Kościół Eutanazji (Church of Euthanasia)

Jego członkowie uważają, że zachwiana została proporcja pomiędzy ludźmi a innymi organizmami na ziemi. Żeby ją przywrócić, musi dojść do masowej, dobrowolnej redukcji populacji. Dlatego najważniejsze przykazanie tego kościoła brzmi: “Nie będziesz uczestniczył w prokreacji”. Dodatkowe cztery filary tej religii to: samobójstwo, aborcja, sodomia i kanibalizm. Twórcy Kościoła Eutanazji podkreślają jednak, że kanibalizm w ich rozumieniu wcale nie wymaga zabijania ludzi, wystarczy konsumpcja ciał osób, które zmarły śmiercią naturalną bądź zginęły w wypadkach. I choć na swojej stronie internetowej umieścili hasło “Chroń planetę, zabij siebie”, to wyjaśniają, że samobójstwo jest dobrowolne. Kościół Eutanazji założyła pochodząca z Bostonu kompozytorka muzyki techno i pisarka, wielebna Chris Korda. W ostatnich latach Kościół Eutanazji nie budzi szczególnego zainteresowania i mówi się o nim niewiele. Niektórzy podejrzewają, że wielebna Korda popełniła samobójstwo.

Marek Wałkuski, Wałkowanie Ameryki, Helion 2012.

In 1960, an American friend of ours, then a young writer in London, found herself, after lunch at the Travellers’ Club, sharing a taxi home with Ivy Compton-Burnett. At first Compton-Burnett talked to our friend, in a normal conversational tone, about the club, their host, the food, and so on. Then, with a marginal shift of the head, but absolutely no shift of tone, she started talking to Margaret Jourdain, her companion of thirty years. The fact that Jourdain, far from being in the cab with them, had been dead since 1951 made no difference. That was who she wanted to talk to, and did so for the rest of the journey back to South Kensington.

This strikes me as quite normal. We are not surprised when children have imaginary friends. Why be suprised when adults have them too? Except that these friends are real as well.

Bonnard used to paint his model/mistress/wife Marthe as a young woman naked in the bath. He painted her like this when she was no longer young. He continued to paint her like this after she was dead. An art critic, reviewing a Bonnard show in London some ten or fifteen years ago, called this ‘morbid’. Even at the time it struck me as the opposite, and entirely normal.

Ivy Compton-Burnett missed Margaret Jourdain with ‚palpable, angry vehemence’. To one friend she wrote, ‚I wish you had met her, and so met more of me.’ After being made a Dame of the British Empire, she wrote: “The one I miss most, Margaret Jourdain, has now been dead sixteen years, and I still have to tell her things… I am not fully a Dame, as she does not know about it.’ This is true, and defines the lostness of the griefstruck. You constantly report things, so that the loved one ‚knows’. You may be aware that you are fooling yourself (though, if aware, are at the same time not fooling yourself), yet you continue. And everything you do, or might achieve thereafter, is thinner, weaker, matters less. There is no echo coming back: no texture, no resonance, no depth of field.

Julian Barnes, Levels of Life, Jonathan Cape 2013.

Roszczenia państwa, ukrywającego się dziś pod maską społeczeństwa, mogą być bardzo silne. Jednostka ma możliwość uchylenia się od nich, choćby na skutek samobójstwa. “Możliwość samobójstwa należy do naszego kapitału”. To była jedna z maksym, jakimi od czasu do czasu wywoływałem zgorszenie; potem usłyszałem od jednej z kawiarnianych osobistości, które dziś, często zdumiewająco długo, otaczane są czcią, “że nastał czas, aby czcigodny autor uczynił użytek ze swego kapitału”.

Ernst Jünger, Przybliżenia. Narkotyki i upojenie, Warszawa 2013, s. 68.

Sontag: ciało odbiera moc umysłowi

image

W naszym społeczeństwie człowiek musi wybrać, czym się “karmi” [skreślone słowa “w co wchodzi”] – ciało odbiera moc umysłowi + odwrotnie. Chyba że ktoś ma wielkie szczęście albo jest bardzo bystry – ja nie byłam. W co chcę zainwestować swoją witalność? W książki czy seks, ambicję czy miłość, niepokój czy zmysłowość? Nie można mieć wszystkiego. Nawet sobie nie wyobrażaj, że istnieje choćby cień szansy, by na koniec wszystko odzyskać.

Susan Sontag, Odrodzona, Kraków 2012.

Usiadła i stała się rzecz dziwna

Usiadła i stała się rzecz dziwna. Obok półmiski przechodzące z rąk do rąk, energiczna konwersacja, wzmocniona reminiscencjami piwnicy degustacyjnej, mowa żywa, jędrna, wieża Babel w poziomie, a ona nagle wstępuje na schodek wyżej, w cywilizację pisaną! I żadnych tam hieroglifów, robaczków i skrętów złączonych na górze jedną linią albo czytanych od lewa w prawo, od razu alfabet łaciński i na wszelki wypadek litery pełne, duże, okrągłe, świat w oczach dziecka. Spojrzałem nieufnie na podsuniętą mi kartkę, wiadomo, że od liter zaczęły się wszelkie moje nieszczęścia, za dużo czytałem, jak pani Bovary, i mniej więcej na to samo wyszło: schadzki w mokrych lasach, w nieswoich miastach i w nieznanych katedrach, przejażdżki po zagubionych stawach, tęsknoty za balem i niechętny udział w pracach domowych. A na kartce adresy, dwa! Akademik dla starszych, czy coś w tym rodzaju, i najpierw dane przyjaciółki, tej znanej mi, a pod spodem jej własne, jedne jakoś podobne do drugich, mieszkały pod tym samym numerem. Ha, myślę sobie, odczytawszy pod jej baczną kontrolą imiona i nazwiska i schowawszy karteczkę w miejsce na karteczki, ha, dołożę jeszcze sobie kurczaka, w końcu jest nie najgorszy.

Marek Bieńczyk, Terminal, Warszawa 2012.

Bieńczyk i mężczyzna w szarym płaszczu

Na ścianie pokoju, w którym przebywam, wisi obraz i często doń gadam. Za rogiem słabo oświetlonej ulicy w rozległym kawiarnianym akwarium siedzi przy kontuarze mężczyzna w szarym płaszczu. Widać go przez szybę, ma na głowie ciemny, zużyty kapelusz, obok siebie pustą filiżankę, a w ręku trzyma kieliszek długi jak noc. Nie rusza się, zapatrzony przed siebie, i z pewnością długo będzie jeszcze tak siedział. Jest odwrócony do mnie tyłem, lecz niekiedy sobie chwilkę rozmawiamy. Na przykład dzisiaj. Bo dzisiaj, tak jak on, plecy mam zgarbione, łokieć w blat wbity i rozszczepione w oczach światło. Toteż miałbym propozycje, lecz nie chodzi o konkurs, kto namalował ten obraz, dla ułatwienia dodam, że jest to artysta amerykański; zresztą nie spodziewacie się chyba żadnych nagród, wiadomo, że coś takiego nie istnieje; propozycja jest taka, żebyśmy wszyscy znowu przez chwilę odpoczęli, przez chwilę pomilczeli, aż dopali się drzewo w naszym kominku i zgasną światła w jego kawiarni

Marek Bieńczyk, Terminal, Warszawa 2012.