Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie

Jean Fouquet Virgin of Melun 1415–1481

W tej niepojętej chwili, w której wybrałem swój los, nie wiedziałem, iż zakładał, że zakocham się w Marii Magdalenie. Będę ją zresztą nazywał Magdaleną: nie przepadam za podwójnymi imionami i sądzę, że nazywanie jej Marią z Magdali byłoby męczące. Wykluczam nazywanie jej po prostu Marią. Mylenie imion kochanej osoby i własnej matki nie jest szczególnie godne polecenia.

W miłości nie ma związku przyczynowego, ponieważ się nie wybiera. Powody wymyślamy potem, dla przyjemności. Zakochałem się w Magdalenie, gdy tylko ją ujrzałem. Moglibyśmy się spierać: jeśli zmysł wzroku odegrał tę rolę, można by uznać za powód nadzwyczajną urodę Marii. Faktem jest, że milczała, a zatem widziałem ją, zanim ją usłyszałem. Głos Magdaleny jest jeszcze piękniejszy niż jej postać: gdybym ją poznał słuchem, skutek byłby ten sam. Gdybym kontynuował ten wywód, przywołując trzy pozostałe zmysły, byłbym nieprzyzwoity.

Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie. To, że ona zakochała się we mnie, jest czymś nadzwyczajnym. A jednak tak właśnie się stało w sekundzie, w której mnie zobaczyła.

Opowiadaliśmy sobie tę historię setki razy, dobrze wiedząc, że ta fikcja nam się wymknęła. Uczyniliśmy słusznie: to nam przyniosło nieskończoną radość.

– Kiedy ujrzałem twoją twarz, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nie wiedziałem, że takie piękno jest możliwe. A potem na mnie spojrzałaś i było jeszcze gorzej: nie wiedziałem, że można patrzeć w taki sposób. Gdy na mnie patrzysz, trudno mi oddychać. Czy na wszystkich patrzysz w ten sposób?

– Nie sądzę. Nie jestem z tego znana. Kocioł przygania garnkowi, a sam smoli. To twoje spojrzenie jest sławne, Jezusie. Ludzie pielgrzymują, żebyś na nich spojrzał.

– Na nikogo nie patrzę tak jak na ciebie.

– Mam nadzieję.

Miłość skupia w sobie pewność i zwątpienie: mamy pewność, że jesteśmy kochani, a jednak w to wątpimy, nie na przemian, lecz równocześnie, i to nas niepokoi. Gdybyśmy chcieli się pozbyć tych wewnętrznych rozterek, zadając tysiące pytań ukochanej osobie, zaprzeczalibyśmy skrajnie ambiwalentnej naturze miłości.

Magdalena znała już wielu mężczyzn, a ja nie znałem żadnej kobiety. Jednak nasz brak doświadczenia stawiał nas na równi. W obliczu tego, co nam się przydarzyło, byliśmy nieświadomi jak para noworodków. Cała sztuka polega na akceptacji tego konwulsyjnego stanu z entuzjazmem. Ośmielę się powiedzieć, że jestem w tym niezrównany, Magdalena również. Jej przypadek jest bardziej godny podziwu: mężczyźni przyzwyczaili ją do najgorszego, a mimo to nie stała się nieufna. Zasługuje na najwyższe uznanie.

Jak mi jej brakuje! Przywołuję ją w myślach, ale to niczego nie zmienia. Może byłoby bardziej stosowne, gdybym się wzbraniał przed tym, by mnie ujrzała w takiej sytuacji. Niemniej dałbym wszystko, żeby ją znów zobaczyć i przytulić.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy

Zawsze ‌wiedziałem, ‌że skażą ‌mnie na śmierć. Jednak ‌to ‌przeświadczenie ma pewną ‌zaletę, ‌pozwala mi skupić uwagę ‌na ‌tym, co jest tego ‌warte: ‌na szczegółach.

Myślałem, że mój ‌proces będzie ‌parodią wymiaru ‌sprawiedliwości. ‌Tak właśnie się stało, ‌choć ‌spodziewałem się czegoś innego. ‌Wyobrażałem sobie, ‌że to będzie czysta ‌formalność, ‌sprawa załatwiona od ręki, ‌a oni urządzili ‌prawdziwe igrzyska. Prokurator przewidział ‌wszystko.

Świadkowie ‌oskarżenia ‌stawiali się jeden ‌po drugim. Nie mogłem ‌uwierzyć ‌własnym oczom, gdy ‌zobaczyłem ‌nowożeńców z Kany, dla których ‌uczyniłem ‌pierwszy ‌cud.

– Ten człowiek jest ‌zdolny przemieniać wodę w wino ‌– ‌oświadczył z powagą małżonek. ‌– A jednak czekał ‌do końca wesela, ‌żeby objawić ‌swą moc. ‌Bawił się ‌naszym lękiem i naszym poniżeniem, ‌a przecież ‌z łatwością mógł ‌nam oszczędzić ‌jednego i drugiego. To ‌z jego powodu ‌podaliśmy najlepsze wino po ‌przeciętnym. Zostaliśmy ‌pośmiewiskiem wioski.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy. Wytrzymał ‌to spojrzenie, ‌pewny swoich racji.

Urzędnik ‌królewski opowiadał, ‌że uzdrawiając ‌mu syna, wykazałem ‌złą wolę.

– Jak obecnie miewa ‌się ‌pański syn? – musiał ‌koniecznie spytać ‌mój adwokat, przydzielony z urzędu ‌i nieporadny ‌do granic możliwości.

– Bardzo ‌dobrze. ‌Wielka mi zasługa! ‌Ma w sobie ‌magiczną moc, ‌wystarczy ‌mu jedno słowo.

Trzydziestu siedmiu ‌cudownie ‌uzdrowionych zaczęło ‌publicznie prać ‌swoje brudy. Najbardziej ‌mnie rozbawił ‌eksopętaniec z Kafarnaum:

– Od czasu tych ‌egzorcyzmów moje ‌życie jest takie pospolite!

Były ‌ślepiec ‌poskarżył się na ‌brzydotę ‌świata, oczyszczony z trądu ‌oświadczył, że ‌nikt nie ‌daje ‌mu już jałmużny, syndykat ‌rybaków ‌znad Jeziora Tyberiadzkiego ‌zarzucił ‌mi, że faworyzowałem ‌jedną ekipę, ‌wykluczając inne; Łazarz ‌opisał, jak ‌okropnie jest żyć z trupim ‌odorem ‌na skórze.

Najwyraźniej ‌nie ‌było potrzeby posuwać się ‌do ‌przekupstwa ani ‌ich zachęcać. ‌Wszyscy przyszli, by ‌świadczyć przeciwko ‌mnie, ‌z własnej i nieprzymuszonej woli. ‌Niejeden stwierdził, że poczuł ‌wielką ‌ulgę, mogąc wreszcie ‌wylać swe ‌żale w obecności winnego

W obecności winnego.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.