Półnagi i półślepy, poszedłem do łazienki rzygnąć

Kiedy obudziłem się w sobotni ranek w naszym wielkim łożu, za oknem było czarne niebo i gwiazdy. Nie było jeszcze szóstej. Nadal czułem ból w kostce, bardziej ćmiący i rwący niż poprzednio. Pospiesznie założony bandaż rozwinął się w nocy i na prześcieradle widniała plama zakrzepłej krwi w kształcie Japonii. Leżałem przez chwilę, unosząc się i wirując na fali kaca, trzymając się kurczowo materaca i szczątków ostatniego snu. Zdążyłem już zapomnieć większość szczegółów, ale nadal pamiętałem ogólne jego tło czy też główny temat, którym było ciemne królestwo tajemnicy i pikanterii, ukryte w rozchyleniu ud Hannah Green. Głośno jęknąłem, zacisnąłem zęby i zacząłem wykonywać głębokie oddechy wedle wskazań jogi. Po kilku rozpaczliwych minutach poddałem się, a potem, półnagi i półślepy, poszedłem do łazienki rzygnąć.

Minęło kilka lat od czasu mojego ostatniego poalkoholowego kaca i stwierdziłem, że wyszedłem z wprawy – zamiast spokojnie się poddać, walczyłem z nim i kiedy skończyłem z pawiem, leżałem przez długi czas na posadzce obok sedesu, jak skarcony nastolatek, czujący się samotny i nic nie wart. Potem się podniosłem. Założyłem okulary, wszedłem w mokasyny i przywdziałem mój przynoszący mi szczęście płaszcz kąpielowy, dzięki czemu poczułem się nieco lepiej. Jak większość składników mojej garderoby, płaszcz ten należał do kogoś innego. Znalazłem go w szafie na piętrze domu plażowego w Gearhart w Oregonie, który wynająłem na lato z Evą B. od portlandzkiej rodziny o nazwisku Knopflmacher. Była to rzecz o imponujących rozmiarach, z białej szenili, wytarta na łokciach, z różowymi i czerwonymi kwiatami geranium wyhaftowanymi na kieszeniach, i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że należała do pani Knopflmacher. Od tamtej pory nie mogłem napisać ani słowa, mając cokolwiek innego na grzbiecie. W jednej z kieszeni znalazłem teraz, ku mojej uciesze, do połowy spalonego skręta i książeczkę zapałek El Producto. Stanąłem w oknie sypialni wychodzącym na wschód, paląc skręta do ostatniej drobiny popiołu i wypatrując na niebie oznak świtu.

Michael Chabon, Cudowni chłopcy, tłum. Andrzej Jankowski, Poznań 2003, ss. 119-120.