyłem szóstą klasę, wciąż mieszkaliśmy w tym samym miejscu, ale zamiast Chipa pojawił się Steve (i często toczyły się debaty, czy nie powinniśmy przenieść się do niego). Z końcem siódmej klasy miejsce Steve’a zajął już Matt, mama szykowała się do przeprowadzki do jego domu i miała nadzieję, że ja również przeniosę się do Dayton. Na koniec ósmej klasy wręcz zażądała, żebym wyprowadził się do Dayton, a ja uległem, po krótkim epizodzie na farmie taty. Po pierwszej klasie liceum wprowadziłem się do Kena – zupełnie obcego mi człowieka, z trójką własnych dzieci. Dodajmy do tego narkotyki, sprawę sądową o przemoc domową, indagacje opiekunów socjalnych, a także śmierć dziadka.

Dziś wystarczy, żebym wrócił do tamtych czasów pamięcią tylko na tak długo, by je streścić, a już czuję przemożny, nieopisany niepokój. Niedawno zauważyłem, że przyjaciółka z Facebooka (znajoma z liceum, o równie mocnych korzeniach rodzinnych wśród bidoków) wiecznie zmienia facetów – zaczyna związki i wkrótce je zrywa, zamieszcza zdjęcia jednego, żeby po trzech tygodniach pojawił się kolejny, wojuje z nimi w mediach społecznościowych, aż wreszcie związek publicznie wali się w gruzy. Jest w moim wieku, ma czwórkę dzieci, a kiedy zapostowała, że wreszcie znalazła faceta, który będzie ją traktował jak należy (ile to razy słyszałem tę śpiewkę), jej trzynastoletnia córka skomentowała: „Weź przestań. Naprawdę chciałabym, żebyś już skończyła, żeby już się skończyło”. Gdybym tylko mógł, przytuliłbym tę dziewczynkę, bo dobrze wiem, co czuje. Przez siedem długich lat chciałem, żeby się już skończyło. Nie chodziło mi aż tak bardzo o awantury, o wrzaski, ba, nawet o prochy. Po prostu chciałem mieć dom, mieszkać w jednym domu i żeby mi się tam obcy ludzie nie wpierdalali.

A teraz popatrzmy na bilans mojego życia po zamieszkaniu na dobre z Mamaw. Na koniec drugiej klasy liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Na koniec trzeciej klasy: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Koniec liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Mógłbym powiedzieć, że spokój panujący w domu Mamaw dawał mi bezpieczne miejsce do odrabiania prac domowych. Mógłbym powiedzieć, że brak awantur i destabilizacji pozwolił mi skupić się na nauce i pracy. Mógłbym stwierdzić, że mieszkanie przez cały czas w jednym domu z tą samą osobą ułatwiło mi nawiązywanie trwałych przyjaźni w szkole. Mógłbym powiedzieć, że praca i pewne zaznajomienie się ze światem pomogły mi wyklarować wizję tego, co chciałem osiągnąć we własnym życiu. Z perspektywy czasu takie stwierdzenia mają sens, jestem pewien, że każde z nich zawiera element prawdy.

Gdyby socjolog i psycholog siedli przy jednym stole, na pewno zdołaliby wyjaśnić, czemu przestały mnie nęcić narkotyki, czemu poprawiły się moje oceny, czemu egzaminy końcowe poszły mi jak z płatka oraz dlaczego znalazłem paru nauczycieli, którzy natchnęli mnie, bym pokochał naukę. Przede wszystkim jednak pamiętam, że byłem szczęśliwy – nie bałem się już dzwonka na koniec zajęć, bo wiedziałem, gdzie będę mieszkał przez cały najbliższy miesiąc, i niczyje decyzje matrymonialne nie miały wpływu na moje życie. I to z tej szczęśliwości zrodziło się wiele szans, które wykorzystałem przez ostatnie dwanaście lat.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, tłum. Tomasz S. Gałązka, Warszawa 2018.

Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty

Ponadto miała mnie pilnować siostra Friedel. Wysoka, smukła, zgrabna, zawsze zabawnie rezolutna i prawie arogancka – prośbą niewiele by się u niej wskórało. Robiła na drutach narciarski pulower i podczas gdy się rozbierałam, omawiałyśmy norweski wzór, który chciałaby wydziergać na górze. Ale już się poschodziły, stały dookoła, gapiły się, narzucały się szyderczą obecnością, wcale tego nie ukrywając, tak jak wtedy, kiedy Magdalenę pakują w kaftan. Friedel krzyknęła wprawdzie parokrotnie: „Jazda stąd, ale już, co ja powiedziałam?!”. Jedne odchodziły, ale pojawiały się inne albo tamte wracały, tylko Renaty nie było, raz przez chwilę zobaczyłam, jak w drzwiach zatrzymuje się jej niewyraźny uśmiech, potem znów zniknął. Zużyłam mnóstwo mydła, aż siostra Friedel orzekła, że już z tego powodu jestem za kosztowna dla zakładu. Ale śmiała się przy tym serdecznie i powiedziała, że wyglądam jak chłopak, wtedy spostrzegłam, że ona też widzi mnie nagą, i zanurzyłam się aż po czubek nosa w wodę. Przecież miało być dobrze, bez względu na okoliczności i na przekór wszystkiemu. Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty, zamknięte oczy nie przepuszczały nic z okropnego pomieszczenia i naprawdę udało mi się przejściowo osiągnąć taką samotność, jakiej mi było trzeba, aby w całej pełni zaznać dobrodziejstwa. Ale wpada się w straszny kicz, gdy się jest sam na sam ze sobą i chce odpocząć od wszelkich wysiłków natury wewnętrznej, tak łatwo wtedy sięgnąć po środki kompletnie pozbawione smaku. Najłatwiej i najprościej byłoby pomyśleć o morzu, o plaży poznaczonej na szaro wydmami, a tu i ówdzie na żółto janowcem. Ja tymczasem myślałam o Nefretete, egipskiej królowej, tak, ni mniej, ni więcej. O jej wspaniałym królewskim obliczu, egzotycznych kosztownych szatach, o jej uniesionych rękach, kiedy stoi gdzieś na skraju pustyni i wyczuwa ją w swojej pradawnej krwi.

Nagle przychodzi mi na myśl Beta, moja piękna, wesoła siostra Beta, i że tak długo chowałam do niej urazę, kiedy przyłapała mnie w domu, jak nad robótką ręczną nucę cichutko: „Znam egipską bajkę, Nefretete; cudna egipska bajko, Nefretete, twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie pradawne marzenia…” itd., itd., takie tam słodkie głupstwa. Beta śmiała się jak szalona, a przy obiedzie zaczęła wobec wszystkich: „Twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie mętne marzenia…”. Oczywiście śmiałam się razem z innymi, prosto w karcące oczy matki, której nie podobały się drwinki Bety, ale odtąd zawsze trochę się od niej odsuwałam. A przecież takiej Bety nie trzeba by nawet specjalnie przebierać, żeby ujrzeć przed sobą delikatną królową z odległych czasów, a Anus, zadurzony wyznawca Buddy, nie darmo zrezygnował dla niej ze swej cennej wolności, chociaż teraz wymyśla naszej matce, naszej łagodnej i nieskończenie poważnej mateczce, od rajfurek, bo upierała się, że ma albo poślubić Betę, albo zostawić ją w spokoju. Oczywiście jej nie zostawił. Beta bowiem jest nie tylko czarująca, ale także dość odważna i zręczna, by ze swej pracy utrzymać siebie i wyznawcę Buddy. Takie jest nasze życie. Ach, Beto, śliczny, zgrabny ptaszku o ciemnym upierzeniu, ileż wspaniałości doświadczyłabyś i poznała, gdybyś nie była córką górnika i nie musiała długo wieść życia zręcznej, odrobinę krnąbrnej służącej. A tak poznałaś wspaniałości starych sukien swoich chlebodawczyń i umiałaś je nosić w taki sposób, że mężowie owych chlebodawczyń nagle nabierali chętki i znowu musiałaś od pierwszego wymawiać służbę. Takie jest nasze życie, spaczone już u pięknych początków, ale ty nie przyjmujesz tego do wiadomości, bo pięknym, zgrabnym krokiem idziesz dalej, śmiało i radośnie wyśpiewujesz piosenki z radia, szyjesz cudowne suknie dla wytwornych pań, a najpiękniejsze nosisz sama, jakby były z tobą zrośnięte… Ze mną zrasta się, niestety, tylko ubóstwo, noszone niezręcznie, zawstydzające dla mnie i dla innych. Dopiero co w łazience myślałam jeszcze, że zdołam nad tym zapanować, igrałam z utajonymi we krwi wspomnieniami, myślałam, że potrafię z ich pomocą stworzyć sobie tu, w domu wariatów, narażona na szydercze spojrzenia obłąkanych, jakiś azyl. A potem nagle dotknęła mnie Królowa, nie, nie ta egipska, ta ze stołkiem i wrodzoną nienawiścią. Siostra Friedel była tak serdecznie ubawiona, że powstrzymałam się od krzyku, żeby jej nie psuć uciechy. Królowa stała nade mną, za nią cały orszak w postawie wyczekiwania, jej oczy były niczym dwa ciężkie żyrandole z nadzieją skierowane na moją nagość i na swój sposób majestatyczne, tajemnicze, nie zdradzały już nawet nienawiści. Przemówiła i pytanie, skąd jej się wziął nagle ten nowy język. Nikt go jej nie podpowiedział, przynajmniej nikt widoczny. Ale posługiwała się nim tak cudownie, że jej słowa były bardziej przekonujące niż śmiech siostry, choć z pewnością w tym pomieszczeniu ona jedna była zdrowa.

„Jeszcze dziś i jutro – rzekła – i może jeszcze z pół dnia, a król będzie we mnie. Przyjdzie po cichu, bo stąpa po wodzie, w ręku trzyma ryby, dla których nie starczyło już miejsca w sieci, i jeśli nie stają się złotem, upuszcza je jak kamienie, bo potrzeba mu złota. Ale mnie uszanuje jak gwiazdę i zapyta: Czyś napełniła je wszystkie złotem, żadna ci się nie wymknęła?… Skinę mu tylko lekko głową, a wtedy wypuści wszystkie ryby, również te złote, i pójdzie za mną do skarbca, jak za gwiazdą. Ja bowiem jestem jego gwiazdą poranną i wybawieniem wszystkich chorych. Tam pokażę mu pończochy wypchane czystym, szczerym złotem, którym napełni się trzy wielkie skrzynie, jedną dla niego, Pana i Króla, jedną dla świętego Kościoła i jedną dla wszystkich ubogich. A wtedy skieruję jeden z moich promieni na ciebie i rozjarzę go, i rzeknę: Tę ze złotem dla ubogich daj jej, niech je rozdziela wedle łaski i sprawiedliwości, aby i ona miała zasługę, z którą będzie mogła wejść do naszego królestwa. Ty zaś, ty masz mi za to oddać cześć! Wstań i oddaj mi cześć!”.

Na to wstałam, tak jak leżałam, naga, i oddałam jej cześć, całując jej szponiastą, brudną rękę. Siostra Friedel krzyczała: „Przestańcie, już nie mogę, na Boga, nie mogę, zaraz się rozpęknę”. „Pękaj, na co tu jeszcze czekać?”, zapytała garbuska drwiąco i nieulękle, ale potem jednak odeszła razem z innymi. Wtedy siostra Friedel obróciła urazę przeciwko mnie i spytała rozeźlona, dlaczego wdaję się w takie brewerie. Stchórzyłam i rzekłam: „Tak tylko, nie chciałam jej drażnić”… „Bzdury, już my byśmy sobie z nią dali radę, kaftan każdego uspokoi. No dalej, niech się pani pospieszy, nie mogę tu wiecznie sterczeć”… Pospieszyłam się i na wszelki wypadek spróbowałam zaśmiać się niewinnie, żeby ją udobruchać, ale na nic się to nie zdało, poszła zagniewana do dyżurki sióstr, na gorąco wszystko opowiedzieć, ja tymczasem wciąż śmiałam się niepowstrzymanie, mimo woli, i gdybym nie mogła wszystkiego zapisywać, pewnie prześmiałabym całą noc i rano znowu w gabinecie napotkała już całkiem niełaskawe spojrzenie Najmiłościwszego. Niestety, przez cały tydzień dyżur nocny miała Marianna, dopiero co przyszła i naturalnie dowiaduje się, że ucałowałam rękę tej poczwary Krell. Jak surowo umie ściągać usta. Założę się, że myśli teraz: „Już my wybijemy jej z głowy te komedie!”… Ależ się boję! Boże, czemu nie ma tu ani jednej duszy, z którą można by dzielić strach i nie powiększać go? A pani Lanzinger zwija teraz swoją robótkę, bo idzie do domu i nie potrzebuje już przebywać w jedwabnym zamku z tarasem haftowanym krzyżykowym ściegiem i cyprysami z ciemnozielonej muliny. Skąd ja tu wezmę zamek i cyprysy albo choćby starą zdziczałą jabłoń o gęstej koronie. Czemu tak mało wagi przywiązujemy do tych wiecznych rzeczy!

Christine Lavant, Zapiski z domu wariatów, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wrocław 2017.

Our story is a tragedy

I don’t ever want to lose sight of how short my time is here. And I don’t ever want to forget that resistance must be its own reward, since resistance, at least within the life span of the resistors, almost always fails. I don’t ever want to forget, even with whatever personal victories I achieve, even in the victories we achieve as a people or a nation, that the larger story of America and the world probably does not end well. Our story is a tragedy. I know it sounds odd, but that belief does not depress me. It focuses me. After all, I am an atheist and thus do not believe anything, even a strongly held belief, is destiny. And if tragedy is to be proven wrong, if there really is hope out there, I think it can only be made manifest by remembering the cost of it being proven right. No one—not our fathers, not our police, and not our gods—is coming to save us. The worst really is possible. My aim is to never be caught, as the rappers say, acting like it can’t happen. And my ambition is to write both in defiance of tragedy and in blindness of its possibility, to keep screaming into the waves—just as my ancestors did.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Two ways of thinking about things

I have often wondered how I missed the coming tragedy. It is not so much that I should have predicted that Americans would elect Donald Trump. It’s just that I shouldn’t have put it past us. It was tough to keep track of the currents of politics and pageantry swirling at once. All my life I had seen myself, and my people, backed into a corner. Had I been wrong? Watching the crowds at county fairs cheer for Michelle Obama, or flipping through the enchanting photo spreads of this glamorous incoming administration, it was easy to believe that I had been. It was hard to not reassess yourself at, say, the sight of John Patterson, the man who’d “outniggered” George Wallace to become governor of Alabama in 1959, endorsing Obama. It was hard to not feel that you had been wrong about your country when the very men who’d tangled with Patterson and Wallace seemed to believe that something had changed too. “We seem to be evolving,” former SNCC leader Bob Moses told a reporter. “The country is trying to reach for the best part of itself.” And it was more than symbolic. Obama’s victory meant not just a black president but also that Democrats, the party supported by most black people, enjoyed majorities in Congress. Prominent intellectuals were predicting that modern conservatism—a movement steeped in white resentment—was at its end and that a demographic wave of Asians, Latinos, and blacks would sink the Republican Party.

That was one way of thinking about things. Here was another. “Son,” my father said of Obama, “you know the country got to be messed up for them folks to give him the job.” The economy was on the brink. The blood of untold numbers of Iraqis was on our hands. Katrina had shamed the society. From this other angle, post-racialism and good feeling were taken up not so much out of elevation in consciousness but out of desperation. It all makes so much sense now. The pageantry, the math, the magazines, the essays heralded an end to the old country with all its divisions. We forgot that there were those who loved that old country as it was, who did not lament the divisions but drew power from them.

And so we saw postcards with watermelons on the White House lawn. We saw simian caricatures of the First Family, the invocation of a “food-stamp president” and his anticolonial, Islamist agenda. These were the fetishes that gathered the tribe of white supremacy, that rallied them to the age-old banner, and if there was one mistake, one reason why I did not see the coming tragedy, why I did not account for its possibilities, it was because I had not yet truly considered that banner’s fearsome power.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Celibat

image

Z głębokości wołam do Ciebie, Boże. Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, któż się ostoi? Zaraziłem się grzechem, czytając słowa niepsalmowe, zapisane przez ludzi o nieczystych duszach: „Szukam do seksu dyskretnego chłopaka, faceta, któremu chciałbym obciągać kutaska”, „Jest ktoś chętny do obrobienia gorącej pałki, lizania jajek i dupska. Higiena i dyskrecja gwarantowane i tylko do 14-ej jestem mobilny”, „Jakiś konkret wystawi do polerki żonatemu teraz?”, „Cześć. O 7 będę wracał z pracy. Kto mnie zaprosi na oral może i anal. Czekam na tel. Chętnie dojrzali po 45. roku życia”, „Siemka, kto da obciągnąć w jakimś kibelku w centrum?”.

Słowa te stały się moim powietrzem, rozmyślam o nich dniem i nocą. Ulepiłeś mnie z ducha i ciała. Duch mój ochoczy, ciało słabe. Kiedy przyjdzie wieczór, jadę w ciemność. Na tylnym siedzeniu zapominam się w grzechu. Ale, Boże, mam o wiele więcej powodów do wstydu.

(…)

O tym, że biskup pomocniczy lubi księży, wiedziałem już w seminarium. Wikary z mojej rodzinnej parafii powiedział mi pół żartem, pół serio: „Ale koło pomocniczego to się nie kręć”. Kręcili się ci, którzy chcieli zrobić karierę, i głupie ciotki klotki gotowe dać się przelecieć każdemu samcowi.

(…)

Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy wchodzi się do klubu tylko w butach i skarpetkach. Tyle penisów merda wkoło, że po chwili nie zwraca się na nie uwagi. Nie dawaliśmy się wciągnąć w grupowy seks w darkroomie. Kilka razy ktoś mi przejechał po genitaliach i pośladkach, ja zrobiłem to samo, ale na tym się kończyło. No dobrze, chcę być szczery – jeśli nie mogłem wytrzymać, to pozwalałem fajnemu ciału na dotykanie przy pisuarze. Tylko dotykanie, do niczego więcej nie dochodziło. Mnie to całe rozluźnione środowisko trochę odpychało – nigdy nie wiadomo, co ten ładny penis chwilę temu penetrował.

Wracaliśmy nocą. Jeden zawsze musiał być trzeźwy. Proboszcz miał najlepiej, bo rano mógł pospać. Piękniś odprawiał mszę i jechał do pracy w kurii. Ja zapieprzałem do szkoły. Czasami proboszcz dzwonił do dyrektorki i prosił, żeby zorganizowała zastępstwo na religii, bo wikary czymś się zatruł. Przekupywał ją, chwaląc na kazaniach – że dzieci mają wysoki poziom nauczania, że szkoła angażuje się w życie parafii. Dyrektorka chodziła do kościoła, działały na nią takie bzdety.

(…)

Kochają się i zakonnicy. Ojcowie wchodzą w duchowe małżeństwa, wsuwają pod drzwi celi liściki, przynoszą na wycieraczkę pomarańczę, kiwi czy inny owoc. Ci homo są nagradzani przez przełożonych, mają lepsze cele i więcej wyjść na miasto. W jednym z klasztorów osiemdziesiąt procent ojców było homoseksualnych, w tym przeor. Cała prowincja o tym wiedziała, również prowincjał. Przez moment miałem stamtąd chłopaka. Ale postanowił żyć w celibacie.

Diecezjalni nie są lepsi. Biskupi boją się wysyłać księży na studia do Rzymu. Piękniś studiował. Przez rzymskie kluby przewalają się polscy kapłani. Zamiast studiować teologię i filozofię, wpadają w seksoholizm, alkoholizm, narkomanię. Szukają w klubach księży z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Później załatwiają sobie przeniesienie do Stanów, Kanady, Włoch, Niemiec i tam tworzą związki. Do Polski chętnie sprowadziliby się zakochani w polskim duchowieństwie księża z Afryki, ale polscy księża ich nie chcą. Bo są czarni, biedni, kojarzą się z ludami misyjnymi.

(…)

Nadal jeździłem z proboszczem do klubu na rozbierane imprezy. On krążył po darkroomie. Ja siedziałem przy barze, ciągle ktoś dotykał moich genitaliów. Po pewnym czasie nie zwracałem na to uwagi, chyba że ktoś brał je do ust. Przychodziliśmy do hotelu tak wymęczeni, że zasypialiśmy w ubraniach.

(…)

Jeździłem sam do klubu. Na seks się nie godziłem – ewentualnie wspólna masturbacja. Spotkałem przy barze proboszcza ze swoim nowym wikarym, takim z kategorii ciotki klotki, chyba za karę go dostał. Jednemu i drugiemu przejechałem ręką po trąbie i dupie. Piliśmy wszystko – czysta, piwo, drinki. Poszliśmy do hotelu, był ostry seks. Rano łóżko było zarzygane, nawet moje jedyne majtki były zarzygane. Pierwszy raz w życiu wracałem na plebanię bez majtek.

Proboszcz dzwonił, żebym do nich wpadał. Wpadłem kilka razy, fajny seks z nimi był, proboszcz dbał i o mnie i o Ciotkę Klotkę. Młody załatwił zabawki erotyczne. Poczułem się staro, kiedy instruował nas, jak się czego używa. Zaczął sprowadzać na plebanię osiemnastolatków z okolicy, ale do własnego użytku, co wkurzyło proboszcza i wywalił go z parafii.

Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Warszawa 2017.

Your very respectful, MARCEL PROUST

[autumn 1914]

Madame, Forgive me for not having yet thanked you: it is I who have received marvelous roses described by you with “fragrance imperishable” but various which, in the evocations of the true poet that you are, cause the aroma, at every hour of the day, by turns, now to infiltrate the agatized chiaroscuro of the “Interiors” or now to expand within the fluent and diluted atmosphere of the gardens. Only … I have been so ill these days (in my bed which I have not left and without having noisily opened or closed the carriage entrance as I have it seems been accused of doing) that I have not been able to write. Physically, it was impossible for me. Keep the Revues as long as you like. — . By an astonishing chance Gide, of whom we were speaking, and whom I have not seen for 20 years, came to see me while we were speaking of him in our letters. But I was not in a condition to receive him. Thank you again Madame for the marvelous pages flushed with a smell of roses.

Your very respectful

MARCEL PROUST

The successor to the valet de chambre makes noise and that doesn’t matter. But later he knocks with little tiny raps. And that is worse.

(…)

[November 1915?]

Madame, I have been wanting for a long time to express to you my regret that the sudden arrival of my brother prevented me from writing to you during the last days of your stay in Paris, then my sadness at your leaving. But you have bequeathed to me so many workers and one Lady Terre — whom I do not dare call, rather, “Terrible” (since, when I get the workers to extend the afternoon a little in order to move things ahead without waking me too much, she commands them violently and perhaps sadistically to start banging at 7 o’clock in the morning above my head, in the room immediately above my bedroom, an order which they are forced to obey), that I have no strength to write and have had to give up going away. How right I was to be discreet when you wanted me to investigate whether the morning noise was coming from a sink. What was that compared to those hammers? “A shiver of water on moss” as Verlaine says of a song “that weeps only to please you.” In truth, I cannot be sure that the latter was hummed in order to please me. As they are redoing a shop next door I had with great difficulty got them not to begin work each day until after two o’clock. But this success has been destroyed since upstairs, much closer, they are beginning at 7 o’clock. I will add in order to be fair that your workers whom I do not have the honor of knowing (any more than the terrible lady) must be charming. Thus your painters (or your painter), unique within their kind and their guild, do not practice the Union of the Arts, do not sing! Generally a painter, a house painter especially, believes he must cultivate at the same time as the art of Giotto that of Reszke. This one is quiet while the electrician bangs. I hope that when you return you will not find yourself surrounded by anything less than the Sistine frescoes … I would so much like your voyage to do you good, I was so sad, so continually sad over your illness. If your charming son, innocent of the noise that is tormenting me, is with you, will you please convey all my best wishes to him and be so kind as to accept Madame my most respectful regards.

MARCEL PROUST

(…)

Excerpts from Afterword by Lydia Davis:

Because of his illness, Proust spent most of his time in bed, heavily dressed in — according to one account — two sweaters, socks, and long underwear, with a hot-water bottle at his feet that was renewed three times a day. A blanket folded in four hung over the large door to the room to protect him from drafts and noise. Both shutters and curtains were closed over the double-paned windows, so that no sound could be heard from the street. The chandelier that hung from the ceiling was never illuminated. A candle was kept burning, since he lit his powders using a folded paper rather than striking a match. He generally woke “for the day” at nine in the evening, and had his only meal at that time — coffee and a croissant which Céleste would bring to him when he rang.

When he felt well enough, Proust liked to have a friend come visit occasionally, as long as that friend followed certain rules: no cigarettes, of course, no perfume.

(…)

When he was feeling well enough, he talked without pause, and the person he talked to the most, because she was always available, was Céleste, an intelligent and responsive listener. He often rang for her after she had gone to bed, and she would come as she was, in her nightgown and robe, her hair “down her back,” as she says. He would talk to her for hours at a time, sitting up in bed leaning against two pillows, while she stood at the foot of the bed.

Gide describes, in his journal, Proust’s style of talking: “His conversation, ceaselessly cut by parenthetical clauses, runs on …”

The diplomat and Proust fan Paul Morand enlarges upon this: the Proustian sentence was “singsong, caviling, reasoned, answering objections the listener would never have thought of making, raising unforeseen difficulties, subtle in its shifts and pettifoggery, stunning in its parentheses — that, like helium balloons, held the sentence aloft — vertiginous in its length … well constructed despite its apparent disjointedness; … you listened spellbound …“

(…)

We are told that Proust wrote very fast. This, too, is apparent in the letters, in the sprawling handwriting, in the tendency to abbreviate, in the occasional missing word, and perhaps, though not necessarily, in the missing punctuation.

(…)

Houlgate was a neighboring town to Cabourg, where Proust liked to stay at the Grand Hôtel. Guests marveled, according to Philippe Soupault in his memoirs, over “how Monsieur Proust rented five expensive rooms, one to live in, the other four to ‘contain’ the silence.”

Marcel Proust, Letters to His Neighbor, translated by Lydia Davis, 2017.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna

image

W, mój chłopak, powiedział, że jeśli go kocham, to będę się dla niego kurwić. Wiedziałam, że W żyje z kobiet, które trudnią się prostytucją. Nie miałam pojęcia, czy on kiedykolwiek żywił wobec mnie jakieś głębsze uczucia, a jeśli nawet, to na czym owe uczucia polegały. Sama sobie nie mogłam się nadziwić, dlaczego uganiam się za mężczyznami, którym na mnie nie zależy.

To matka, nie ojciec, zdominowała moje świadome życie. Matka, kiedy jeszcze żyła, albo mnie nie zauważyła, albo, jeśli już musiała, to mnie nienawidziła. Chciała, żebym została nikim, albo jeszcze gorzej, ponieważ wraz z moim pojawieniem się w jej łonie, a jeszcze nie na świecie, porzucił ją mąż. To powiedziała mi kiedyś matka, zniewalająco piękna, czarująca i kłamliwa. Kiedy jeszcze żyła.

Nieobecność to imię nie tylko ojca.

Dzieciństwem jest każdy dom publiczny.

Ten, w którym umieścił mnie W, nazywał się Ange.

Poza ścianami domu publicznego mężczyźni boją się i uciekają przed pięknymi kobietami; zniewalającą kobietę, która wiąże się z mężczyzną, musi piętnować jakaś bezcielesna blizna. Pod tym względem moja matka była słaba; jej słabość obróciła się w mój los.

Kobiety za drzwiami burdelu, niezależnie od tego, jak wyglądają w rzeczywistości, w oczach mężczyzn są zawsze piękne. Ponieważ spełniają ich fantazje. Takim właśnie sposobem to, co było znane jako “męski reżim”, oddzielało swój rozum od fantazji na terytorium, któremu nadano miano “kobiecych ciał”.

Byłam jedyną białą w burdelu, dlatego wszystkie pozostałe dziewczyny, łącznie z madam, która swego czasu była mężczyzną, nienawidziły mnie. Szydziły z moich cech charakteru, choćby z mojej uprzejmości. A już najbardziej nie mogły ścierpieć faktu, że to nie ekonomiczna konieczność popchnęła mnie do prostytucji. Dla nich słowo “miłość” nie miało znaczenia. Ja jednak nie dlatego zostałam kurwą, bo kochałam W tak bardzo, że zrobiłabym dla niego wszystko. Wszystko, byle go przekonać, żeby mnie kochał. Miłością, która, przekonywałam się powoli, nie miała mi być nigdy odwzajemniona. Zgłosiłam się do burdelu z własnej woli, ponieważ wierzyłam, że dopiero wtedy, gdy stanę się niczym, zacznę widzieć.

Nie miałam pojęcia, co robię.

Kiedy wstąpiłam do tego domu, madam odebrała mi wszystkie osobiste rzeczy, nawet maleńkie czarne okulary do czytania. Jakby była klawiszką. Jesteś biała, stwierdziła, więc pewnie ci się wydaje, że zasługujesz na coś więcej. Jak choćby na przykład szczęście. Mówiła, że jestem zbyt blada, zbyt delikatna, by znieść życie w takim miejscu.

Inne dziewczyny uważały, że mogę odejść z tego kurwilandu, kiedy tylko zechcę.

Ale ja nie mogłam odejść, ponieważ w domu publicznym byłam nikim. Nie było więc nikogo, kto mógłby odejść.

Była dzieckiem: gdybym się uwolniła od dzieciństwa, nic by ze mnie nie zostało.

Później dziewczyny zaakceptowały we mnie kurwę. Zaczęłam wtedy żałować, że nie kocham mężczyzny, który by mnie kochał.

W dzielnicy slumsów mieszkało mnóstwo wróżek. Kurwy chodziły do nich w chwilach wolnych od pracy. Mimo iż niebawem zaczęłam towarzyszyć moim przyjaciółkom, za bardzo się bałam, by mówić cokolwiek tym kobietom, z których większość była kiedyś w branży. Stawałam w cieniu i rzadko o coś pytałam, ponieważ nie chciałam zdradzić niczego na swój temat. Gdy zagadnęłam wreszcie o przyszłość, tak to zrobiłam, jakby ona w ogólnie nie istniała. Czułam się bezpieczna, znając tylko szczegóły codziennego życia, sracze, defekacje, wszystko to, co jest snem.

Jakby sny nie mogły być czymś rzeczywistym.

Wróżki włóczyły się po ulicach otaczających Ange.

Nie wróżyło to nic dobrego, a jedyna przepowiednia, jaką zapamiętałam, była oparta na karcie z Wisielcem:

Kobieta, która odczytywała karty, próbowała nadużyć mojego zaufania.

– Czy to oznacza, że popełnię samobójstwo? – spytałam.

– Ależ skąd, O. Ta karta mówi, że jesteś martwą osobą, która żyje. Że jesteś zombie.

Ja jednak wiedziałam swoje. Wiedziałam, że Wisielec, inaczej Gérard de Nerval, to mój ojciec i że każdy mężczyzna, którego pierdolę, to on.

Mój ojciec był właścicielem Śmierci, tego kurwilandu. Przesiadywał w swym królestwie nieobecności, sprawując kontrolę nad wszystkim, co nią nie było.

Karty pokazały mi wyraźnie, że go nienawidzę. Gdy jakieś posłanie podróżuje od tego, co niewidzialne, do świata, który jest widzialny, to posłańcem jest emocja. Mój gniew, posłaniec, miał doprowadzić do rewolucji. Mimo że rewolucje są niebezpieczne i to dla każdego.

Ale karty powiedziały jeszcze straszniejsze rzeczy. Powiedziały nam, kurwom, że rewolucja do której lada chwila miało dojść, musi upaść przez swą własną naturę i genezę. Że w chwili jej upadku, w chwili, gdy najwyższa władza jak wąż pożre własny łeb, kiedy ulice zaleje nędza i rozkład, ale inna już nędza i inny rozkład, wszystkie moje sny, sny które są mną, roztrzaskają się na kawałki.

– A wtedy – powiedziała wróżka – znajdziesz się na pokładzie statku piratów.

Te karty, które jeszcze pamiętam, powiedziały mi, że moja przyszłość będzie wolnością.

– Tylko co ja zrobię, gdy na świecie nie będzie nikogo, kto by mnie kochał? Kiedy cała egzystencja stanie się samą wolnością?

Karty pokazywały teraz wizje stresu, choroby, zarazy…

W burdelu przebywałam miesiąc. W nie odwiedził mnie ani razu, ponieważ nigdy mu na mnie nie zależało.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna.

Wróżka powiedziała mi, że wolna stanę się wtedy, gdy odbędę podróż do krainy umarłych.

Starałam się uwolnić od samotności, jednak nic nigdy nie miało mnie uwolnić od samotności, zanim nie uda mi się uwolnić od samej siebie.

Kathy Acker, Kicia, Król Piratów. Poemat ciała, tłum. Katarzyna Karłowska, Poznań 2002, s. 11-14.

Przejdźmy się jeszcze kawałek

– Mieszkamy tu z mężem – powiedziała, wskazując budynek, obok którego wielokrotnie przechodziłem, w którego okna wciąż się wpatrywałem.

Pękło mi serce; wściekłem się, jakbym został zdradzony. Mimo upojenia alkoholem mogłem sobie jednak wyobrazić, że kobieta w tym wieku, pracująca w politycznej trupie teatralnej, która jeździ po różnych miastach Turcji, musi być zamężna. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?

– Na którym piętrze? – spytałem.

– Naszych okien nie widać z ulicy. Mieszkamy na parterze, u dawnego maoisty, który nas zaprosił do Öngörenu. Rodzice Turgaya mieszkają na górze. Nasze okna są od strony ogrodu. Turgay mówił, że przechodząc tędy, zawsze patrzysz w okna.

Zrobiło mi się wstyd, że moja tajemnica wyszła na jaw. Lecz Rudowłosa wciąż miała na twarzy słodki uśmiech. Jej pełne, piękne usta były bardzo ponętne.

– Dobrej nocy – powiedziałem. – Spektakl był świetny.

– Nie, przejdźmy się jeszcze kawałek. Bardzo zainteresował mnie twój ojciec.

Na potrzeby zaciekawionych czytelników, którzy zapoznają się z moją historią po latach, muszę wyjaśnić pewną rzecz: w tamtym czasie, gdy umalowana (choćby nawet do teatru), pociągająca, rudowłosa kobieta po trzydziestce, ubrana w piękną granatową spódnicę mówiła do jakiegoś mężczyzny o wpół do jedenastej wieczorem: „Przejdźmy się jeszcze kawałek”, dla większości ludzi mogło to mieć – niestety – tylko jedno znaczenie. Ja, rzecz jasna, do owej większości nie należałem; byłem uczniem liceum, niepotrafiącym ukryć swej młodzieńczej miłości. Ponadto kobieta miała męża i nie byliśmy w środku Anatolii, czyli w Azji, lecz na zachód od Stambułu – w Europie. Poza tym w głowie miałem moralność politycznie zaangażowanego lewicowca. Moralność mojego ojca.

Szliśmy przez jakiś czas, nic nie mówiąc i myśląc o tym, że idziemy, nic nie mówiąc. Ciemne kąty były mniej ciemne, a na niebie nad miasteczkiem nie było widać gwiazd. Ktoś oparł rower o pomnik Atatürka stojący na placu Dworcowym.

– Rozmawiał z tobą o polityce? – spytała Rudowłosa.

– Kto?

– Czy polityczni znajomi twojego ojca często do was przychodzili?

– Ojca zwykle nie było w domu. Ani on, ani matka nie chcieli, żebym się mieszał w politykę.

– Dlaczego ojciec nie zrobił z ciebie lewicowca?

– Zostanę pisarzem…

– To napiszesz dla nas sztukę – powiedziała z czarującym uśmiechem. Wrócił jej dobry humor i roztaczała wokół siebie przyciągającą, uwodzicielską aurę. – Chciałabym, żeby ktoś napisał sztukę albo książkę taką jak moje końcowe monologi i żeby umieścił tam moje życie.

– Tego ostatniego monologu nie zrozumiałem do końca. Masz gdzieś tekst?

– Nie, zawsze je improwizuję pod wpływem chwili. Szklanka raki też robi swoje.

– Prawdę mówiąc, myślę o napisaniu sztuki – powiedziałem tonem głupiego, przemądrzałego licealisty. – Ale najpierw muszę poczytać trochę dramatów. Pierwszym klasycznym dziełem, do którego się wezmę, będzieKról Edyp.

Plac Dworcowy tej lipcowej nocy był znajomy jak wspomnienia. Ciemność zakryła biedę i zaniedbanie Öngörenu, a dzięki blademu pomarańczowemu światłu latarni budynek stacji i cały plac stały się ciekawymi miejscami, których fotografię można by umieścić na pocztówce. Mocne reflektory wojskowego jeepa przejeżdżającego obok oświetliły stado psów, które stały na chodniku.

– Szukają niezdyscyplinowanych żołnierzy, którzy prowokują zajścia, i dezerterów – wyjaśniła Rudowłosa. – Z jakichś powodów tutejsi szeregowcy mają okropny tupet.

– Nie wystawiacie dla nich specjalnych rzeczy w weekendy?

– Musimy zarabiać… – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteśmy teatrem ludowym, a nie państwowym – nie mamy dofinansowania od rządu.

Wyciągnęła dłoń i zdjęła mi z kołnierza źdźbło słomy, które tam utkwiło. Poczułem bliskość jej piersi i długich nóg.

Wróciliśmy w milczeniu. Gdy szliśmy pod migdałowcami, oczy Rudowłosej zdawały się nie czarne, lecz zielone. Odczuwałem ogromny niepokój. Z daleka dostrzegałem budynek, w którego okna wpatrywałem się przez ostatni miesiąc.

– Mąż mówi, że dobrze pijesz jak na swój wiek. Czy twój ojciec też pił?

Pokiwałem głową. Zacząłem się zastanawiać, kiedy i w jakich okolicznościach siedziałem z jej mężem przy stoliku. Nie mogłem sobie przypomnieć. Nie chciałem też jednak pytać – pragnąłem jedynie zapomnieć o tym wszystkim i o moim zranionym sercu. W dodatku bolała mnie jak dziecko myśl, że gdy skończę pracę przy studni, już nigdy Rudowłosej nie zobaczę. Ten ból był bardziej nieznośny niż świadomość, że wiedziała, iż patrzyłem w jej okna (które w dodatku nie były jej).

Sto metrów od jej domu zatrzymaliśmy się pod jednym z migdałowców. Nie pamiętam teraz nawet, które z nas stanęło pierwsze. Uznawałem ją za mądrą i czułą. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie i miło, z tym samym silnym, optymistycznym wyrazem twarzy, z którym patrzyła mi w oczy ze sceny. Poczułem wtedy nagle ten żal, który miałem w sobie, gdy oglądałem w teatrze ojca płaczącego nad synem.

– Turgay jest dziś w Stambule – powiedziała. – Jeśli jak ojciec lubisz alkohol, mogę cię poczęstować raki.

– Będzie mi miło – odparłem. – Poznam twojego męża.

– Turgay to mój mąż. Jakiś czas temu piliście razem, poprosiłeś go, żeby cię wziął na spektakl. – Zamilkła na chwilę, bym oswoił się z tym, co właśnie zrozumiałem. – Turgay czasami się wstydzi, że ożenił się z kobietą o siedem lat starszą, i ukrywa, że jesteśmy małżeństwem. Niech cię nie zwiedzie jego wiek, to mądry i dobry mąż.

Ruszyliśmy w stronę jej domu.

– A ja się właśnie zastanawiałem, gdzie piłem z twoim mężem.

– Tamtego wieczoru piliście z Turgayem raki Klubową w restauracji. W domu jest jeszcze pół butelki. Mam też turecki koniak tego dawnego maoisty. On zresztą niedługo wraca, a my się stąd zbieramy. Będę za tobą tęsknić, paniczu!

– Jak to?

– No wiesz, to już koniec naszego pobytu tutaj.

– Ja też będę za tobą tęsknił.

W bramie nasze ciała bardzo się do siebie zbliżyły. Ta bliskość przyprawiła mnie o zawroty głowy.

– Mam też ciecierzycę na zagryzkę i lód do twojej raki – powiedziała, otwierając bramę kluczem wyciągniętym z torebki.

– Ciecierzycy nie potrzebuję – odparłem tonem mówiącym, że się spieszę i nie zostanę długo.

Przeszliśmy przez wąski, nieoświetlony korytarz. Słyszałem, jak w ciemności szukała na breloczku drugiego klucza. Zapaliła zapalniczkę i w świetle płomienia odnalazła wśród przerażających cieni klucz oraz zamek, po czym otwarła drzwi i weszła do mieszkania.

Włączając światło w przedpokoju, odwróciła się w moją stronę.

– Nie masz się czego bać – powiedziała z uśmiechem. – Patrz, jestem w wieku twojej matki.

Orhan Pamuk, Rudowłosa, tłum. Piotr Kawulok, Kraków 2017.

History is more complicated than the stories we learn in school

Modernity was born in the West. Ask educated Westerners today why it was their part of the world, rather than another continent, that wrote the rules of the modern age, and they will likely tell you of Europe’s scientific revolution and the Enlightenment – and possibly the Renaissance. That would be true, as far as it goes. But history is more complicated than the stories we learn in school. What most would be unlikely to know is the degree to which Chinese technology provided critical sparks to the Industrial Revolution. Among other techniques and inventions, Europe took far-superior iron and steel production; the printing press; navigational tools, including the compass; gunpowder; and paper money from China. From Islam, Europe took binary mathematics (originally from India), astronomy, double-entry bookkeeping and much of its own forgotten knowledge from classical Greece and Rome. ‘[Much] of the European revival was based on the ideas, institutions, and technologies borrowed from the advanced civilizations in the Middle and Far East,’ notes Richard Baldwin, whose book on today’s Great Convergence is rightly acclaimed. The shift of power from the Islamic world to the Christian in the late Middle Ages had, in turn, been enabled by the destructive westward sweep of Genghis Khan’s Mongol hordes in the thirteenth century. In addition to its more benign exports, Mongol China delivered the Black Death, which wiped out between a third and a half of Europe’s population within three years. Here, too, the impact was complex. As the more urban civilisation, the Islamic world was dealt an even worse fate by the bubonic plague, since its people were more concentrated and so more exposed than those in Europe. You could say that the Mongols sharply improved Europe’s terms of trade. Jeffrey Garten’s history of globalisation, From Silk to Silicon, tells the story of the last millennium through ten biographies. His book ends with Steve Jobs. It opens with Genghis Khan. The latter’s impact was a fitting one with which to begin his story.

(…)

‘If we take the long view,’ writes Hugh White, Australia’s leading Sinologist, ‘the rise of India and China today is less a revolution than a restoration – a return to normal after a two-century interlude.’

(…)

Economists are notorious for getting the future wrong (just as they are peerless at explaining the past). The joke is that they have predicted ten out of the last five recessions. In recent years, during what is now called the age of hyper-globalisation, bad forecasting has erred in the opposite direction. Economists have consistently predicted growth where none has materialised. In particular, since the 2008 global financial crisis, forecasts have annually over-estimated the next year’s growth. The quickest way to verify this is to leaf through each of the past eight years’ estimates of the Davos Forum’s Global Economic Outlook. But if you stand back, the longer trends are unmistakable. China may well have to grapple with its own recession in the coming years (I can safely forecast that Western journalists would then promptly declare the death of China’s miracle). Indeed, Beijing ought already to have engineered a recession given the country’s high levels of domestic debt. At some point it will need to liquidate its bad loans. But China’s politburo clearly dreads the domestic backlash a recession might trigger. It has thus opted for slower growth – preferring to let the air out of the balloon rather than pop it.

Whatever its short-term fortunes, China will continue to make big strides on the West in the coming decades. In terms of purchasing power parity – measured by what you can buy in the local currency – China’s economy surpassed the US in 2014. Within a decade, give or take a few years, China will overtake America on more conventional dollar measures. By 2050 – a century after its communist revolution – China’s economy is likely to be twice the size of America’s and larger than all the Western economies combined. A century of restoration will have followed the century of humiliation. And by then, India’s economy will be roughly the same size as America’s. Whether the Western way of life, and our liberal democratic systems, can survive this dramatic shift of global power is the question of this book. The answer is not entirely in our hands. But our response so far has been to accelerate the shift. Donald Trump’s victory crystallises the West’s failure to come to terms with the reality it faces.

Edward Luce, The Retreat of Western Liberalism, 2017.

Zeus and Hera and Lucinella and William

Hera is drinking her coffee upstairs on the veranda.

“Tell me a story,” I beg her. “How did you and Zeus meet?”

“We’re closely related, you remember,” says Hera. “For eons he chased me, and I ran, until he turned himself into a cuckoo, so wet and bedraggled I nestled him between my breasts. The wedding night,” says Hera, “lasted three hundred years.”

“William and young Lucinella come out on the front porch below us. I lean over the railing and watch William crush a leaf of lilac and hold his finger under young Lucinella’s nose. She draws her head back. They saunter together and disappear around the left corner of the house. “How does one handle jealousy?” I cry.

“Badly,” says Hera. “You know the story of Zeus and Semele, how I went to her disguised as a neighbor and whispered, ‘Next time tell him to show himself in his true nature or deny him your bed!’ Zeus, of course, came in thunder and lightning. That was the end of her. Poor Io! They thought it was Zeus who turned her into a cow and sent a gadfly after her, but it was me! And it wasn’t only jealousy,” says Hera. “Nobody knows that all the time I was watching my husband chasing every skirt and saw the skirts running, and knew he wasn’t going to make them except in some fool disguise, though everybody thinks it was to fool me.”

“Why did they run? I mean, I really like Zeus,” I say, and blush.

“I know you do,” says Hera and gives me that look I don’t understand. “Maybe,” she says, “he wasn’t all the prize you think.”

“Because of the skirts? All those nymphs and princesses?”

“All those princesses, and not only that,” says Hera. “It was the brutality, the cowardice.”

“Zeus’s cowardice?” I don’t like that. “Cowardice, yes,” she says. “You remember how his mother—Earth, you know—prophesied the child that Metis bore was going to dethrone him. Damned if Zeus, like his father and grandfather before him, doesn’t open up his mouth and with one gulp … and not the child only! Mother and all. So now he had to birth the baby. Have you ever been around a man who’s got a cold in the head? Imagine Zeus with Pallas Athene ready to spring from his brow! Then there was the time Typhon stormed Olympus when Zeus didn’t happen to have his thunder on him. What does he do but turn himself into a ram and skidaddle to save his own skin! When the monster made a pass at me, don’t you think Zeus strung me from the rafters of heavens with an anvil tied to each ankle—though he said it was in punishment for my rebellion. Ares had to come and get me down.” Hera sits very straight, chin high, still smoldering. She has forgotten not a tittle of her husband’s ancient offenses.

We are silent. “So why do we stick with them!” I say.

“Oh,” Hera says, “because one’s tied to them by one’s own possessiveness, by sex, I suppose. Not so much now any more, but I used, once in a while, to borrow Aphrodite’s girdle … And by pity.”

“Pity for Zeus?”

“Oh yes,” Hera says. “It’s watching the erosion of their powers that breaks the heart and grapples you to them even when they no longer want you. You’ve read your Aeschylus?”

“Well …” I say.

“Read it,” says Hera. “Read where the buccaneer god and philanderer has a stature second hardly to Jehovah, before Euripides began to psychologize and Plato turned us into literature. The Romans carved two frown lines between Zeus’s eyes, set his heads on prefabricated torsos, and disseminated him through the known world. In the Christian era, he had to go underground, and when he turns up again, he’s gone baroque, going rococo. By the eighteenth century what is he except a self-conscious grace note of erudition? Yesterday I saw him in company with Thor and Green Lantern, if you please—not all badly drawn—in a kiddie comic. Tomorrow he will find himself a minor character in some Tom, Dick, or Harry’s comical new novel. Desecrated, deposed, exiled, but incapable of dying, no longer god and unwilling—or is it unable?—to be human, what can he do but turn into an intellectual, write a book, research his own descent—heaven forgive me, maybe it’s an ascent—from a bearded snake to what? A refugee college professor!”

“Lucinella!”

It’s William calling me. “I’m coming!” I cry.

(…)

In the curl of the banister stands Zeus having a quiet smoke. The party has got too hot and noisy for him, he says.

“Me too,” I say. “I’m going up to bed.” I lift my cheek for a good-night kiss. His tongue thrusts straight and deep between my lips and the world suspends its rotation. His hand inside my blouse touches, his mouth lifts out of mine, pronounces my name as if it were a foreign language: “Lucinella.”

I’m looking into the same astonished roundness of eye that Europa saw the instant of her rape. Whether disguised as bull, or swan, or golden shower activity (as they call it on television—and which requires a great imaginative effort), or as my aging intellectual, your true lover has the grace to be dazzled by each new passion. His veteran confidence needs no double-entendre to make loopholes for a misunderstanding. He says, “Let’s make love.”

Now that I know Zeus and I are going to be lovers (and know it’s him I would have wanted all along if it had occurred to me), I freeze. I want my mother! “Let’s not!” I say.

“Let’s,” he says, waits. No rape, no suasion. There’s no need.

I say, “All right,” and his immense arms take me up and lift me through the front door down the steps.

“But you’re married,” I say, ashamed to be so vulgar, but I have been jealous. It is Hera who’s my sister. What does Zeus know!

“We won’t tell her,” he says, on the faintest rising pitch of irritation. “Hera and I’ve been married these eons and have eternity to go.” He carries me over the midnight fields, tree and stone, into his bed. And when the earth resumes its motion, the direction has been radically altered; I’ve slipped away and run back to New York. I’m not ready yet to meet him with my morning face.

At home his letter awaits me: a quick page of astonished jubilation, and what admirable prose! Happiness is its keynote.

Mine is bewilderment. I’d wanted to be virtuous—that’s the prettiest dream of all!—but now elation must learn to co-exist with my guilty treachery and it’s not hard—oh, shabby guilt. As for happiness, there’s a word! I smile and smile, but how shall I recognize what I can’t exactly remember ever meeting face to face before? And I don’t know the rules. Is it all right to dispatch my prickly perplexity into Arcadia? If I could only talk with him for half an hour, I’d understand everything, and so I write him what I never meant to say: Come!

He writes back to say he will be here at 8:15 but must leave by 7:20 the next morning. He arrives on the dot.

I doubt if I’d have given Zeus a second look in his heyday, when he was gaudy with health, his dark-blue locks, his bristling beard, eyes like oxidized copper sparking pink and gold and purple lights, and his enormous size. I prefer my gods in their twilight. I lean into the voluptuous laxness of elderly flesh. Under my hands, great Zeus lies patiently; he knows how to suffer pleasure. His divine cock has lost none of its potence and his hand is omniscient.

I used to laugh at gods and kings. I’d imagined Zeus muscle-bound, stupid with power, rattling his enormous thunder, unable to control the whims and spectacular tempers of his oversized relations, but in my bed his mind moves feelingly. It’s just that mine, being Jewish and from New York, leaps more nimbly, which he enjoys. I sense his smiling in the darkness. When I get silly he reaches out laughingly to fetch me home to good sense and we make love again, sleep awhile, and more love and more talking.

I ask Zeus to visit inside my head. (You are invited, too. In here he and I, and you, will get to know one another, though like every hostess I’m a little nervous. Notice how I elide my sentences and keep my book short. I’m watching for signs of a yawn burgeoning behind your compressed lips. You don’t want to hurt my feelings, I know, but feel free to leave any time. Though your departing back will make a permanent dent in my confidence, one survives. I prefer it to your sufferance behind my back.)

Morning. I am chilled by the expanse of air that separates me from Zeus. He’s sitting on the edge of my bed. Once he’s put his socks back on, there’s no seduction of mine that can keep him one minute after 7:20.

Lore Segal, Lucinella, 1976.