Moje z lekka uwodzicielskie zachowanie

Wszystkie moje postanowienia zmierzające do tego, żeby brak kobiet nie stał się dla mnie męczarnią, załamały się. Byłem jak koń na starcie, czekający na wystrzał.

Wierzyłem jednak, że jakoś dam sobie radę, gdyż przez te półtora roku nauczyłem się panować nad sobą.

Bałem się snów, wymykających się wszelkiej kontroli, lecz nawarstwiające się zmęczenie kierowało mnie do łóżka.

Wbrew obawom, jedyny zapamiętany sen uspokoił mnie: znowu śnił mi się przyjazd owej młodej i uśmiechniętej dziewczyny, która potrzebowała mej opieki. I znowu, jak przedtem, nie była to ani Marta, ani Lucjana, ani Rita, ani żadna inna znana mi kobieta.

Odebrałem ten sen jak błogą przepowiednię, a kiedy po kilku dniach znowu się powtórzył, uwierzyłem, że się spełni. Pragnąłem tego żarliwie jako pocieszenia i jako hamulca.

Tak jak kiedyś, pod jego wpływem zaczynałem dzień pełen spokoju i nadziei.

Był to dzień wolny od pracy, dzień na cześć któregoś z mniej popularnych świętych, więc zacząłem go od konnej przejażdżki do interioru, w pierwszą stronę wolno medytując i rozkoszując się porankiem, z powrotem zaś przechodząc w galop dla samej przyjemności szybkiej jazdy, która wymaga napięcia i uwagi i pozwala czuć rytm ciała poddający się rytmowi konia. Równocześnie jednak chciałem jak najprędzej wrócić, tak jakbym czuł potrzebę, by znaleźć się z powrotem wśród ludzi.

Zjechałem do portu. Nie było żadnych wiadomości o statku z La Platy. A ja potrzebowałem jakiejś wiadomości i musiałem coś otrzymać; coś, co miałoby bezpośredni związek ze mną i zajęłoby moje myśli, coś, co by pochodziło od innego człowieka; w żadnym wypadku nie mogło to być jednak coś, co odnosiłoby się do wiecznie tych samych kontaktów towarzyskich i pracy zawodowej.

Zaprowadziłem konia do stajni.

Miasto, w którym czuło się poranną świeżość i leciutką aurę święta, uchylało okien i wysypywało na ulice paradny kolorowy tłum, który spieszył do kościoła lub wypełniał powozy sunące w różnych kierunkach.

Na ulicy kłaniałem się niektórym przechodzącym damom i panienkom, znanym mi przeważnie poprzez kontakty z ich mężami lub ojcami.

Niezadługo wdałem się w małą awanturkę.

Jakaś nieznana dama w mantyli, nadchodząca z przeciwległej strony w towarzystwie dwóch Mulatek, rzuciła mi przeciągłe spojrzenie. Sądząc, że ją zainteresowałem, usunąłem się na bok i złożyłem głęboki ukłon, na który nie odpowiedziała. Nagle zapragnąłem jej – zapragnąłem kobiety – i przystanąłem czekając, aż obróci się lub każe to uczynić którejś ze swych służących. Czekałem na próżno, wyglądało na to, że po prostu przestała się mną interesować, ale nie dałem za wygraną, nie mogłem pozwolić jej odejść bez wyjaśnienia przyczyny, dla której spojrzała na mnie tak uporczywie, i bez wahania poszedłem za nią. Ostrzeżona przez jedną ze służących, dama przyspieszyła kroku, lecz nie była w stanie zostawić mnie w tyle. Już prawie biegła, ja również, chociaż obydwoje w dalszym ciągu zachowywaliśmy godność. Była to zuchwała zaczepka i wiedziałem dobrze, że z góry jestem na straconych pozycjach, choćby dlatego tylko, że wykazałem brak taktu. Jednak nie ustępowałem i wkrótce dzieliła nas już odległość zaledwie paru metrów. Wtedy właśnie w grupie osób statecznych i nieskazitelnych wychodzących z bramy jednego z domów rozpoznałem pewną ustosunkowaną rodzinę, z którą utrzymywałem ożywione kontakty towarzyskie. Musiałem zatrzymać się, by ich przywitać. Później długo jeszcze błąkałem się po ulicach, lecz na uciekinierkę nie natknąłem się więcej.

Ale już połknąłem haczyk.

Szukałem miejsc, gdzie przechodziło najwięcej kobiet, spieszących czy to do kościoła, czy z wizytą, i kłaniałem się wszystkim damom, które nie szły w asyście mężczyzn. Jeżeli były to moje znajome, starałem się znaleźć w ich twarzy coś więcej niż zwykłą uprzejmość, jeżeli nie – czekałem, czy ich reakcja na moje z lekka uwodzicielskie zachowanie nie zdradzi gotowości zejścia na złą drogę.

Byłem podniecony i wyczulony na najdrobniejszy znak, zdecydowany zaczepić którąkolwiek z nich i poczynać sobie coraz zuchwalej, byle doprowadzić do zwycięstwa. Byłem zmęczony i spocony; chodziłem tam i z powrotem już godzinę albo dłużej. Na ulicy było coraz mniej przechodniów, aż w końcu ruch ustał niemal zupełnie. Zbliżała się pora obiadu i mój żołądek również zaczynał dopominać się o swoje prawa.

Kiedy postawiono przede mną talerz z serem i dzban wina, pomyślałem, ileż żon opowiada w tym momencie przy stole swoim mężom o zbyt śmiałym zachowaniu asesora sądowego, którym były niepomiernie zdziwione. Zasiałem ziarna niepotrzebnej zazdrości, której skutków nie bylem w stanie przewidzieć.

Potępiałem własne rozpasanie, ale jednocześnie czułem, że jest to coś nie do opanowania, że rozbuchanej krwi nie wstrzymają żadne wędzidła. Należało opamiętać się, zadać sobie pokutę.

Zamknąłem się w celi mojego pokoju. Sen jednak nie przychodził. Myślałem o pocałunkach Lucjany i choć w nich właśnie dopatrzyłem się przyczyny mojego stanu, na nowo przeżywałem je w wyobraźni w najdrobniejszych szczegółach przywołując na pamięć uczucia, jakie rozpętały.

Antonio di Benedetto, Zama, tłum. Zofia Chądzyńska, Kraków 1976, ss. 53-55.