Stary, a ty co mi opowiesz?

Zacznie się na Pogotowiu, przy kontuarze recepcji, jeżeli C.T. spóźni się, jadąc za karetką, albo w wyłożonej zieloną glazurą sali za pokojem z agresywnie cyfrową maszynerią; chyba że, skoro mamy ten specjalny ambulans z obsadą lekarską, zacznie się już podczas samej jazdy: jakiś sinoszczęki doktorek, wyszorowany do antyseptycznego połysku, z nazwiskiem wyhaftowanym kursywą na górnej kieszonce białego kitla i z markowym piórem wiecznym od kompletu, zasadzi się przy noszach, domagając się wywiadu, etiologii i diagnozy metodą sokratejską, uporządkowaną i punkt po punkcie. Według szóstej edycji Oksfordzkiego słownika języka angielskiego istnieje dziewiętnaście niearchaicznych synonimów słowa „niekomunikatywny”, w tym dziewięć zlatynizowanych i cztery saksońskie… Ale to niewątpliwie jakiś fizyczny bez kwalifikacji – pomocnik sanitariusza z poobgryzanymi do żywego mięsa paznokciami, szpitalny ochroniarz, zmęczony salowy, Kubańczyk, który zwraca się do mnie per jou – spojrzy z góry w połowie swojej krzątaniny, pochwyci, w swoim mniemaniu, mój wzrok i spyta: Stary, a ty co mi opowiesz?

David Foster Wallace, Niewyczerpany żart, tłum. J. Kozak, 2022.

Najbardziej gorzki z żartów

W liście do Margarete Steffin Walter Benjamin opowiada z namiętną ironią, której czas i nasza powojenna wiedza nadają coś nieznośnego, że nagle wiedeńskim Żydom odcięto gaz: gazownia ponosiła straty z tytułu zużywanego przez nich gazu. A to dlatego, że najwięcej zużywali ci, którzy nie płacili rachunków – dodaje Benjamin. W tym miejscu list pisany do Margarete nabiera osobliwego tonu. Rodzi się wahanie, niepewność, czy dobrze rozumiemy. Znaczenie listu przepływa między gałęziami, snuje się po bladym niebie, a kiedy się objawia, kiedy tworzy nagle kałużę sensu pośrodku niczego, staje się jednym z najbardziej szalonych i najsmutniejszych znaczeń, jakie zna świat. Jeśli bowiem gazownia austriacka nie chciała dłużej zaopatrywać Żydów, działo się tak dlatego, że samobójstwo popełniali najchętniej, odkręcając gaz, i pozostawiali niezapłacone rachunki. Zastanawiałem się, czy to była prawda – bo tyle strasznych rzeczy wymyśliła tamta epoka, powodowana obłąkanym pragmatyzmem – czy też tylko żart, okrutny żart wykoncypowany w posępnym blasku świec. Nieważne jednak, czy to najbardziej gorzki z żartów, czy rzeczywistość: jeśli humor staje się tak mroczny, mówi prawdę.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, ss. 136-137.

Historia, roztropna bogini

Nie wpadamy nigdy dwa razy w tę samą przepaść. Zawsze jednak wpadamy w ten sam sposób, komiczny, a zarazem przerażający. I tak bardzo nie chcemy znowu wpaść, że wierzgamy i krzyczymy w głos. Obcasy łamią nam palce, potężne dzioby wybijają zęby, wydłubują oczy. Przepaść otaczają wysokie zamki. Jest też Historia, roztropna bogini, nieruchomy posąg pośrodku rynku; raz do roku otrzymuje daninę w postaci uschłego bukietu piwonii, a codziennie jako obiatę okruszki dla ptaków.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, s. 146.

W taki dzień można się zakochać

Beztroski dzień. Wiatr, miękki i delikatny na skórze, raczej potęguje, niż łagodzi ciepło słonecznych promieni. Pióropusze grzywaczy wypływają na powierzchnię morza jak świeża farba. W taki dzień można się zakochać. Zdejmuję tenisówki, podwijam nogawki do kolan i brodzę przy brzegu. Podnoszę psa, rzucam go w fale i przyglądam się, jak płynie z powrotem. W taki dzień można się zakochać. Wspomnienie podnieca wyobraźnię. Dawno temu taka swoboda woli była możliwa. To były czasy na uśmiech i śpiew o poranku. Niespieszne tempo życia. Rozpryskuję sobie garść wody na twarzy i zlizuję sól. Uczucie niezaspokojonego popędu. Przegrzebuję piasek na płyciźnie i wyławiam muszelkę w kształcie macicy. Pamiątka beztroskiego dnia. Posłuży mi za symbol, przeciwwagę dla miesięcy cierpienia.

Kay Dick, Oni, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa, Warszawa 2022, s. 65.

24

Było ich dwudziestu czterech, obok bezlistnych drzew na nabrzeżu dwadzieścia cztery czarne, ciemnobrązowe lub jasnobrązowe płaszcze, dwadzieścia cztery pary wywatowanych ramion, dwadzieścia cztery żakiety, kamizelki i tyleż par spodni z zakładkami i szerokimi nogawkami. Cienie wsunęły się do wielkiego westybulu pałacu przewodniczącego parlamentu; niedługo jednak nie będzie już parlamentu, nie będzie przewodniczącego, a za kilka lat nie będzie nawet samego gmachu parlamentu, pozostaną tylko dymiące zgliszcza.

Na razie dwadzieścia cztery filcowe kapelusze odrywają się od głów i odsłaniają dwadzieścia cztery łyse lub okolone wianuszkiem siwych włosów czaszki. Przed wejściem na scenę dłonie wymieniają uroczyste uściski. Czcigodni patrycjusze stoją w wielkim westybulu, wypowiadają zdawkowe słowa, wyrazy uszanowania; można by odnieść wrażenie, że to trochę sztywny wstęp do garden party.

Dwadzieścia cztery postacie sumiennie przebyły pierwszą partię stopni, następnie pokonały kolejne, wspinając się schodek po schodku i zatrzymując od czasu do czasu, by nie sforsować zbytnio starych serc; ściskając kurczowo dłonią mosiężną poręcz, pięły się z półprzymkniętymi oczyma, nie podziwiając ani wytwornej balustrady, ani sklepień, jakby się wdrapywały na stos niewidzialnych zeschłych liści. Poprowadzono je przez wąskie drzwiczki na prawo, tam zaś, przeszedłszy kilka kroków po ułożonej w szachownicę posadzce, dotarły po trzydziestu stopniach na drugie piętro. Nie wiem, kto prowadził pochód, i w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia, ponieważ każdy z dwudziestu czterech musiał zrobić dokładnie to samo przejść tę samą trasę, skręcić w prawo, obejść klatkę schodową; wreszcie z lewej strony ujrzeli stojące otworem wielkie podwójne drzwi i weszli do salonu.

Powiadają, że literatura pozwala na wszystko. Mógłbym więc kazać im krążyć w nieskończoność po schodach Penrose’a, nie zdołaliby już nigdy ani wejść na górę, ani zejść na dół, robiliby wciąż jedno i drugie naraz. W pewnym sensie książki rzeczywiście tak na nas oddziałują. Czas słów – zwarty lub płynny, gładki i nieprzenikalny lub zmierzwiony, gęsty, rozciągnięty, ziarnisty -petryfikuje ruchy, paraliżuje.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, ss. 6-8.

Twarze opuchnięte z rozkoszy

Nocą skradają się pod oknami, zaglądają, gdzie się da, wyją, gdy wydaje im się, że wszyscy śpią, rozbijają butelki na mleko, rzucają puszkami piwa i odlewają się pod drzwiami domów. Fizycznie prezentują uniwersalny ideał brzydoty, poruszają się jak postaci z groteski. Wypatrują, czujni węszyciele plewienia, jakim zawsze może zakończyć się audyt. Gdy nic się nie dzieje, robią się nieco marudni i dają upust powściąganemu okrucieństwu, złośliwej brutalności, co może oznaczać zarówno zniszczenie czyjegoś ogrodu, jak i zmęczenie bezpańskiego kota. Jeśli dochodzi do plewienia, wyrajają się na miejscu niszczycielskiej akcji, podnieceni każdym szczegółem tego wydarzenia, z twarzami opuchniętymi z rozkoszy. Tylko wtedy widuje się ich uśmiechniętych. Po wszystkim wyjeżdżają równie ociężale, jak przyjechali.

Kay Dick, Oni, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa, Warszawa 2022, s. 94.

The looking without looking

Ruth doesn’t know this but a man in the café is watching her too. He has a sketchbook in front of him. He is drawing her outline. He is sketching her dramatic silhouette. A young girl pensive watching out the window. She is an unknown. He has discovered her. A beautiful sight. She has a beautiful figure, this slip of a girl. He wouldn’t mind poking her a bit with his pencil.

The rain has let up momentarily. She gazes at the top level of a double-decker bus stopped outside. The passengers seem unaware that they are being looked at, secure in being so high up from everything. They are in fact naked there, relaxing their tense city selves except for the small dramas of transport, the bumping and pushing and excuse-me’s, no pardon-me’s. The looking without looking. She catches a boy regarding himself in his reflection, shaking out a light caramel shag, a mustard scarf, a leather jacket the color of toffee. A bled-out brown. She meets his eyes boldly, safe within her bubble. I see you. I see you.

Kate Zambreno, Green Girl.

Polizał więc

Jakaś ręka na kroczu – zerwał się gwałtownie, otwierając oczy.

Śmiech Jennifer.

– Wyglądałeś tak spokojnie – powiedziała.

Zrobiła krok do przodu i wyrwała kabel od słuchawek z odtwarzacza. Dźwięki fal w kiepskich głośnikach brzmiały teraz jak szum radiowy.

– Naprawdę piękne – powiedziała.

Galen wcisnął stop i guzik play wyskoczył.

– Czytasz o mewach – mówiła Jennifer – i słuchasz morza. To jak to jest, że siedzisz teraz w górach?

Pachniała kokosem, miała mokre włosy i błyszczące niebieskie oczy. Usiadła na łóżku, a Galen patrzył na jej piersi pod T-shirtem.

– Medytowałem – powiedział.

– Chyba o nich – odparła Jennifer i złapała się za piersi.

Usiadła na Galenie okrakiem, podniosła T-shirt i wcisnęła mu biust w twarz.

Była wciąż gorąca po kąpieli, wilgotna, ale w chłodnym powietrzu sutki szybko stwardniały. Kołysała się w przód i w tył, uderzając o policzki Galena piersiami tak miękkimi, tak niewiarygodnie miękkimi. Złapał w usta sutek, nie był pewien, co robić, ale objął go ustami, ostrożnie, by nie zahaczyć zębami, i zaczął ssać.

– Mhm – mruknęła Jennifer. – Trochę dziwnie, ale fajnie. Lubię ten wąsik. Teraz tylko poliż.

Polizał więc.

– To też fajne. Okrążaj sutek językiem.

Złapała pierś i wsadziła mu ją do ust.

– Mhm.

Spodobały mu się małe guzki wokół sutka, ale odsunął twarz.

– Cicho – szepnął. – Twoja mama usłyszy.

– Poszła na spacer. Jesteśmy sami.

– Rany.

– No, może tym razem ci się poszczęści.

– Mam nadzieję – odparł Galen. – Mam nadzieję. – I znowu miał jej pierś w ustach.

– Poczekaj moment – powiedziała Jennifer, zeszła z łóżka i poszła na dół.

– Co się stało?

Wróciła z kasetą magnetofonową.

– The Cars – wyjaśniła. – Lubię ich słuchać w trakcie seksu.

– W trakcie seksu – powtórzył.

– To twój szczęśliwy dzień – dodała. – Ostatni dzień prawiczka. Wychodzi na to, że innego fiuta tu nie znajdę, a mam ochotę. Teraz jestem bogata. Zdeponowałyśmy właśnie w banku czek na dwieście tysięcy dolców.

– Dwieście tysięcy?

– No.

– O kurwa.

– Kupimy dom – mówiła. – I pójdę na studia. I nie będziemy już musiały żreć się z twoją matką. A babka może sobie umierać, stara suka. Już nigdy nas nie zobaczy. Ty też nie. No więc to jest twój szczęśliwy dzień. Najlepsza cipka, jaka ci się trafi. Nawet Budda by ją przeleciał.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.

Umarli na wzgórzu biją w stare, sterane dzwony, które obdzwaniają grzechy świata

Umarli przyszli zabrać żywych. Umarli całunami spowici, umarli jeźdźcy w szyku bojowym, szkielet grający na lirze korbowej.

Edgar stoi w przejściu między ławkami i próbuje dopasować sąsiednie stronice czasopisma, połówki reprodukcji. Ludzie przełażą przez ławki, krzycząc ochryple w stronę boiska. Edgar trzyma kartki tuż przy twarzy. Nawet nie wiedział, że ogląda tylko połowę obrazu, póki z góry nie spłynęła lewa strona, ta z rdzawobrunatnym polem i dwoma kościoludami ciągnącymi za sznury dzwonów. Musnęła ramię jakiejś kobiety i wirując, trafiła prosto w bogobojną pierś Edgara.

Thomson na środku boiska robi uniki przed kibicami, którzy nadciągają w podskokach i susach. Rzucają się na niego, chcą go przewrócić na ziemię i pokazać mu fotografie najbliższych.

Edgar czyta tekst w ramce na sąsiedniej stronie. Otóż jest to szesnastowieczny obraz flamandzkiego mistrza nazwiskiem Pieter Bruegel, zatytułowany Triumf śmierci.

Tytuł z tupetem, rzekłbym. Ale malowidło intryguje Edgara, i owszem – lewa strona jest chyba jeszcze lepsza od prawej.

Edgar uważnie przygląda się jaszczowi pełnemu czaszek. Patrzy na nagiego mężczyznę ściganego przez psy. Patrzy na wynędzniałego psa, który skubie zębami dziecko leżące w ramionach martwej kobiety. Psy na obrazie są smukłe, chude, wygłodniałe: to psy wojny, psy piekielne, psy z księżej obory dręczone plagą pasożytniczych roztoczy, psich tumorów, psich nowotworów.

Nasz miły, sterylny Edgar ma w domu specjalną instalację do filtrowania powietrza, dzięki której drobinki kurzu po prostu się ulatniają, ale fascynują go zgorzeliny, wszelkiego rodzaju zmiany chorobowe i rozkładające się zwłoki, pod warunkiem, że styka się z nimi wyłącznie za pośrednictwem obrazów.

W średnim planie znajduje drugiego trupa kobiety, na którym siedzi okrakiem szkielet. Ich wzajemne usytuowanie ma charakter niewątpliwie seksualny. Ale czy Edgar jest pewien, że szkielet okracza kobietę? A może jednak mężczyznę? Stoi w przejściu, wokół niego wszyscy wiwatują, a on tkwi nosem w kartkach czasopisma. Bezpośredniość obrazu Bruegla robi na nim wielki wrażenie. Owszem, umarli dopadają żywych. Ale Edgar stopniowo dostrzega, że ci żywi to grzesznicy. Karciarze, figlujący kochankowie, król w gronostajowym płaszczu przechowuje majątek w beczkach i cebrach. Umarli przybyli, aby opróżnić puchary wina, podać ucztującej szlachcie czaszkę na półmisku. Edgar widzi obżarstwo, żądzę i chciwość.

Jest zachwycony tymi wizjami. Edgar, Jedgar. Przyznaj się – jesteś nimi zachwycony. Z zachwytu jeżą mu się włoski na całym ciele. Szkielety z cieniutkimi chujkami. Umarli bębnią w kotły. Trup okryty pokutniczym workiem podrzyna pielgrzymowi gardło.

Mięsnokrwawe barwy, stłoczone ciała, pełen rejestr straszliwych sposobów umierania. Edgar patrzy na rozpłomienione niebo wypełniające najdalszy plan, aż za wzniesieniami po lewej stronie obrazu – Śmierć nietutejsza, Pożoga wszędobylska, Zgroza powszechna, wrony, kruki bezszelestnie szybujące, kruk przycupnięty na zadzie siwej szkapy, czerń z bielą raz na zawsze, a Edgar myśli o samotnej wieży na Poligonie Kazachskim, o wieży zbrojnej w bombę, i prawie słyszy wiatr wiejący nad stepami Azji Środkowej, tam gdzie żyją wrogowie odziani w długi chałaty i futrzane czapy, mówiący tym swoim starym, brzemiennym językiem, liturgicznym i poważnym. Jakąż spisują sekretną historię? Sekretem jest sama bomba, a istnieją też sekrety powstałe z jej natchnienia, sprawy i sprawki, jakich nie domyśla się nawet Dyrektor – człowiek, którego izolowane serce skrywa w sobie komplet ropiejących sekretów świata zachodniego – bo te spiski dopiero się zawiązują. Tyle akurat wie, że geniusz bomby to nie tylko fizyka, cząsteczki i promienie, lecz i sposobność tworzenia nowych sekretów, jaką stwarza bomba. Na każdy wybuch atmosferyczny, na każde dane nam przelotne mgnienie obnażonej siły przyrody, na każdy błysk tej obranej z powiek, przedziwnej gałki ocznej eksplodującej nad pustynią, otóż na każdy taki fenomen przypada zdaniem Edgara chyba ze sto spisków, które schodzą pod ziemię, żeby się mnożyć i motać.

A co łączy Nas z Nimi, ile splątanych ogniw znajdujemy w labiryncie nerwów? Nie wystarczy nienawidzić wroga. Trzeba też zrozumieć, w jaki sposób wzajemnie umożliwiające sobie dogłębne spełnienie.

Starzy umarli jebią nowych. Umarli wydobywają trumny z ziemi. Umarli na wzgórzu biją w stare, sterane dzwony, które obdzwaniają grzechy świata.

Edgar na chwilę odrywa wzrok od stronic czasopisma. Odsuwa je od twarzy – z bolesnym trudem – i spogląda na ludzi wypełniających boisko. Na tych, którzy są półprzytomni ze szczęścia. Którzy biegają wokół baz, głośno obwieszczając wynik. Którzy z podniecenia nie zasną tej nocy. Których drużyna przegrała. Którzy drwią z przegranych. Na ojców, którzy pospieszą do domów i opowiedzą synom, co widzieli. Na mężów, którzy sprawią żonom niespodziankę – kwiaty i wiśnie w czekoladzie. Na kibiców, których ciżba na schodkach wiodących do pawilonu śpiewnie wykrzykuje nazwiska zawodników. Na kibiców, którzy jadąc metrem do domu, będą się okładać pięściami. Na krzykaczy i na tych, co wpadli w amok. Na przyjaciół sprzed lat, którzy przypadkiem spotkają się przy drugiej bazie. Na tych, których euforia rozjaśni całe miasto.

Don DeLillo, Podziemie, tłum. Michał Kłobukowski.

Ból

Ból sam w sobie był ciekawą medytacją. Z wierzchu zawsze potworny, aż człowiek chciał uciekać. Bardzo trudno się nie ruszać, bardzo trudno, przynajmniej na początku, nic nie robić. Ból wywoływał panikę. Ale pod powierzchnią robił się cięższy, tępy i nieskomplikowany. Mógł stać się pewnym punktem skupienia, rzeczą obecną i niezmienną, nawet lepszą niż oddech. W stojakach wspaniałe było to, że rozkładały ból po całym ciele. Galen bał się, że naprawdę uszkodzi sobie kark i plecy, lecz to również był element bólu, strach przed okaleczeniem, trwałą utratą jakiejś części ciała. Nawet owad by tego nie chciał. Nikt nie chciał stracić ręki, nogi albo możliwości używania pleców, dlatego kiedy zbliżamy się do tego momentu, zbliżamy się do czegoś uniwersalnego, a jeśli spojrzymy dalej i uda nam się oddzielić, to może zobaczymy pustkę po uniwersalnym, okolicę prawdy.

Przestań myśleć – powtarzał sobie w duchu Galen. – Myślenie to złuda, okrada cię z bezpośredniego doświadczenia.

David Vann, Brud, tłum. Dobromiła Jankowska.