– Pierwsze, co mi się u ciebie spodobało – powiedziała Lydia – to brak telewizora. Mój były mąż oglądał telewizję co wieczór i przez całe weekendy. Musieliśmy nawet dostosowywać nasze ciupcianie do programu telewizyjnego.

– Mhm…

– W twoim mieszkaniu spodobało mi się też to, że zawsze panuje tam koszmarny bajzel. Butelki po piwie walają się po podłodze. Wszędzie leżą śmierci. Brudne naczynia, niedomyty sedes, zacieki w wannie. W umywalce pełno zardzewiałych żyletek. Wiedziałam, że strzelisz minetę.

Charles Bukowski, Kobiety, Warszawa 2008, s. 30.

Jeśli ktoś nie chce mówić o sobie, romantycznie i lirycznie uogólniać swojej osobowości, jeśli nie czuje się zmuszony, aby opowiedzieć szczerze o swych nadziejach i porażkach, o tym, jak sypia z kobietami – jak gdyby prawdomówność mogła to wszystko podnieść do rangi uogólnienia, nie zaś w sferę medycyny lub w najlepszym razie psychologii – jeśli ktoś nie chce tego robić, woli zaś dyskretnie pozostać w cieniu, ukrywając taktownie sprawy osobiste, wpatrzony w swoje tworzywo, jak rzeźbiarz w swój materiał, kształtując go, ucząc się jednocześnie na nim, i jeśli jak pewien typ klasyków stara się nie popadać łatwo w zwątpienie – nawet kiedy nie da się zaprzeczyć, że czysty nonsens jawi się na każdym kroku – wówczas pisanie staje się czynnością trudniejszą i bardziej samotną, a także bardziej bezsensowną.

Friedrich Durrenmatt, Kraksa, Warszawa 1959, s. 5.

Francis Bacon, Głowa I (1948)

Francis Bacon, Głowa I (1948)

Mój organ płciowy jest nienaruszony. Mogę uprawiać miłość, pod warunkiem, że chłopiec lub samica, w zależności od tego, kto w danej chwili pełni rolę partnera, pozwolą mi ułożyć się w pozycji, w której moje wrzody nie będą ocierać się o ich ciało, w razie pęknięcia bowiem wydziela się z nich cuchnąca ropa, i wtedy cierpię okropne bóle. Lubię spółkować i rzekłbym, iż w pewnym sensie jestem lubieżnikiem. To prawda, że często doznaję niepowodzeń lub poniżającego przedwczesnego wytrysku. Ale czasami przeżywam długotrwałe i powtarzające się orgazmy i wówczas mam wrażenie, że jestem napowietrzny i świetlisty niczym archanioł Gabriel. Odraza, jaką wzbudzam w moich kochankach, przeradza się w zauroczenie, a nawet w szaleństwo, kiedy już – przeważnie za pomocą alkoholu lub narkotyków – przezwyciężą swe początkowe uprzedzenia i przystaną na to, by tarzać się ze mną w łóżku. Kobiety nawet zaczynają mnie później kochać, chłopców zaś ogarnia namiętność do mojej brzydoty. Piękna, w głębi swej duszy, zawsze zafascynowana była bestią, o czym świadczy tyle baśni i mitologii, rzadko kiedy bowiem w sercu wytwornego młodzieńca nie gnieździ się perwersja. Żadne z mych kochanków nigdy nie żałowało, że nimi byli. Wszyscy są mi wdzięczni za wtajemniczenie ich w wyrafinowane zespolenie potworności i pożądania dla doznania rozkoszy. Dzięki mnie nauczyli się, że wszystko jest i może być wrażliwe na podnietę i że każda, choćby najobrzydliwsza funkcja organiczna, nie wyłączając tych związanych z narządami trawiennymi, wzbogacona o miłość staje się uduchowiona i szlachetna. Taniec imiesłowów przysłówkowych współczesnych czynnych tańczących ze mną – bekając, szczając, defekując – towarzyszy im później niczym melancholijne wspomnienie czasów minionych i owego staczania się w nieczystości (coś, co korci wszystkich, a co tak niewielu ma odwagę urzeczywistnić), jakie w moim towarzystwie przeżyli.

Mario Vargas Llosa, Pochwała macochy, Warszawa 2001, ss. 98-99.

Teraz chwilami lęk mnie ogarnia. Boję się utracić Chatidże. Boję się jej wiotkości. Życie mija nazbyt szybko. Obawiam się, że nie wystarczy mi sił, aby ukształtować swój charakter, że jestem zbyt ubogi dla miłości. Obawiam się codziennej pracy i twarze wielu ludzi już się nie nadają do spotkań – rozłamują dzień na dwie części, przeszkadzają mi myśleć. 

(…)

Dawno już przyzwyczaiłem się uważać tęsknotę za coś nieuchronnego i poniechałem szukania jej przyczyn, jej początków i końców. Ból przychodzi jak sen. Kiedy się tęskni – pisanie idzie łatwo. Kiedy się nie pisze, szuka się bólu. Przeistaczają się duchowe tkanki, wytwarzają ziarninę jak rana.

Konstanty Paustowski, Romantycy, Warszawa 1979, s. 107.

Kiedyś Siemar-Zdrachar psotanowił nawarzyć efki. Ale nie było benzyny, więc w funkcji rozpuchola wziął toluen, metylobenzen.

Efka wyszła zajebista. Wejście długie, odlot miękki. A następnego dnia całe plecy i ręce Siemara-Zdrachara pokryły się wielkimi czerwonymi pryszczami. Które, jakby było mało, jeszcze potwornie swędziały.

Siemar-Zdrachar rozdrapał do krwi całe ręce i plecy, gdzie tylko sięgał. A potem zamotał efkę na benzynie i wszystkie pryszcze znikły.

No, jaka mistyka.

Bajan Szyrianow, Niższa szkoła jazdy, Warszawa 2011, s. 49.

Wróciłem do siebie z uczuciem absolutnej samotności.

Na ogół uczucie samotności w świecie łączy się we mnie z poczuciem wyższości: pogardzam ludźmi, widzę, że są brudni, szkaradni, chciwi, gruboskórni, podli. Moja samotność nie przeraża mnie, jest niemal olimpijska.

Ale wówczas, jak i w innych podobnych sytuacjach, byłem samotny na skutek moich najgorszych właściwości, moich niskich czynów. W takich wypadkach odczuwam świat jako coś obmierzłego, lecz jednocześnie rozumiem, że ja jestem jego cząstką. Wtedy ogarnia mnie furia samozniszczenia, rodzi się pokusa samobójstwa, upijam się, szukam prostytutek. Odczuwam również pewną satysfakcję widząc własną miernotę i przekonując się, że nie jestem lepszy od otaczających mnie nieczystych potworów.

Ernesto Sabato, Tunel, London 1993, s. 77.

Przyznam się, że sam nie wiem, co rozumiem przez “prawdziwą miłość”. O określeniu tym często myślałem, jednak nigdy nie przeanalizowałem zagadnienia do końca. Co miało oznaczać? Czy miłość powinna zawierać w sobie pasję fizyczną? Może szukałem jej w desperackim pragnieniu coraz bliższego zjednoczenia z Marią. Owszem, bywały chwile, kiedy doświadczaliśmy takiego zjednoczenia, lecz w formie tak kruchej, przemijającej, tak nieznacznej, że potem czułem się jeszcze samotniejszy niż przedtem, pełen nieokreślonego niezadowolenia, jakie odczuwamy chcąc zrekonstruować przygodę miłosną doświadczoną we śnie (…)

Oczywiście, płaciliśmy drogo za te chwile, bo to, co następowało potem, było wulgarne i tępe. Wszystko cośmy robili (rozmowa, picie kawy), było bolesne, gdyż podkreślało tylko, jak kruche i przelotne były chwile zjednoczenia.

Ernesto Sabato, Tunel, London 1993, ss. 63-64.

Waham się nazwać pięknym, poważnym słowem “smutek”, to obce mi dotąd uczucie, którego łagodna, bolesna gorycz dręczy mnie nieustannie. Jest ono tak wyłączne, tak egoistyczne, że nieomal wstydzę się go, a uczucie smutku wydawało mi się przecież zawsze godne szacunku. Nie znałam go do niedawna. Znałam raczej nudę, żal, rzadziej wyrzuty sumienia. Teraz coś jak gdyby rozsnuwa się wokół mnie, niby miękka, denerwująca jedwabna zasłona, i oddziela mnie od innych.

Francoise Sagan, Witaj, smutku, Warszawa 1990, s. 7.