Hair that always smelled of cows

The Discomfort of Evening

In the nights that followed, I kept sneaking downstairs to check whether my brother was really dead. First I’d lie in my bed wiggling around or ‘making a candle’, as I called it, by throwing my legs up in the air and supporting my hips with my hands. In the mornings his death seemed obvious but as soon as it grew dark, I’d begin to have my doubts. What if we hadn’t looked hard enough and he woke up under the ground? Each time, I’d hope that God had changed his mind and hadn’t listened to me when I’d prayed for him to protect Dieuwertje, just like the time – I must have been about seven – when I’d asked for a new bike: a red one with at least seven gears, and a soft saddle with double suspension so that I didn’t get a pain in my crotch when I had to cycle home from school into the wind. I never got the bike. If I went downstairs now, I hoped, it wouldn’t be Matthies lying beneath the sheet but my rabbit. Of course I’d be sad, but it would be different from the beating veins in my forehead when I tried to hold my breath in bed to understand death, or when I made the candle for so long my blood ran to my head like candlewax. Finally, I let my legs drop back onto my mattress and carefully opened my bedroom door. I tiptoed onto the landing and down the stairs. Dad had beaten me to it: through the banisters I saw him sitting on a chair next to the coffin, his head on the glass of the viewing window. I looked down at his messy blond hair that always smelled of cows, even when he’d just had a bath. I looked at his bent body. He was shaking; as he wiped his nose on his pyjama top, I thought how the fabric would become hard with snot, just like my coat sleeves. I looked at him and began to feel little stabs inside my chest. I imagined I was watching Nederland 1, 2 or 3 and could zap away at any moment if it got too much. Dad sat there for so long my feet got cold. When he pushed his chair in and returned to bed – my parents had a waterbed that Dad would sink back into now – I descended the rest of the stairs and sat down on his chair. It was still warm. I pressed my mouth to the window, like the ice in my dreams, and blew. I tasted the salt of my father’s tears. Matthies’s face was as pale as fennel; his lips were purple from the cooling mechanism that kept him frozen. I wanted to turn it off so that he could thaw in my arms and I could carry him upstairs so that we could sleep on it, like Dad sometimes ordered us to when we’d misbehaved and been sent to bed without any dinner. I’d ask him whether this was really the right way to leave us.

The first night he was in the coffin in the front room, Dad saw me sitting with my hands around the banisters and my head pushed through them. He’d sniffed and said, ‘They’ve put cotton wads in his bottom to stop his crap coming out. He must still be warm inside. That makes me feel better.’ I held my breath and counted: thirty-three seconds of suffocation. It wouldn’t be long before I could hold my breath for so long that I’d be able to fish Matthies out of his sleep, and just like the frogspawn we got out of the ditch behind the cowshed with a fishing net and kept in a bucket until they were tadpoles and tails and legs slowly began to grow out of them, Matthies would also slowly transform from lifeless to alive and kicking.

Marieke Lucas Rijneveld, The Discomfort of Evening, tłum. Michele Hutchison, 2020.

Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie

Jean Fouquet Virgin of Melun 1415–1481

W tej niepojętej chwili, w której wybrałem swój los, nie wiedziałem, iż zakładał, że zakocham się w Marii Magdalenie. Będę ją zresztą nazywał Magdaleną: nie przepadam za podwójnymi imionami i sądzę, że nazywanie jej Marią z Magdali byłoby męczące. Wykluczam nazywanie jej po prostu Marią. Mylenie imion kochanej osoby i własnej matki nie jest szczególnie godne polecenia.

W miłości nie ma związku przyczynowego, ponieważ się nie wybiera. Powody wymyślamy potem, dla przyjemności. Zakochałem się w Magdalenie, gdy tylko ją ujrzałem. Moglibyśmy się spierać: jeśli zmysł wzroku odegrał tę rolę, można by uznać za powód nadzwyczajną urodę Marii. Faktem jest, że milczała, a zatem widziałem ją, zanim ją usłyszałem. Głos Magdaleny jest jeszcze piękniejszy niż jej postać: gdybym ją poznał słuchem, skutek byłby ten sam. Gdybym kontynuował ten wywód, przywołując trzy pozostałe zmysły, byłbym nieprzyzwoity.

Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie. To, że ona zakochała się we mnie, jest czymś nadzwyczajnym. A jednak tak właśnie się stało w sekundzie, w której mnie zobaczyła.

Opowiadaliśmy sobie tę historię setki razy, dobrze wiedząc, że ta fikcja nam się wymknęła. Uczyniliśmy słusznie: to nam przyniosło nieskończoną radość.

– Kiedy ujrzałem twoją twarz, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nie wiedziałem, że takie piękno jest możliwe. A potem na mnie spojrzałaś i było jeszcze gorzej: nie wiedziałem, że można patrzeć w taki sposób. Gdy na mnie patrzysz, trudno mi oddychać. Czy na wszystkich patrzysz w ten sposób?

– Nie sądzę. Nie jestem z tego znana. Kocioł przygania garnkowi, a sam smoli. To twoje spojrzenie jest sławne, Jezusie. Ludzie pielgrzymują, żebyś na nich spojrzał.

– Na nikogo nie patrzę tak jak na ciebie.

– Mam nadzieję.

Miłość skupia w sobie pewność i zwątpienie: mamy pewność, że jesteśmy kochani, a jednak w to wątpimy, nie na przemian, lecz równocześnie, i to nas niepokoi. Gdybyśmy chcieli się pozbyć tych wewnętrznych rozterek, zadając tysiące pytań ukochanej osobie, zaprzeczalibyśmy skrajnie ambiwalentnej naturze miłości.

Magdalena znała już wielu mężczyzn, a ja nie znałem żadnej kobiety. Jednak nasz brak doświadczenia stawiał nas na równi. W obliczu tego, co nam się przydarzyło, byliśmy nieświadomi jak para noworodków. Cała sztuka polega na akceptacji tego konwulsyjnego stanu z entuzjazmem. Ośmielę się powiedzieć, że jestem w tym niezrównany, Magdalena również. Jej przypadek jest bardziej godny podziwu: mężczyźni przyzwyczaili ją do najgorszego, a mimo to nie stała się nieufna. Zasługuje na najwyższe uznanie.

Jak mi jej brakuje! Przywołuję ją w myślach, ale to niczego nie zmienia. Może byłoby bardziej stosowne, gdybym się wzbraniał przed tym, by mnie ujrzała w takiej sytuacji. Niemniej dałbym wszystko, żeby ją znów zobaczyć i przytulić.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy

Zawsze ‌wiedziałem, ‌że skażą ‌mnie na śmierć. Jednak ‌to ‌przeświadczenie ma pewną ‌zaletę, ‌pozwala mi skupić uwagę ‌na ‌tym, co jest tego ‌warte: ‌na szczegółach.

Myślałem, że mój ‌proces będzie ‌parodią wymiaru ‌sprawiedliwości. ‌Tak właśnie się stało, ‌choć ‌spodziewałem się czegoś innego. ‌Wyobrażałem sobie, ‌że to będzie czysta ‌formalność, ‌sprawa załatwiona od ręki, ‌a oni urządzili ‌prawdziwe igrzyska. Prokurator przewidział ‌wszystko.

Świadkowie ‌oskarżenia ‌stawiali się jeden ‌po drugim. Nie mogłem ‌uwierzyć ‌własnym oczom, gdy ‌zobaczyłem ‌nowożeńców z Kany, dla których ‌uczyniłem ‌pierwszy ‌cud.

– Ten człowiek jest ‌zdolny przemieniać wodę w wino ‌– ‌oświadczył z powagą małżonek. ‌– A jednak czekał ‌do końca wesela, ‌żeby objawić ‌swą moc. ‌Bawił się ‌naszym lękiem i naszym poniżeniem, ‌a przecież ‌z łatwością mógł ‌nam oszczędzić ‌jednego i drugiego. To ‌z jego powodu ‌podaliśmy najlepsze wino po ‌przeciętnym. Zostaliśmy ‌pośmiewiskiem wioski.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy. Wytrzymał ‌to spojrzenie, ‌pewny swoich racji.

Urzędnik ‌królewski opowiadał, ‌że uzdrawiając ‌mu syna, wykazałem ‌złą wolę.

– Jak obecnie miewa ‌się ‌pański syn? – musiał ‌koniecznie spytać ‌mój adwokat, przydzielony z urzędu ‌i nieporadny ‌do granic możliwości.

– Bardzo ‌dobrze. ‌Wielka mi zasługa! ‌Ma w sobie ‌magiczną moc, ‌wystarczy ‌mu jedno słowo.

Trzydziestu siedmiu ‌cudownie ‌uzdrowionych zaczęło ‌publicznie prać ‌swoje brudy. Najbardziej ‌mnie rozbawił ‌eksopętaniec z Kafarnaum:

– Od czasu tych ‌egzorcyzmów moje ‌życie jest takie pospolite!

Były ‌ślepiec ‌poskarżył się na ‌brzydotę ‌świata, oczyszczony z trądu ‌oświadczył, że ‌nikt nie ‌daje ‌mu już jałmużny, syndykat ‌rybaków ‌znad Jeziora Tyberiadzkiego ‌zarzucił ‌mi, że faworyzowałem ‌jedną ekipę, ‌wykluczając inne; Łazarz ‌opisał, jak ‌okropnie jest żyć z trupim ‌odorem ‌na skórze.

Najwyraźniej ‌nie ‌było potrzeby posuwać się ‌do ‌przekupstwa ani ‌ich zachęcać. ‌Wszyscy przyszli, by ‌świadczyć przeciwko ‌mnie, ‌z własnej i nieprzymuszonej woli. ‌Niejeden stwierdził, że poczuł ‌wielką ‌ulgę, mogąc wreszcie ‌wylać swe ‌żale w obecności winnego

W obecności winnego.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

Babitz: For great sex, get a vibrator

There’s one thing about being in a bad relationship for longer than you should just for sex: when you get out, all you can think about is sex, and my advice to you is—for great sex, get a vibrator (or do it yourself), and remember how fabulous it was; don’t go trying to get the person back, or you’ll wind up a skull in the desert outside the Bagdad Cafe.

Eve Babitz, Black Swans.

My loneliness. Is killing me.

The most prominent part of Spears’s personal brand has always been that she is like a virgin, vacillating absolutely inconsistently between performing as an adolescent girl and as a sexually mature woman. Part of her “little girl” act is pretending not to understand the sexual attention she elicits. “All I did was tie up my shirt!” she told Rolling Stone in 1999 about the “… Baby One More Time” video. “I’m wearing a sports bra under it. Sure, I’m wearing thigh-highs, but kids wear those—it’s the style. Have you seen MTV—all those in thongs?” 

And yet Spears has been remarkably self-aware—even calculating—about the conflicts in her persona. Her hit “I’m Not a Girl, Not Yet a Woman,” from her coming-of-age movie Crossroads, is the most blatant expression of this trope, or maybe it’s the “Oops! … I Did It Again” video, where eighteen-year-old Spears dances in a skintight red vinyl bodysuit and sings, “I’m not that innocent.”

There is no doubt that her personal contradictions are heightened by the brilliant, dissonant images in her music videos. People have credited the “… Baby One More Time” video with all of the song’s success, a sixteen-year-old brashly seizing on a naughty schoolgirl porno fantasy and immediately positioning herself at the center of the national imagination. “Is Spears bubblegum jailbait, jaded crossover diva or malleable Stepford teen?” Rolling Stone asked in 1999. “Who knows? Whether by design or not, the queen of America’s new Teen Age is a distinctly modern anomaly: the anonymous superstar.”

In “Overprotected,” released ten days after Spears’s twentieth birthday, she makes several startling complaints. “I tell them what I like, what I want, what I don’t,” she sings. “But every time I do, I stand corrected.” She’s singing not as a post-adolescent coming into her own, but as a woman who has been guarded and controlled by handlers since she was fifteen. She is self-aware in performing not only the naughty schoolgirl but also the anonymous superstar, her body a projection screen that all of the world’s desires can flicker across. 

Her early hit “Lucky” is an unsubtle allegory about a starlet named Lucky who dreams of escaping fame. How perverse that Martin would write this song for Spears, and her managers would agree that she should record it, then release it as a single and profit off it. “She’s so lucky,” Spears sings, “she’s a star / But she cry, cry, cries in her lonely heart.” When we confront it, this sadness is so much more dissonant than the sex in her videos. My loneliness. Is killing me. My loneliness. Is killing me.

(…)

I’m not reading too much into the song. Pop music can speak deep truths because it is simple, because the truest truths are simple. What isn’t simple is a sixteen-year-old in her expected setting—a high school—singing about grown-up desperation. Or an artist whose greatest creative preoccupation seems to be a smiling sadomasochism—“hit me baby” and vinyl bodysuits, the giant snake on her shoulders as she sang “I’m a Slave 4 U”—being labeled as “America’s Sweetheart.” Or a woman hunted by paparazzi who photographed her working out, going to Starbucks, driving recklessly with her son on her lap, shaving her head; who photographed her genitals as she got out of her limo for an audience that loved her almost to death.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

The Dead Girl Show

The Dead Girl Show’s notable themes are its two odd, contradictory messages for women. The first is that girls are wild, vulnerable creatures who need to be protected from the power of their own sexualities. True Detective demonstrates a self-conscious, conflicted fixation on strippers and sex workers. Hart helps “free” a teenage prostitute from a brothel and, seven years later, cheats on his wife with her. “How does she even know about that stuff?” Hart asks in 1995 when he and his wife discover sexual drawings his elementary-school-age daughter made. “Girls always know first,” his wife replies. This terrible feminine knowledge has been a trope at least since Eve in the Garden. Marcus compares Twin Peaks’s victim Laura Palmer to the teenage “witches” in Puritan New England who were targeted to purge and purify their communities. In the Dead Girl Show, the girl body is both a wellspring of and a target for sexual wickedness. The other message the Dead Girl Show has for women is simpler: trust no dad. Father figures and male authorities hold a sinister interest in controlling girl bodies, and therefore in harming them.

(…)

Dead Girl Shows often experiment with the incest taboo, like the girls on Pretty Little Liars, Veronica Mars, and Top of the Lake who share kisses with characters they later learn could be their half brothers. This goes back to Freud’s favorite myth, Oedipus, in which a prince is fated to kill his father and marry his mother, and the psychological metaphors of Gothic literature, and the imposing persistence of patriarchal authority.

(…)

Clearly Dead Girls help us work out our complicated feelings about the privileged status of white women in our culture. The paradox of the perfect victim, effacing the deaths of leagues of nonwhite or poor or ugly or disabled or immigrant or drug-addicted or gay or trans victims, encapsulates the combination of worshipful covetousness and violent rage that drives the Dead Girl Show. The white girl becomes the highest sacrifice, the virgin martyr, particularly to that most unholy idol of narrative.

(…)

If these stories—of Over Tumbled Graves, Robert Yates, Ruby Ridge, and all the other northwestern sociopaths—have one thing in common, every step of the way, it’s men. Men are the problem.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

The slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face

Momentarily, she acted as if she intended to really ravage me, but it was a phoney growl. She didn’t know how. I must fuck Robin. That was my job. She had the largest … cunt, vagina I have ever stuck my finger in. It was big red and needy. I stuck two three fingers in and fucked her and fucked her. I’ve always received complaints that I was rough but I felt like I could have been shoving a stick up this woman, a branch. Her ass was up in the air, it was April and the trees were still pretty bare and I looked through the black rusty cross-hatched window gates of my East Village apartment and I felt detached and I fucked and fucked her with my hand, and twisting her nipples. She moaned and growled with pleasure. Such a woman, I have never met such a horny animal nor have I ever so distinctly serviced a woman before. Do you want my fist inside you. Anything she shrieked, anything.

So this is my late winter stolen landscape. Robin’s hungry butt bobbing in front of my window next to my desk where I write. I felt my home, myself, violated by this animal. I couldn’t stop. This must be what faggots do. The inside of her pussy was hot and warm, it did, it did feel like a live animal. I put my fingertip to her butt-hole but there didn’t seem to be any magic there. I was getting bored. Wanna come up on me. I wanted to be underneath—her pussy on my mouth. Sure, anything. I had no way of framing her true repertoire with these kind of replies. I suspected she had done everything in the past, or on the other hand maybe she was a liar.

Here it comes, the salty hairy organ, the slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face. I started licking and sucking like crazy. I am wild for the sensation of having my face covered and dominated, almost smothered by a cunt. She was happy. It all seemed one to her, then a great groan and buckets of wet acrid fluid flooded into my mouth, splashing down my cheeks and onto my pillow. Initially I surmised she had come in some new way, but it was pee and now I had drank it for the first time. I swallowed some, but then no I don’t really want to drink piss. I wiped the edges of my mouth and then kissed her. I think she said I’m sorry but grinned at me wiping my face. Do you have any music she said. Take a look—the tapes are on the refrigerator. I lay on the bed, fascinated by the acrid taste of piss, yet horrified at the inadequacies of my tape collection. Da, duh-duh, Da, duh-duh came the opening notes of “Kimberly” and Robin walked naked across the length of my apartment like she was the real Patti Smith.

I think we tried to cram more into her pussy for a while after that and she gave my lips a quick swipe with her mouth, but I really suspected that was not her cup of tea. Because she was not a lesbian, nothing like that.

Do you have a towel? Actually I didn’t. Or I didn’t have a clean towel and I didn’t want to give her mine, out of a desire not to insult one of us. Finally I gave her a facecloth. I guess a towel’s a towel. I didn’t know what was going on. I’ve got to meet my girlfriend she explained. Today she had a girlfriend. A blow to the stomach, received in silence of course. I’m going out too I said. Well then come on, come with me to meet her. I did something in the kitchen sink, brushed my teeth, but I was feeling demolished.

Eileen Myles, Chelsea Girls.

Tango was my game

Looking at myself  in the mirror, wearing this incredible black skirt with a slit up the side so tango-y it made my legs actually look long, with high heels, black stockings, my latest incredible black top, which had baroque lace in the front where you could see through to my cleavage, of which there was a lot, what with these new bras they have now that undo in front, my white-blond hair tousled around my face, tons of eye makeup on my dark eyes, and this matte ruby lipstick that practically glowed in the dark and made me look too tragique for words—I had to admit, I looked like tango was my game.

Eve Babitz, Black Swans.