Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie

Jean Fouquet Virgin of Melun 1415–1481

W tej niepojętej chwili, w której wybrałem swój los, nie wiedziałem, iż zakładał, że zakocham się w Marii Magdalenie. Będę ją zresztą nazywał Magdaleną: nie przepadam za podwójnymi imionami i sądzę, że nazywanie jej Marią z Magdali byłoby męczące. Wykluczam nazywanie jej po prostu Marią. Mylenie imion kochanej osoby i własnej matki nie jest szczególnie godne polecenia.

W miłości nie ma związku przyczynowego, ponieważ się nie wybiera. Powody wymyślamy potem, dla przyjemności. Zakochałem się w Magdalenie, gdy tylko ją ujrzałem. Moglibyśmy się spierać: jeśli zmysł wzroku odegrał tę rolę, można by uznać za powód nadzwyczajną urodę Marii. Faktem jest, że milczała, a zatem widziałem ją, zanim ją usłyszałem. Głos Magdaleny jest jeszcze piękniejszy niż jej postać: gdybym ją poznał słuchem, skutek byłby ten sam. Gdybym kontynuował ten wywód, przywołując trzy pozostałe zmysły, byłbym nieprzyzwoity.

Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie. To, że ona zakochała się we mnie, jest czymś nadzwyczajnym. A jednak tak właśnie się stało w sekundzie, w której mnie zobaczyła.

Opowiadaliśmy sobie tę historię setki razy, dobrze wiedząc, że ta fikcja nam się wymknęła. Uczyniliśmy słusznie: to nam przyniosło nieskończoną radość.

– Kiedy ujrzałem twoją twarz, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nie wiedziałem, że takie piękno jest możliwe. A potem na mnie spojrzałaś i było jeszcze gorzej: nie wiedziałem, że można patrzeć w taki sposób. Gdy na mnie patrzysz, trudno mi oddychać. Czy na wszystkich patrzysz w ten sposób?

– Nie sądzę. Nie jestem z tego znana. Kocioł przygania garnkowi, a sam smoli. To twoje spojrzenie jest sławne, Jezusie. Ludzie pielgrzymują, żebyś na nich spojrzał.

– Na nikogo nie patrzę tak jak na ciebie.

– Mam nadzieję.

Miłość skupia w sobie pewność i zwątpienie: mamy pewność, że jesteśmy kochani, a jednak w to wątpimy, nie na przemian, lecz równocześnie, i to nas niepokoi. Gdybyśmy chcieli się pozbyć tych wewnętrznych rozterek, zadając tysiące pytań ukochanej osobie, zaprzeczalibyśmy skrajnie ambiwalentnej naturze miłości.

Magdalena znała już wielu mężczyzn, a ja nie znałem żadnej kobiety. Jednak nasz brak doświadczenia stawiał nas na równi. W obliczu tego, co nam się przydarzyło, byliśmy nieświadomi jak para noworodków. Cała sztuka polega na akceptacji tego konwulsyjnego stanu z entuzjazmem. Ośmielę się powiedzieć, że jestem w tym niezrównany, Magdalena również. Jej przypadek jest bardziej godny podziwu: mężczyźni przyzwyczaili ją do najgorszego, a mimo to nie stała się nieufna. Zasługuje na najwyższe uznanie.

Jak mi jej brakuje! Przywołuję ją w myślach, ale to niczego nie zmienia. Może byłoby bardziej stosowne, gdybym się wzbraniał przed tym, by mnie ujrzała w takiej sytuacji. Niemniej dałbym wszystko, żeby ją znów zobaczyć i przytulić.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy

Zawsze ‌wiedziałem, ‌że skażą ‌mnie na śmierć. Jednak ‌to ‌przeświadczenie ma pewną ‌zaletę, ‌pozwala mi skupić uwagę ‌na ‌tym, co jest tego ‌warte: ‌na szczegółach.

Myślałem, że mój ‌proces będzie ‌parodią wymiaru ‌sprawiedliwości. ‌Tak właśnie się stało, ‌choć ‌spodziewałem się czegoś innego. ‌Wyobrażałem sobie, ‌że to będzie czysta ‌formalność, ‌sprawa załatwiona od ręki, ‌a oni urządzili ‌prawdziwe igrzyska. Prokurator przewidział ‌wszystko.

Świadkowie ‌oskarżenia ‌stawiali się jeden ‌po drugim. Nie mogłem ‌uwierzyć ‌własnym oczom, gdy ‌zobaczyłem ‌nowożeńców z Kany, dla których ‌uczyniłem ‌pierwszy ‌cud.

– Ten człowiek jest ‌zdolny przemieniać wodę w wino ‌– ‌oświadczył z powagą małżonek. ‌– A jednak czekał ‌do końca wesela, ‌żeby objawić ‌swą moc. ‌Bawił się ‌naszym lękiem i naszym poniżeniem, ‌a przecież ‌z łatwością mógł ‌nam oszczędzić ‌jednego i drugiego. To ‌z jego powodu ‌podaliśmy najlepsze wino po ‌przeciętnym. Zostaliśmy ‌pośmiewiskiem wioski.

Patrzyłem mojemu oskarżycielowi ‌spokojnie ‌prosto w oczy. Wytrzymał ‌to spojrzenie, ‌pewny swoich racji.

Urzędnik ‌królewski opowiadał, ‌że uzdrawiając ‌mu syna, wykazałem ‌złą wolę.

– Jak obecnie miewa ‌się ‌pański syn? – musiał ‌koniecznie spytać ‌mój adwokat, przydzielony z urzędu ‌i nieporadny ‌do granic możliwości.

– Bardzo ‌dobrze. ‌Wielka mi zasługa! ‌Ma w sobie ‌magiczną moc, ‌wystarczy ‌mu jedno słowo.

Trzydziestu siedmiu ‌cudownie ‌uzdrowionych zaczęło ‌publicznie prać ‌swoje brudy. Najbardziej ‌mnie rozbawił ‌eksopętaniec z Kafarnaum:

– Od czasu tych ‌egzorcyzmów moje ‌życie jest takie pospolite!

Były ‌ślepiec ‌poskarżył się na ‌brzydotę ‌świata, oczyszczony z trądu ‌oświadczył, że ‌nikt nie ‌daje ‌mu już jałmużny, syndykat ‌rybaków ‌znad Jeziora Tyberiadzkiego ‌zarzucił ‌mi, że faworyzowałem ‌jedną ekipę, ‌wykluczając inne; Łazarz ‌opisał, jak ‌okropnie jest żyć z trupim ‌odorem ‌na skórze.

Najwyraźniej ‌nie ‌było potrzeby posuwać się ‌do ‌przekupstwa ani ‌ich zachęcać. ‌Wszyscy przyszli, by ‌świadczyć przeciwko ‌mnie, ‌z własnej i nieprzymuszonej woli. ‌Niejeden stwierdził, że poczuł ‌wielką ‌ulgę, mogąc wreszcie ‌wylać swe ‌żale w obecności winnego

W obecności winnego.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Zaduch zmarłych

Zrywanie się, biegnięcie i znów siedzenie bez ruchu, na tym właściwie wyczerpywało się jego dzieciństwo. Są w nim pokoje z zaduchem zmarłych. Łóżka, które, rozesłane, tchną zapachem martwych. To czy inne słowo, które nadciągało przez korytarze, szumnie, słowo „nigdy” na przykład, inne: „szkoła”, słowo „śmierć” i „pogrzeb”. Całymi latami prześladowały go te słowa, zbijały z tropu, „wciągały w okropne stany”. Potem wydawały mu się znów niczym śpiew w niesamowitym samoczynnym ruchu: słowo „pogrzeb” ku cmentarzowi, daleko ponad cmentarz i ponad wszystkie cmentarze, w nieskończoność, w wyobrażenie, jakie ludzie mają o nieskończoności. – Moje wyobrażenie nieskończoności jest takie samo jak to, które miałem w wieku trzech lat. A nawet wcześniej. Zaczyna się ona tam, gdzie oczy nie sięgają. Gdzie nic nie sięga. I nie zaczyna się nigdy. – Dzieciństwo przyszło do niego, „jak przychodzi do domu człowiek ze starymi opowieściami, które są straszniejsze, niż można sobie wyobrazić, niż można odczuć, niż można znieść: i których, ponieważ słyszy się je stale, nigdy się nie słyszało. Jeszcze nigdy”. Dla niego dzieciństwo zaczyna się po lewej stronie drogi i prowadzi stromo w górę. – Odtąd myślałem wciąż o tym, że runę w dół. Że mogę runąć w dół. Pragnąłem tego i podejmowałem rozmaite próby w tym kierunku… ale nie wolno robić takich prób. Jest to z gruntu fałszywe. – Ciotki swymi szkaradnymi długimi rękami wciągały go do kostnicy, unosiły go wysoko ponad pozłacaną balustradę, żeby mógł zajrzeć głęboko do trumien. Wciskały mu w rękę kwiaty dla zmarłych, wciąż musiał je wąchać i wciąż słuchać: „Cóż to był za człowiek! Jak ona pięknie wygląda! W co go ubrali po śmierci! Patrz! Patrz!”. Zanurzały go „bezlitośnie w morzu rozkładu”. W pociągach słyszał siebie mówiącego: „naprzód”. W długie noce lubił szparę w uchylonych drzwiach pokoju dziadków, gdzie jeszcze pali się światło, gdzie jeszcze się opowiada, gdzie jeszcze się czyta. Napawał się ich wspólnym snem. Tym, że w jego odczuciu „spali razem jak owce”. Związani ze sobą oddechem. Ranki wstają nad żytniskiem. Nad jeziorem. Nad rzeką. Nad lasem. Zstępują ze wzgórz. W świeżym wietrze głosy ptaków. Wieczory tonące w trzcinie i milczeniu, do którego wygłasza swoje pierwsze modlitwy. Rżenie koni rozdziera ciemność. Przerażają go pijacy, furmani, nietoperze. Trzej martwi koledzy szkolni na drodze. Wywrócona łódka, do której topielec nie zdołał już dotrzeć. Olbrzymie bloki sera mają dość siły, by go przygnieść. Ukryty w piwnicy browaru boi się. Pośród nagrobków bawią się w grę, która polega na tym, że jeden rzuca liczby drugiemu. Trupie czaszki lśnią w słońcu. Drzwi otwierają się i zamykają. Na plebaniach jedzą. W kuchniach gotują. W rzeźniach szlachtują. W piekarniach pieką. W szewskich warsztatach łatają buty. W szkołach uczą: przy otwartych oknach, tak że człowieka ciarki przechodzą. Procesje ukazują kolorowe oblicza. Dzieci podawane do chrztu patrzą głupkowato. Za sprawą biskupa wszyscy wiwatują. Na nasypie mylą się kolejarskie czapki, co wywołuje śmiech mężczyzn, którzy mają na sobie tylko spodnie robocze, nic więcej. Pociągi. Światła pociągów. Glisty i chrząszcze. Orkiestry dęte. Potem wielcy ludzie na wielkich drogach: pociąg, od którego drży świat. Myśliwi zabierają go na polowania. Liczy ustrzelone kuropatwy, martwe kozice, położone jelenie. Zwierzyna płowa, zwierzyna czarna, co za rozróżnienia! Zwierzyna gruba. Zwierzyna drobna. Śnieg, który pada na wszystko. Życzenia z ósemką, życzenia z trzynastką. Rozczarowania, od których pościel wilgotnieje. Strumienie łez wobec tego, co niepojęte! Choć niespełna sześcioletni dopiero, a już w takim niemiłosierdziu!

Miasta burzące się przeciwko swoim wynalazcom.

– Dzieciństwo biegnie wciąż za człowiekiem jak mały pies, który był kiedyś wesołym towarzyszem, a którego trzeba teraz pielęgnować i kurować, dawać mu tysiące leków, żeby nie umarł niepostrzeżenie. – Podąża ono wzdłuż rzek i zapuszcza się w górskie wąwozy. Wieczór, jeśli mu pomóc, konstruuje najdroższe i najbardziej zawiłe kłamstwa. Nie chroń nikogo przed bólem i oburzeniem. Przyczajone koty przecinają człowiekowi drogę mrocznymi myślami. Jak jego, tak i mnie wciągały pokrzywy na krótkie chwile w diabelską rozpustę. Jak on, tak i ja kruszyłem strach malinami, jeżynami. Stado wron ukazywało śmierć w ułamku sekundy. Deszcz przynosił wilgoć i zwątpienie. Radość wysnuwała się z koron szczawi. – Kołdra śniegu okrywała ziemię jak dziecko. – Nie było zakochania, śmieszności, ofiary. – W klasach szkolnych układały się proste myśli, bezustannie. – Potem miejskie sklepy ze swoim mięsnym zapachem. Fasady i mury, nic tylko fasady i mury, aż znów trafiało się na wieś, często niespodziewanie, z dnia na dzień. Gdzie znów zaczynały się łąki, żółte, zielone; brązowe pola, czarne lasy. Dzieciństwo: strząsane z drzewa, tyle owoców i ani chwili dla nich! Tajemnica jego dzieciństwa jest tylko w nim samym. Dzikie wyrastanie, tam gdzie były konie, ptactwo, mleko i miód. Potem znów: uprowadzenie z tego pierwotnego stanu, przykucie do zamysłów, które go przerastały. Plany wobec niego. Utysiąckrotnione możliwości, które kurczą się do zapłakanego popołudnia. Do trzech, czterech pewności. Niezmiennych. Do trzech, czterech zasad. Prawideł. – Jak wcześnie można wytworzyć w sobie odrazę. Już dziecko dąży do wszystkiego bez słowa. I nic nie osiąga. – Dzieci są przecież dużo bardziej dociekliwe niż dorośli. – Wywlekacze historii. Bez skrupułów. Karciciele historii. Wydobywacze klęsk. Bezwzględni jak nikt. – Dziecko, zanim jeszcze potrafi obchodzić się z chustkami do nosa, jest zabójcze dla wszystkiego. Często – jak i dla mnie – jest to dla niego cios, kiedy doznaje wrażenia, którego doświadczył jako dziecko, a które, wywołane przez jakiś zapach czy barwę, nie pamięta już samego siebie. – W takiej chwili jest się przeraźliwie samotnym.

Thomas Bernhard, Mróz, tłum. Sławomir Błaut, Czytelnik 2020.

Rozejrzyj się wkoło. Horyzont w drgawkach, bezkształtny

“Poprzez flanelowe równiny i asfaltowe grafy, i horyzonty z giętej rdzy, w poprzek tabaczkowobrunatnej rzeki z brzegami w schylonych w szlochu drzewach, rzucających w nurt monety wpadającego przez liście światła w dolnym biegu, do miejsca za wiatrochronem, gdzie niezaorane pola smażą się wściekle w przedpołudniowym upale: sorgo, komosa, zamokrzyca, kolcorośl, cibora, bieluń dziędzierzawa, mięta polna, mniszek, wyczyniec, winorośl, dzika kapusta, nawłoć, bluszczyk kurdybanek, zaślaz, pokrzyk, ambrozja, owsik, wyka, myszopłoch kolczasty, wgłobione samosiejki fasoli – wszystkie główki wdzięcznie raz w górę, raz w dół w porannej bryzie, jak pod łagodną dłonią matki głaszczącą cię po policzku. Strzała szpaków spod strzechy wiatrochronu. Migotanie rosy, która nie rusza się z miejsca i paruje jak dzień długi. Słonecznik, jeszcze cztery, jeden schylony, no i konie w oddali, sztywne i nieruchome jak zabawki. Wszystko skinieniem na tak. Elektryczne odgłosy owadów przy pracy. Światło barwy piwa i blade niebo, i floresy cirrusów wysoko tak, że nie rzucają cienia. Owady nie tracą czasu – przez cały ten czas. Kwarc i rogowiec, i łupek metamorficzny, i rdzawe strupy chondrytów w granicie. Bardzo stara ziemia. Rozejrzyj się wkoło. Horyzont w drgawkach, bezkształtny. Wszyscyśmy sobie braćmi.Nadlatują wrony, trzy albo cztery, nic wielkiego, szybują bezgłośnie w skupieniu, ciągnąc za ziarnem w stronę drutu pastwiska, za którym jeden koń obwąchuje zad drugiego, a ten usłużnie unosi ogon.Marka twoich butów odciśnięta w rosie. Powiew lucerny. Skrzypienie skarpetek. Suchy chrzęst wewnątrz przepustu. Zardzewiały drut i poprzechylane słupki – bardziej symbol ograniczenia niż właściwy płot. ZAKAZ POLOWAŃ. Szum na międzystanówce za wiatrochronem. Wrony z pastwiska – a figura każdej wyznacza inny kąt – przewracają placki na drugą stronę, by dostać się do robaków pod spodem – kształty robaków wytłoczone w gnoju i wypalane na słońcu przez cały dzień, utrwalone, drobne bezrefleksyjne linie w rzędach i pierścienie, niedomknięte, bo też głowa nigdy naprawdę nie dotyka ogona. Czytaj z tego.”

David Foster Wallace, Blady król, tłum. Mikołaj Denderski, WAB 2019


Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

English professor’s ass

My English professor’s ass was so beautiful. It was perfect and full as she stood at the board writing some important word. Reality or perhaps illusion. She opened the door. With each movement of her arms and her hand delicately but forcefully inscribing the letters intended for our eyes her ass shook ever so slightly. I had never learned from a woman with a body before. Something slow, horrible and glowing was happening inside me. I stood on the foothills to heaven. She opened the door.

There were a bunch of us in Eva Nelson’s world literature class who had gone to catholic school. Nobody was that different, 18-year-old kids who had grown up going to the Blessing of the Fleet, hooting and drinking beer, who went to Sacred Heart, who played against Our Lady. Hardly anyone in the class was really that different. Everyone it seemed to me lived in a roughly catholic world. But those of us who knew nothing else–we were especially visible. When we had a thought, an exciting thought we’d go: Sst. Sst. Like a batch of little snakes. We meant “Sister.” Sister, pay attention to me. Call me now.

Eva Nelson had been teaching Pirandello. What we really are considering here: and now she faced us with her wonderful breasts. I know that a woman when she is teaching school begins to acquire a wardrobe that is slightly different from her daily self. How she exposes herself to the world. For instance later in the semester I went to a party at her house in Cambridge and she sat on her couch in her husband’s shirt. He was a handsome and distant young man named Gary, he was the Nelson and she wore his shirt and you really couldn’t see her breasts at all but she had a collection of little jerseys, tan and peach, pale gold and one was really white I think. Generally she dressed in sun tones–nothing cool, nothing blue. Nothing like the airy parts of the sky, but the hot and distant tones of the sun and her breasts were in front of me, I was looking at her face and I knew I was alive.

Eileen Myles, Inferno.

Babitz: For great sex, get a vibrator

There’s one thing about being in a bad relationship for longer than you should just for sex: when you get out, all you can think about is sex, and my advice to you is—for great sex, get a vibrator (or do it yourself), and remember how fabulous it was; don’t go trying to get the person back, or you’ll wind up a skull in the desert outside the Bagdad Cafe.

Eve Babitz, Black Swans.

Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie

image

STEVE HARRIS Zaraz po incydencie z siecią Hudson’s i MC5 poszedłem na koncert Iggy’ego & The Stooges, który odbywał się w The New York State Pavilion na terenie Targów Światowych na Queensie. Iggy występował w Nowym Jorku po raz pierwszy. Spojrzał na widownię, podłubał w nosie, ktoś cisnął w niego puszką po piwie, Iggy odrzucił ją, zaśpiewał parę wersów, potem w jego stronę poleciała butelka, która się rozbiła, a on rzucił się na scenę i poturlał po szkle, raniąc się na całym ciele.

ALAN VEGA Na scenę wyszedł gość z blond grzywką, przypominający Briana Jonesa. Z początku myślałem w ogóle, że to laska. Miał na sobie poszarpane dżinsy i komicznie wyglądające mokasyny. Wpatrywał się dziko w tłum, a jego wzrok mówił: „Wszyscy wypierdalać!”. The Stooges ruszyli z jednym ze swoich kawałków, a zaraz potem Iggy skoczył ze sceny na beton i zaczął się ciąć rozwaloną gitarą. To nie była inscenizacja, w tym nie było nic z teatru. Teatralny był Alice Cooper z całą swoją oprawą. Z Iggym było inaczej. On nie udawał. To był prawdziwek. Koncert Iggy’ego zakończył się po dwudziestu minutach, a potem jakiś jebany geniusz wpadł na pomysł, żeby puścić z głośników Koncert brandenburski Bacha. Publika obrzucała scenę butelkami i różami. To było coś pięknego, daję słowo. Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie, bo dzięki niemu uświadomiłem sobie, że wszystko, co do tej pory robiłem, to badziewie.

(…)

IGGY POP Kiedy przyjechaliśmy do Nowego Jorku, żeby zagrać w Ungano’s, spotkałem się z Billem Harveyem, szefem Elektry, i powiedziałem mu: „Nie jestem w stanie dawać czterech koncertów jeden po drugim bez dragów –i mam na myśli ciężkie dragi. Będzie to kosztować tyle i tyle, potem ci zwrócimy…”. Normalna propozycja biznesowa, no nie? A on patrzy na mnie, jakby mówił: „Chyba się przesłyszałem!”. Ja zaś złożyłem mu oficjalną propozycję i w moim odczuciu było to całkiem logiczne rozwiązanie. Więc spytałem: „Co w tym złego?”.

(…)

RON ASHETON Za każdym razem, gdy graliśmy w Nowym Jorku, na koncert przychodził jeden facet i tak zupełnie z własnej woli przynosił dla The Stooges buteleczkę koksu. Siedzimy więc sobie na backstage’u z Milesem Davisem, a tu wreszcie zjawia się ten koleś i po prostu rzuca towar na stół. Mieliśmy już przygotowane słomki. Tylko sobie wyobraź tę scenę, bo jest przednia: głowa Milesa Davisa tuż obok głów całej ekipy The Stooges i wszyscy jak na komendę wciągają ścieżkę. Po prostu opychaliśmy się tym jebanym proszkiem. Później Miles Davis powiedział: „The Stooges to oryginały –mają w sobie ducha”, czy coś w tym stylu. To było wspaniałe. Stary, moja głowa obok głowy Milesa Davisa!

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

My loneliness. Is killing me.

The most prominent part of Spears’s personal brand has always been that she is like a virgin, vacillating absolutely inconsistently between performing as an adolescent girl and as a sexually mature woman. Part of her “little girl” act is pretending not to understand the sexual attention she elicits. “All I did was tie up my shirt!” she told Rolling Stone in 1999 about the “… Baby One More Time” video. “I’m wearing a sports bra under it. Sure, I’m wearing thigh-highs, but kids wear those—it’s the style. Have you seen MTV—all those in thongs?” 

And yet Spears has been remarkably self-aware—even calculating—about the conflicts in her persona. Her hit “I’m Not a Girl, Not Yet a Woman,” from her coming-of-age movie Crossroads, is the most blatant expression of this trope, or maybe it’s the “Oops! … I Did It Again” video, where eighteen-year-old Spears dances in a skintight red vinyl bodysuit and sings, “I’m not that innocent.”

There is no doubt that her personal contradictions are heightened by the brilliant, dissonant images in her music videos. People have credited the “… Baby One More Time” video with all of the song’s success, a sixteen-year-old brashly seizing on a naughty schoolgirl porno fantasy and immediately positioning herself at the center of the national imagination. “Is Spears bubblegum jailbait, jaded crossover diva or malleable Stepford teen?” Rolling Stone asked in 1999. “Who knows? Whether by design or not, the queen of America’s new Teen Age is a distinctly modern anomaly: the anonymous superstar.”

In “Overprotected,” released ten days after Spears’s twentieth birthday, she makes several startling complaints. “I tell them what I like, what I want, what I don’t,” she sings. “But every time I do, I stand corrected.” She’s singing not as a post-adolescent coming into her own, but as a woman who has been guarded and controlled by handlers since she was fifteen. She is self-aware in performing not only the naughty schoolgirl but also the anonymous superstar, her body a projection screen that all of the world’s desires can flicker across. 

Her early hit “Lucky” is an unsubtle allegory about a starlet named Lucky who dreams of escaping fame. How perverse that Martin would write this song for Spears, and her managers would agree that she should record it, then release it as a single and profit off it. “She’s so lucky,” Spears sings, “she’s a star / But she cry, cry, cries in her lonely heart.” When we confront it, this sadness is so much more dissonant than the sex in her videos. My loneliness. Is killing me. My loneliness. Is killing me.

(…)

I’m not reading too much into the song. Pop music can speak deep truths because it is simple, because the truest truths are simple. What isn’t simple is a sixteen-year-old in her expected setting—a high school—singing about grown-up desperation. Or an artist whose greatest creative preoccupation seems to be a smiling sadomasochism—“hit me baby” and vinyl bodysuits, the giant snake on her shoulders as she sang “I’m a Slave 4 U”—being labeled as “America’s Sweetheart.” Or a woman hunted by paparazzi who photographed her working out, going to Starbucks, driving recklessly with her son on her lap, shaving her head; who photographed her genitals as she got out of her limo for an audience that loved her almost to death.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.