Diane di Prima: praca modelki

image

Siedzenie w spokojnej, niezatłoczonej kawiarni, picie dobrej mocnej kawy, czytanie i rozmawianie ze znajomymi, którzy wchodzą i wychodzą, gdy zbliża się południe, oraz zapisywanie przypadkowych słów w zeszycie to wielka przyjemność. Siedziałam w tej kawiarni tak długo, jak tylko się dało – zazwyczaj kilka godzin – a po południu wychodziłam “do pracy”. Policja przymknęła wówczas Nelsona Swana, faceta, któremu Duncan Sinclair sprzedawał swoje zdjęcia, prawdziwego magnata pornograficznego, więc ten rynek zrobił się na jakiś czas niedostępny. Znalazłam zatem znacznie prostszą i przyjemniejszą pracę – choć o wiele mniej lukratywną – u starych malarzy, działających w naszych kręgach: malarzy starszych o pokolenie albo dwa od abstrakcyjnych ekspresjonistów i korzystających wciąż z modeli.
Byli to mili, przyjaźni faceci, którzy dorastali w czasach Wielkiego Kryzysu i malowali w stylu nazywanym w latach trzydziestych “realizmem społecznym”; byli ludźmi o smutnym, dręczacym ich przeświadczeniu, że świat uległ zmianie od “ich czasów”, i o upartej, dobrodusznej chęci przekonania się, na czym ta zmiana polega. Większość z nich mieszkała blisko Washington Square, więc chodziłam piechotą do ich pracowni, wpadając po drodze do chińskiej pralni, gdzie zostawiałam brudne ciuchy. W pracowni Mosesa Soyera siadałam na stołku lub kładłam się na leżance, jego żona wchodziła i wychodziła, bez przerwy gadając, a Moses opowiadał mi plotki o innych modelkach: ta spodziewa się dziecka, tamta wyjeżdża do San Francisco… Można było uwierzyć, że człowiek przeniósł się do nawiedzonego dziewiętnastowiecznego Paryża i ujrzeć pod powiekami twarze z Cyganerii. Za dwie godziny pozowania dostawałam tyle pieniędzy, że stać mnie było na obiad i śniadanie następnego dnia oraz na pralnię. Ponieważ nie miałam innych potrzeb, uważałam, że jestem bogata.
Po jakimś czasie praca modelki przyniosła mi pewne luksusy: poznałam Victora Romero, młodego fotografa ze stałą pracą i mieszkaniem, do którego pożyczał mi czasem klucze. Mogłam wziąć prysznic. Kiedy pozowałam dwa razy w ciągu jednego dnia, zabierałam René albo O’Reilley na obiad. I zapisałam się do New York Public Library, dzięki czemu urozmaiciłam swoje lektury.

Diane di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, Łódź 2013, ss. 90- 91.

image

Diane di Prima: Róże i mosiądze

Wspominałam ciepłe, senne dni minionej wiosny: wiosny w college’u zaledwie przed rokiem, kiedy zbierałyśmy się i pracowałyśmy wspólnie nad przeróżnymi związkami, które wymyślałyśmy, żeby uniknąć chichoczącego szyderczo demona nudy. Powoli wprowadzałam znajome z czasów młodości w Nowym Jorku w środowisko college’u w Pensylwanii: pulchną, ciemną, piękną Evę z Indii Zachodnich; bladą, kościstą Susan O’Reilley, z jej nagłymi zmianami nastroju, pięknym głosem, dąsami, cynicznymi ustami i niewinnymi błękitnymi oczyma dziecka; i niezwykle żywotną, elektryzującą Martine, nazywaną przez przyjaciół Petra, prawdziwą kopalnię surrealizmu i zaskakujących zachowań. Petra i Tomi od razu się zaprzyjaźniły. Dziwaczność życia Tomi podobała się Petrze, w której tkwiło hiszpańskie pragnienie tego, co dramatyczne, jaskrawo kolorowe. Eva włączyła się do naszego bardzo skomplikowanego miłosnego korowodu ze zwykłym dla siebie ironicznym wdziękiem, a Tomi i O’Reilley zakochały się w sobie.
Przypomniałam sobie tydzień, który spędziłyśmy latem na wybrzeżu Massachusetts w letnim domku należącym do rodziny Lee. Pojechałyśmy nocnym osobowym z Nowego Jorku do Bostonu i różowym świtem znalazłyśmy się na South Station, gdzie zjadłyśmy mufinki i wypiłyśmy kawę w kafeterii Hayes-Bickford, by wsiąść do autobusu jadącego na wybrzeże. Dojechałyśmy tam koło dziewiątej, zostawiłyśmy bagaże w domku i poszłyśmy od razu na plażę, chcąc natychmiast zobaczyć morze. Było spokojne i posępne, bez fal, a przed nim niskie, szare wydmy. Przyszedł odpływ, na skałach pełno omułków, więc po niezbyt udanym spacerze przez błotniste kałuże dałyśmy za wygraną i zajęłyśmy się pożyteczniejszym zbieraniem małży. Wrzuciłyśmy ich do koca wielką stertę, a ponieważ na plaży nie było żywego ducha, rozebrałyśmy się do naga i wyciągnęłyśmy na piasku, żeby zaczerpnąć tyle, ile się da z niezbyt ciepłego słońca Nowej Anglii. Zanim się położyłam, przyjrzałam się nie bez zachwytu nam wszystkim, zapamiętując ten niemy obraz: linie naszych ciał odpowiadały linii wydm, a róże i mosiądze skóry wydawały się ciepłe na nierozgrzanym piasku.

Diane di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, Łódź 2013, ss. 47- 48.