Polizał więc

Jakaś ręka na kroczu – zerwał się gwałtownie, otwierając oczy.

Śmiech Jennifer.

– Wyglądałeś tak spokojnie – powiedziała.

Zrobiła krok do przodu i wyrwała kabel od słuchawek z odtwarzacza. Dźwięki fal w kiepskich głośnikach brzmiały teraz jak szum radiowy.

– Naprawdę piękne – powiedziała.

Galen wcisnął stop i guzik play wyskoczył.

– Czytasz o mewach – mówiła Jennifer – i słuchasz morza. To jak to jest, że siedzisz teraz w górach?

Pachniała kokosem, miała mokre włosy i błyszczące niebieskie oczy. Usiadła na łóżku, a Galen patrzył na jej piersi pod T-shirtem.

– Medytowałem – powiedział.

– Chyba o nich – odparła Jennifer i złapała się za piersi.

Usiadła na Galenie okrakiem, podniosła T-shirt i wcisnęła mu biust w twarz.

Była wciąż gorąca po kąpieli, wilgotna, ale w chłodnym powietrzu sutki szybko stwardniały. Kołysała się w przód i w tył, uderzając o policzki Galena piersiami tak miękkimi, tak niewiarygodnie miękkimi. Złapał w usta sutek, nie był pewien, co robić, ale objął go ustami, ostrożnie, by nie zahaczyć zębami, i zaczął ssać.

– Mhm – mruknęła Jennifer. – Trochę dziwnie, ale fajnie. Lubię ten wąsik. Teraz tylko poliż.

Polizał więc.

– To też fajne. Okrążaj sutek językiem.

Złapała pierś i wsadziła mu ją do ust.

– Mhm.

Spodobały mu się małe guzki wokół sutka, ale odsunął twarz.

– Cicho – szepnął. – Twoja mama usłyszy.

– Poszła na spacer. Jesteśmy sami.

– Rany.

– No, może tym razem ci się poszczęści.

– Mam nadzieję – odparł Galen. – Mam nadzieję. – I znowu miał jej pierś w ustach.

– Poczekaj moment – powiedziała Jennifer, zeszła z łóżka i poszła na dół.

– Co się stało?

Wróciła z kasetą magnetofonową.

– The Cars – wyjaśniła. – Lubię ich słuchać w trakcie seksu.

– W trakcie seksu – powtórzył.

– To twój szczęśliwy dzień – dodała. – Ostatni dzień prawiczka. Wychodzi na to, że innego fiuta tu nie znajdę, a mam ochotę. Teraz jestem bogata. Zdeponowałyśmy właśnie w banku czek na dwieście tysięcy dolców.

– Dwieście tysięcy?

– No.

– O kurwa.

– Kupimy dom – mówiła. – I pójdę na studia. I nie będziemy już musiały żreć się z twoją matką. A babka może sobie umierać, stara suka. Już nigdy nas nie zobaczy. Ty też nie. No więc to jest twój szczęśliwy dzień. Najlepsza cipka, jaka ci się trafi. Nawet Budda by ją przeleciał.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Umarli na wzgórzu biją w stare, sterane dzwony, które obdzwaniają grzechy świata

Umarli przyszli zabrać żywych. Umarli całunami spowici, umarli jeźdźcy w szyku bojowym, szkielet grający na lirze korbowej.

Edgar stoi w przejściu między ławkami i próbuje dopasować sąsiednie stronice czasopisma, połówki reprodukcji. Ludzie przełażą przez ławki, krzycząc ochryple w stronę boiska. Edgar trzyma kartki tuż przy twarzy. Nawet nie wiedział, że ogląda tylko połowę obrazu, póki z góry nie spłynęła lewa strona, ta z rdzawobrunatnym polem i dwoma kościoludami ciągnącymi za sznury dzwonów. Musnęła ramię jakiejś kobiety i wirując, trafiła prosto w bogobojną pierś Edgara.

Thomson na środku boiska robi uniki przed kibicami, którzy nadciągają w podskokach i susach. Rzucają się na niego, chcą go przewrócić na ziemię i pokazać mu fotografie najbliższych.

Edgar czyta tekst w ramce na sąsiedniej stronie. Otóż jest to szesnastowieczny obraz flamandzkiego mistrza nazwiskiem Pieter Bruegel, zatytułowany Triumf śmierci.

Tytuł z tupetem, rzekłbym. Ale malowidło intryguje Edgara, i owszem – lewa strona jest chyba jeszcze lepsza od prawej.

Edgar uważnie przygląda się jaszczowi pełnemu czaszek. Patrzy na nagiego mężczyznę ściganego przez psy. Patrzy na wynędzniałego psa, który skubie zębami dziecko leżące w ramionach martwej kobiety. Psy na obrazie są smukłe, chude, wygłodniałe: to psy wojny, psy piekielne, psy z księżej obory dręczone plagą pasożytniczych roztoczy, psich tumorów, psich nowotworów.

Nasz miły, sterylny Edgar ma w domu specjalną instalację do filtrowania powietrza, dzięki której drobinki kurzu po prostu się ulatniają, ale fascynują go zgorzeliny, wszelkiego rodzaju zmiany chorobowe i rozkładające się zwłoki, pod warunkiem, że styka się z nimi wyłącznie za pośrednictwem obrazów.

W średnim planie znajduje drugiego trupa kobiety, na którym siedzi okrakiem szkielet. Ich wzajemne usytuowanie ma charakter niewątpliwie seksualny. Ale czy Edgar jest pewien, że szkielet okracza kobietę? A może jednak mężczyznę? Stoi w przejściu, wokół niego wszyscy wiwatują, a on tkwi nosem w kartkach czasopisma. Bezpośredniość obrazu Bruegla robi na nim wielki wrażenie. Owszem, umarli dopadają żywych. Ale Edgar stopniowo dostrzega, że ci żywi to grzesznicy. Karciarze, figlujący kochankowie, król w gronostajowym płaszczu przechowuje majątek w beczkach i cebrach. Umarli przybyli, aby opróżnić puchary wina, podać ucztującej szlachcie czaszkę na półmisku. Edgar widzi obżarstwo, żądzę i chciwość.

Jest zachwycony tymi wizjami. Edgar, Jedgar. Przyznaj się – jesteś nimi zachwycony. Z zachwytu jeżą mu się włoski na całym ciele. Szkielety z cieniutkimi chujkami. Umarli bębnią w kotły. Trup okryty pokutniczym workiem podrzyna pielgrzymowi gardło.

Mięsnokrwawe barwy, stłoczone ciała, pełen rejestr straszliwych sposobów umierania. Edgar patrzy na rozpłomienione niebo wypełniające najdalszy plan, aż za wzniesieniami po lewej stronie obrazu – Śmierć nietutejsza, Pożoga wszędobylska, Zgroza powszechna, wrony, kruki bezszelestnie szybujące, kruk przycupnięty na zadzie siwej szkapy, czerń z bielą raz na zawsze, a Edgar myśli o samotnej wieży na Poligonie Kazachskim, o wieży zbrojnej w bombę, i prawie słyszy wiatr wiejący nad stepami Azji Środkowej, tam gdzie żyją wrogowie odziani w długi chałaty i futrzane czapy, mówiący tym swoim starym, brzemiennym językiem, liturgicznym i poważnym. Jakąż spisują sekretną historię? Sekretem jest sama bomba, a istnieją też sekrety powstałe z jej natchnienia, sprawy i sprawki, jakich nie domyśla się nawet Dyrektor – człowiek, którego izolowane serce skrywa w sobie komplet ropiejących sekretów świata zachodniego – bo te spiski dopiero się zawiązują. Tyle akurat wie, że geniusz bomby to nie tylko fizyka, cząsteczki i promienie, lecz i sposobność tworzenia nowych sekretów, jaką stwarza bomba. Na każdy wybuch atmosferyczny, na każde dane nam przelotne mgnienie obnażonej siły przyrody, na każdy błysk tej obranej z powiek, przedziwnej gałki ocznej eksplodującej nad pustynią, otóż na każdy taki fenomen przypada zdaniem Edgara chyba ze sto spisków, które schodzą pod ziemię, żeby się mnożyć i motać.

A co łączy Nas z Nimi, ile splątanych ogniw znajdujemy w labiryncie nerwów? Nie wystarczy nienawidzić wroga. Trzeba też zrozumieć, w jaki sposób wzajemnie umożliwiające sobie dogłębne spełnienie.

Starzy umarli jebią nowych. Umarli wydobywają trumny z ziemi. Umarli na wzgórzu biją w stare, sterane dzwony, które obdzwaniają grzechy świata.

Edgar na chwilę odrywa wzrok od stronic czasopisma. Odsuwa je od twarzy – z bolesnym trudem – i spogląda na ludzi wypełniających boisko. Na tych, którzy są półprzytomni ze szczęścia. Którzy biegają wokół baz, głośno obwieszczając wynik. Którzy z podniecenia nie zasną tej nocy. Których drużyna przegrała. Którzy drwią z przegranych. Na ojców, którzy pospieszą do domów i opowiedzą synom, co widzieli. Na mężów, którzy sprawią żonom niespodziankę – kwiaty i wiśnie w czekoladzie. Na kibiców, których ciżba na schodkach wiodących do pawilonu śpiewnie wykrzykuje nazwiska zawodników. Na kibiców, którzy jadąc metrem do domu, będą się okładać pięściami. Na krzykaczy i na tych, co wpadli w amok. Na przyjaciół sprzed lat, którzy przypadkiem spotkają się przy drugiej bazie. Na tych, których euforia rozjaśni całe miasto.

Don DeLillo, Podziemie, tłum. Michał Kłobukowski.

Ból

Ból sam w sobie był ciekawą medytacją. Z wierzchu zawsze potworny, aż człowiek chciał uciekać. Bardzo trudno się nie ruszać, bardzo trudno, przynajmniej na początku, nic nie robić. Ból wywoływał panikę. Ale pod powierzchnią robił się cięższy, tępy i nieskomplikowany. Mógł stać się pewnym punktem skupienia, rzeczą obecną i niezmienną, nawet lepszą niż oddech. W stojakach wspaniałe było to, że rozkładały ból po całym ciele. Galen bał się, że naprawdę uszkodzi sobie kark i plecy, lecz to również był element bólu, strach przed okaleczeniem, trwałą utratą jakiejś części ciała. Nawet owad by tego nie chciał. Nikt nie chciał stracić ręki, nogi albo możliwości używania pleców, dlatego kiedy zbliżamy się do tego momentu, zbliżamy się do czegoś uniwersalnego, a jeśli spojrzymy dalej i uda nam się oddzielić, to może zobaczymy pustkę po uniwersalnym, okolicę prawdy.

Przestań myśleć – powtarzał sobie w duchu Galen. – Myślenie to złuda, okrada cię z bezpośredniego doświadczenia.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Nie możesz mieć wszystkiego od razu

Sansara, przywiązanie do świata. Pożądanie było ze wszystkich uczuć najgorsze. Potrzeba, którą Galen czuł w kręgosłupie, przeszywała plecy i szyję, łącząc się w ustach. Szaleństwo, absolutne szaleństwo, czas wlókł się niemiłosiernie. Tylko eunuch mógł poczuć spokój. Wykastrowany. To była najszybsza droga do oświecenia.

Tak naprawdę nie wierzył, że Jennifer przyjdzie, ale jednak przyszła. Weszła po schodach i włączyła lampkę przy łóżku. Przyniosła talię kart, włożyła spódnicę i T-shirt.

– Powiedziałam im, że zagramy sobie partyjkę przed kolacją.

Usiadła na łóżku matki i na nocnym stoliku rozdała karty do bezika. Miała krótką spódnicę, Galen nie mógł się powstrzymać przed podglądaniem. Czuł się zażenowany.

– W porządku – powiedziała Jennifer, rozchylając kolana. – Możesz popatrzeć.

Pod spódnicą nie miała bielizny.

– Mamy kilka zasad – ciągnęła. – Pierwsza: możesz robić tylko to, co każę. Druga: nie możesz wydawać żadnych dźwięków. I oczywiście nie wolno ci nikomu o tym powiedzieć.

– Dobrze – odparł.

– Spójrz na siebie. Co za desperacja. Dwadzieścia dwa lata i nigdy nie dorwałeś się do żadnej cipki. – Uśmiechnęła się.

– Uprawiałaś już seks?

– Oczywiście – powiedziała. – Wszyscy to robią. Oprócz ciebie. A teraz się połóż i trochę się przesuń.

Odsunął kołdrę.

– Nie – zaprotestowała Jennifer. – Zakryj się. A jeśli ktoś wejdzie, to szybko wstań i złap swoje karty.

– Okej – przytaknął. – Ale co robimy?

Weszła na materac, przyklęknęła z rozchylonymi udami nad głową Galena, obejmując ją kolanami, i schyliła się tuż nad jego twarzą.

– Rany – wyszeptał. Wyglądała lepiej niż te kobiety w piśmie, młodziej. – Idealna – dodał. – Taka piękna.

– Nie odzywaj się.

– Mogę dotknąć?

– Możesz.

Dotknął wnętrza jej uda policzkiem, później nosem. Miękkie i ciepłe.

– Zrób to zarostem – zażądała, przejechał więc brodą wzdłuż jej uda.

– Fajnie – dodała. – Obróć głowę na bok i się nie ruszaj.

Zrobił, co mu kazała, i poczuł jej wilgotne wargi sromowe na swoim policzku.

– Papier ścierny – zauważyła. – Lubię tak.

Galen lekko się zirytował, ponieważ z głową obróconą na bok nic nie widział. Jennifer ujeżdżała jego szczękę, właściwie to uprawiała seks bez niego. Obrócił twarz w jej stronę, ale odepchnęła go, kładąc rękę na czole, i dalej ocierała się o jego skórę. Wcale mu się to nie podobało. Miał mokrą twarz z jednej strony.

– Dobra – powiedziała w końcu. Obróciła mu głowę na wprost i usiadła na twarzy. – Możesz polizać.

Galen ledwie mógł oddychać. Poruszał językiem, ale najwyraźniej nie miało w ogóle znaczenia, co robił. Jennifer przesunęła się wyżej, tak że włożył nos do jej środka, zaczęła się więc ocierać o nos. Już nie miał nawet jak polizać jej cipki. Była za nisko.

– Poliż mi tyłek – szepnęła i zdał sobie sprawę, że to właśnie robi. – Tak dobrze – jęknęła. – Dobrze.

Przyspieszyła, mocniej ocierając się o nos, który utknął w tym rytmie, a Galen po prostu lizał dalej.

Niewiele słyszał, gdy Jennifer wbijała jego głowę w poduszkę, gwałtownie się kołysząc, martwił się więc, że ktoś wejdzie po schodach, a oni tego nie zauważą. Łóżko pewnie zaczęło już uderzać o ścianę.

Oddychał przez usta i musiał przełykać ślinę. Miał wrażenie, że tonie. Cała twarz i czoło zrobiły się śliskie.

– Tak dobrze – powtarzała Jennifer. Złapała Galena za tył głowy i przyciągnęła bliżej. – Potrząsaj głową – poleciła. Lizał więc i potrząsał głową w przód i w tył.

– Oooch – jęczała. – Dobrze. Liż dalej.

Zdał sobie sprawę, że zaczął wolniej poruszać językiem. Trudno było robić wszystko jednocześnie: oddychać, lizać, potrząsać głową, próbować używać zarostu.

Uda Jennifer się napięły. Przyciągnęła twarz Galena bliżej i zwolniła. Czuł, jak cała drży. Wepchnęła się w niego mocno raz jeszcze, jakby chciała mu złamać nos, po czym zatrzęsła się w miejscu.

– Oooch – jęczała. – Oooch.

Uniosła się znad jego twarzy i zadrżała jeszcze kilka razy. Mięśnie w jej udach, miękkie linie, piękny róż. Galen nie mógł uwierzyć, że na to patrzy. Na chwilę zwiotczał, ale znowu miał wzwód i nie mógł się doczekać, aż go jej włoży.

Zeszła z łóżka, a on obrócił się na bok, by wytrzeć twarz o pościel. Nawet włosy miał mokre.

– Rany – wystękał.

Jennifer obciągnęła spódnicę i usiadła na drugim łóżku. Galen naciągnął prześcieradło i koc, a kuzynka spojrzała na jego wzwód.

– Sorry – powiedziała – ale skończyłam.

– Co?

– Nie możesz mieć wszystkiego od razu.

– Ale ja nic nie dostałem.

– Roszczeniowiec. Moja matka ma rację co do ciebie. Dostałeś moją cipkę. To więcej, niż sobie zasłużyłeś. Wiesz, ilu chłopaków w szkole zabiłoby, żeby choć zobaczyć moją cipkę?

– Mogę chociaż na nią patrzeć i sobie zwalić?

– Nie. Skończyłam. Bierz karty.

– Kurwa.

– Nie bądź beksą.

Galen poczuł falę gniewu. Ale nie chciał czegoś palnąć. Usiadł więc, oparł się o ścianę na poduszce i podniósł karty.

– No i git – skwitowała Jennifer. – Aha, i chyba wolałbyś umyć twarz przed kolacją.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Agnes swirls out her red lipstick

Staring into the dull silver of the elevator doors Agnes swirls out her red lipstick, which she strokes firmly onto her lips, back and forth, a brick the same shade as her penciled-in Marlene Dietrich eyebrows, matching her china doll moon face framed by brazenly red hair carefully flipped up. Agnes’ hair color changed with her whims, more violent seasons than the city’s monochrome. It’s my signature she would say. For someone like Agnes it was important to have a signature. How else will she remember herself?

Kate Zambreno, Green Girl.

To hear my name and feel nothing

Shortening my name did not lessen me for long. I moved into the basement and Melissa swelled again to fill it. I read Plath and Lorde and lay on the floor and wished for Duras’s lover. No, to be that lover. To say everything in so few words. I wished to be silent but blistered with sound. I breathed it into my dark basement, into girls’ mouths, into my hands. I prayed for such small hands but I was a Hekatonkheir, hundred-handed and hungry. You touch too hard, said the first girl I loved. I rode my bike from ocean to ocean but her words followed me.

So I left home. And though I loved that dirty water, Boston was not box enough. Even New York could not quiet me.

Then heroin did. Drugs emptied me, refilled that space with vapors. Even the fiery melt of crack was an emptying: inhale it, and exhale the unseen self in a smoky swarm. The crackling splatter of me in that hot glass skillet—the abracadabra of evaporation.

How can I explain this? To hear my name and feel nothing. Freedom. Melissa became a mannequin of moveable parts. I could make her do anything. Dye my hair. Change my clothes. Answer an advertisement in the newspaper: Young woman wanted for role-play and domination. Good money. No sex. It was a challenge, and I had something to prove. Names meant nothing in that place. Melissa stepped into the elevator and Justine stepped out. It wasn’t me. Those men could call me anything and I never flinched. It felt like choice.

At the end, when I had descended so far beyond the bare fact of myself that it was no longer escaped, but lost, I’d whisper into my cupped hand, Melissa. A caught bee, its familiar hum held to my ear. Melissa. I wanted to go home. I wanted a new word for help. I wanted a name for what remained underneath what I had become. It was the first time I admitted that Melissa might be such a name.

Melissa Febos, Abandon Me, 2017.

Obfitość łez

Usnęła z twarzą zalaną łzami. Jej młodość, daleka od nadwerężenia, wręcz promieniała: trzeba być bardzo młodym i zdrowym, żeby znieść taką obfitość łez; ta jej młodość wywarła na mnie tak niezwykłe wrażenie, że całkiem zapomniałem o jej chorobie, o przebudzeniu i niebezpieczeństwie, które nadal jej groziło.

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.

Chodź, chodź!

Zabrała mnie do hotelu Terasse, by zrobić ze mnie swą kurwę. Byłem naćpany testosteronem, na kompletnym haju. Czułem, jak moje ciało doświadcza otwierania się nowych komórkowych ośrodków recepcji i pobudzenia, agresji, siły. Ten stan nie trwał jednak długo. W każdej chwili mogła mną owładnąć słabość: znów mogłem zaznać zakochania, poczucia kruchości, z niezachwianą somatyczną pewnością, bez potrzeby samooszukiwania. Ledwie przekroczyliśmy próg hotelu, udała się prosto do recepcji, podając im pseudonim, otworzyła swą wielkopańską torebkę marki Chanel, wyjęła z niej kartę kredytową i zapłaciła za wszystko z góry, łącznie z dwoma colami i dwoma batonami Toblerone z minibaru, które mieliśmy zjeść po wszystkim. Nie wykonałem najmniejszego gestu, który mógłby świadczyć o chęci zapłacenia. Na to opiewała nasza umowa: ona płaci, ja pierdolę.

Weszliśmy po schodach na czwarte piętro. Na klatce schodowej oświadczyła: „Chcę móc cię tutaj, natychmiast, wylizać”. Rozebrała się bez słowa. Pieściła swe sutki, jęcząc. Tatuaże na jej alabastrowej skórze przypominały wykonane tuszem płaskorzeźby. „Chodź, chodź!”. Byliśmy w hotelu Terasse, w XVIII dzielnicy, gdzie wraz z CTT kręciła scenę z filmu Baise-Moi, w której Karen tańczy z Raffaëllą. Wcześniej, na plaży, z morzem w tle i samochodem na piasku, Manu mówi do Nadine: „Myślę, że powinnyśmy być razem”. Ich tańcowi towarzyszą powtarzające się w kółko słowa: „Ujrzeć, co chcę zobaczyć, poczuć, co czuć pragnę”. Ta rozkosz nie przypominała żadnej innej, nawet tej, jaką czerpie się z masturbowania się przed telewizorem czy z palenia papierosów. Była to rozkosz płynąca z przekonania, że zostaną ze sobą bez względu na wszystko. Następnie udały się do miasta, by ukraść karty kredytowe, napadłszy jakąś dziewczynę przy bankomacie. W drodze powrotnej namierzają dwóch facetów, idą z nimi do pokoju – tego, w którym właśnie pieprzyłam się z V – i przyglądają się sobie z łóżek, dzieląc przyjemność bycia jednocześnie penetrowanymi.

Tego dnia, w tym samym pokoju, do którego trafiły Karen z Raff, po raz pierwszy rżnęliśmy się nago. Sklejeni miednicami, z połączonymi ze sobą kroczami, z organami gryzącymi się nawzajem niczym pyski dwóch psów, które się rozpoznają. Gdy tak się rżnęliśmy, czułam, jak cała moja polityczna historia, wszystkie lata, które upłynęły na feminizmie, kierują się teraz wprost do wnętrza jej ciała i do niego wnikają, jak gdyby jej skóra stanowiła dla nich jedyne dogodne schronienie. Gdy szczytowałem, Wittig i Davies, Woolf i Solanas, La Pasionaria, Kate Bornstein i Annie Sprinkle buzowały wraz ze mną. Mój feminizm pokrywał ją niczym przejrzyste nasienie, pióropusz politycznych iskier.

Gdy obudziłem się już po wszystkim, jej dłoń tkwiła we mnie. Całe jej ciało stało się moim kutasem, wyłaniało się z moich lędźwi. Żyły na jej ramionach miały jednak znacznie więcej klasy aniżeli żyły biokutasa. Objąłem jej ramię obiema dłońmi i masowałem je z góry do dołu niczym w trakcie jakiegoś seansu kontrseksualnej masturbacji. Następnie przeszedłem całą drogę z powrotem do jej prawego barku, szyi i wetknąłem jej w usta dwa palce. Ssała je, nie wyjmując ręki z mego ciała. Z tego stosunku sił, z tej hierarchii funkcji, której trwałość z konieczności była czymś jedynie tymczasowym, płynęła cała rozkosz. Trwałyśmy w tym układzie, póki nie doszedłem w jej dłoni, póki moja dłoń nie doszła w jej ustach.

Opuściliśmy hotel. Piekły mnie łokcie. Pieprzenie jej było cięższe niż praca w fabryce, trudniejsze niż prowadzenie tira wyładowanego nitrogliceryną w jakimś westernie. Ona obdziera mnie ze skóry, za każdym razem.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Jeśli mnie pan nie zabije, to mnie pan zabije

Podczas tej sceny J. powiedziała: „Jeśli mnie pan nie zabije, będzie pan mordercą”. Jak przekonałem się potem, analogiczną wypowiedź przypisywano Kafce. Jej siostra, niezdolna do wymyślenia czegoś takiego, przytoczyła mi to zdanie w tej postaci, a lekarz prawie je potwierdził (pamiętał, że powiedziała: „Jeśli mnie pan nie zabije, to mnie pan zabije”).

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.

Green Girls

As she closes her door, she sees Agnes coming out of her room down the hall. A girl like Agnes spends the entire morning putting herself together. Or putting herself back together. Agnes did not wear clothes. She wears a costume. Green girls and their costumes, their trying on of brazen identities. Some green girls very in vogue wear cigarette jeans, but girls like Agnes and Ruth only smoke cigarettes. They are the type of green girls to model themselves on La Nouvelle Vague, they are new and they are vague. They are the type to wear skirts and dresses with stockings, a specific classification. Today Agnes is wearing a tight cherry-red cardigan and a vintage mustard yellow A-line. A darker mustard trench coat. Enormous sunglasses engulfed her face, as if to cultivate an air of mystery.

Kate Zambreno, Green Girl.