I to jest wszystko, a jednocześnie najmniej, co można powiedzieć o ludzkich związkach

Podbródek, który siłą przyzwyczajenie w trzeźwych i świadomych chwilach naszego życia utrzymuje usta zamknięte, górną szczękę kładzie na dolnej, a górną wargę przysuwa do dolnej, w takich chwilach się rozluźnia, wraca do pradawnego stanu sprzed nabytych nawyków, rozluźnia trzeźwą, świadomą dyscyplinę, poza godzinami snu utrzymującą mięśnie twarzy w ciągłym napięciu, którego rodzaj i natężenie określają charakter twarzy, przez co tam, w środku, język wznoszący się nad górną krawędzią dolnej szczęki znajduje się w niepewnie rozkołysanej pozycji, a kiedy usta się otworzą, ślina zebrana u wrót zębów, nieopodal wznoszącego się łuku języka, spływa na dno jamy ustnej.

Głowy lekko odchylają się w bok, jedna w lewo, druga w prawo, kiedy bowiem usta dwóch osób chcą spotkać się ze sobą, ich twarze muszą ominąć nosy wystające z rzeźby ludzkich głów.

Kiedy oczy ocenią już odległość i na podstawie danych o rzeźbie głowy obliczą potrzebny kąt nachylenia, a z rosnącej ciągle prędkości zbliżania się można już wyznaczyć moment spotkania, wtedy powieki miękko i powoli opadną na oczy, z takiej bliskości widzieć jest już rzeczą niemożliwą i niepotrzebną, z czego naturalnie nie należy wyprowadzać wniosku, jakoby wszystko, co niemożliwe, miało być niepotrzebne, jednakowoż szpara pomiędzy powiekami całkowicie się nie zamyka, lecz pozostawia odrobinę miejsca, tylko tyle, by długie rzęsy, tak oto symetria oczu i ust staje się doskonała: jest to stan pełnej świadomości, choć człowiek nie jest do końca przebudzony, ile odda z napięcia trzeźwości, tyle straci z jasności myśli, tu coś się otwiera, choć nie całkowicie, tam się zamyka, choć też nie do końca.

Gdybym chciał więcej powiedzieć o pocałunku, o spotkaniu dwojga ust, o chwili, kiedy bezpośrednie zmysłowe odczuwanie nagle staje się bezpośrednim odczuwaniem dwóch ciał, gdybym chciał o tym powiedzieć coś bliższego, musiałbym chyba wkroczyć za pionową, pokrytą bruzdami powłokę otwartych, muskających się wzajemnie warg.

O ile coś podobnego byłoby możliwe bez noża chirurga, o tyle samo współdziałanie narządów zmusiłoby nas do strasznego wyboru, czy mamy posuwać się wzdłuż mięśni opadających lekkimi falami ku kącikowi ust, czy też podążać za pajęczyną wijących się żyłek i nerwów; w pierwszym przypadku musielibyśmy przedostać się przez wianuszek gruczołów ślinowych zwartych ze sobą warg i ust, a poprzez tkankę łączną szybko dobrać się do błony śluzowej, podczas gdy w drugim przypadku, jak gdyby przez cienkie niczym włoski korzonki drzewa, dostawalibyśmy się do samego pnia, a stamtąd do centralnego ośrodka nerwowego korony, w trzecim zaś przypadku, zależnie od tego, czy ruszyliśmy niebieskim, czy czerwonym szlakiem, dotarlibyśmy do piwnicy lub komórki.

Na szczęście jedynie w bajkach musimy spośród trzech dróg wybierać tę jedyną, zbawienną drogę, jeśli jednak nie pragniemy zbawienia, a tylko chcemy zaspokoić naszą zwykłą i bez wątpienia dość powierzchowną ciekawość, możemy wybrać czwartą z możliwości, możemy wślizgnąć się do ust pomiędzy ledwie stykającymi się ze sobą wargami, a nie będzie to łatwe, powierzchnia w tym miejscu jest niemal całkiem sucha, ślinianki obficie wydzielają ślinę, ale niepewnie kołyszący się język nie zwilża ust, tak więc im więcej czasu upłynęło od chwili, w której dotknęły się wargi, tym są one suchsze, czasami przypominają ziemię spękaną podczas suszy, choć w wewnętrznym łuku dolnych zębów, tam, pod językiem, zebrało się już całkiem pokaźne jeziorko śliny.

Kiedy posuwając się skalistym wierzchołkiem dolnych zębów, ominiemy to jeziorko, a potem u ich nasady, po wzdłużnej płaszczyźnie, zaczniemy wspinać się w górę i dotrzemy do śliskiego grzbietu niepewnie kołyszącego się języka, by stamtąd spojrzeć na przebytą drogę, roztoczy się przed nami doprawdy nadzwyczajny widok.

Przedsięwzięcie, ma się rozumieć, nie jest wolne od niebezpieczeństw, jeśli nie zatrzymamy się na kubkach smakowych, to z łatwością możemy ześlizgnąć się do gardzieli, niemniej warto zaryzykować, w końcu jesteśmy w bezpiecznej jaskini, nad nami rozciąga się piękny łuk podniebienia, przed nami otwór jamy ustnej tworzy regularny rozwartokątny trójkąt, i jeśli nawet nie jesteśmy tu po to, by podziwiać zachwycające widoki, to zdziwieni zakrzykniemy, że anatomiczny obraz jamy ustnej, oglądany z tej wewnętrznej perspektywy, jest dokładnie taki sam, jak zwykliśmy przedstawiać oko Boga.

Kiedy zaś wyjrzymy na zewnątrz, nagle wszystko pociemniej nam przed oczyma, a u wejścia do jaskini, napędzany sprzecznymi siłami ssania i wnikania, może nie do końca symetrycznie, trochę zsuwając się na bok, przylgnie ten drugi trójkąt, i wtedy dojdzie do pocałunku, a my poczujemy, jakby w mroku zwierających się ze sobą jaskiń ust oko jednego Boga spojrzała w oko drugiego Boga.

Radość naszego odkrycia w tej pełnej emocji chwili często zostaje zmącona udręką niepewności, zadajemy sobie bowiem pytanie, czy dotknięcie warg dwojga ludzi, pocałunek, naprawdę jest spotkaniem o tak wielkim i wyjątkowym znaczeniu, w którym oko jednego Boga spogląda w oko drugiego Boga?

Dręczeni wątpliwościami przekopujemy zbiór naszej wiedzy i doświadczeń, te zaś potwierdzają nasze tezy bądź też im zaprzeczają, ale żeby odnieść się do owych zaprzeczeń albo potwierdzeń musimy zagłębić się w ciało, ale przecież już w nim jesteśmy!, i wziąć pod lupę narządy biorące udział w miłosnym życiu człowieka.

Kiedy zaś przyjrzymy się z bliska narządom i ich właściwościom, dojdziemy do dziwnego i dla niektórych zapewne szokującego wniosku, że miłosna rozkosz, będąca warunkiem i koniecznością funkcjonowania instynktu podtrzymania gatunku, u każdego człowieka, tak u kobiety, jak i u mężczyzny, możliwa jest do wywołania także bez udziału tego drugiego, mało, możliwe jest także samodzielne osiągnięcie zaspokojenia, i że do tego wcale nie jest potrzebna druga osoba.

Poczucie zamknięcia w sobie i osiągnięcia pełni w samym sobie, kiedy człowiek, przywołując w myślach obraz cielesnego dotyku drugiej osoby, sięga dłonią do swojego samotnego ciała, zna z doświadczenia każdy z nas.

Osoby o słabej psychice, wstydliwe i pełne oporów nie muszą od razu sięgać do własnych narządów płciowych, wystarczy, że skóra ich dłoni, niby przez przypadek, dotknie okoli ud, brzucha czy miednicy, by pomiędzy ich własnym ciałem a własną skórą zrodził się kontakt niezbędny do osiągnięcia zmysłowej rozkoszy; u kobiet wchodzą tu jeszcze w rachubę piersi, brodawki i ich ciemne otoczki, potem zaś, bądź też równolegle, pieszczoty w okolicy wzgórka łonowego, które niekiedy całkiem bez udziału woli stają się rytmiczne, powodują wzrost ciśnienia krwi i przyspieszenie oddechu, odpowiadające ostrożnym i czułym pieszczotom, jakimi kobiety zazwyczaj rozpoczynają grę w miejscu, w którym biorą początek męskie uda, by przysunąć się wyżej do jąder i żołędzi, kobiety mogą też dotykać swojej maleńkiej łechtaczki, uważnie, by palce nie drażniły zbyt boleśnie jej nadzwyczaj wrażliwej główki, mężczyźni podobnie, choć nieco mocniejszym ruchem, mogą chwycić w palce jamistego członka i pociągając napletek, to uwalniać żołądź, to ją zakrywać, by rozkosz doznawana na koronie żołędzi otworzyła zawory, przez które krew płynąca w arteriach dopłynie do ciał jamistych, powodując ich wypełnienie krwią.

A ponieważ mowa tu o funkcjonowaniu pojedynczego człowieka i zaspokajaniu jego osobistych potrzeb, formy i sposoby tego funkcjonowania mogą w znaczący sposób różnić się od siebie.

Mimo różnorodności sposób wywoływania i zaspokajania cielesnych potrzeb nie wolno nam jednak zapominać, że z punktu widzenia fizjologii ludzkiego ciała w każdym z nas zachodzą dokładnie te same procesy, co najwyżej ich natężenie, głębia czy skuteczność, a także efekt mogą być różne, gdyż procesy te w każdym człowieku i w każdym pojedynczym przypadku stanowią zamkniętą całość, z góry określoną przez prawidłowości rządzące funkcjonowaniem ludzkiego ciała, i nie ma tu znaczenia, czy dzieje się to pomiędzy osobami różnej, czy tej samej płci, czy jest wynikiem jakiegokolwiek mechanicznego działania, fantazji, czy też połączonej z fantazjowaniem masturbacji.

Z drugiej zaś strony, jakkolwiek niezależną całość tworzyłyby fizjologiczne prawidłowości rządzące wywoływaniem, utrzymywaniem rozkoszy i jej zaspokajaniem, nawet jeśli byłby to formy najbardziej zamknięte, podczas masturbacji czy nieświadomych polucji pojawiają się elementy burzące ten z fizjologicznego punktu widzenia całkowicie niezależny system.

Jak gdyby natura nie pozwalała, by koło samo się zamknęło; w chwili masturbacji działa fantazja, w przypadku polucji sen, a wyobraźnia lub marzenia senne wiążą osobę i niezależne mechanizmy jej ciała z drugą istniejącą bądź tylko potencjalnie istniejącą osobą.

I to jest wszystko, a jednocześnie najmniej, co można powiedzieć o ludzkich związkach.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 640- 644.