Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty

Ponadto miała mnie pilnować siostra Friedel. Wysoka, smukła, zgrabna, zawsze zabawnie rezolutna i prawie arogancka – prośbą niewiele by się u niej wskórało. Robiła na drutach narciarski pulower i podczas gdy się rozbierałam, omawiałyśmy norweski wzór, który chciałaby wydziergać na górze. Ale już się poschodziły, stały dookoła, gapiły się, narzucały się szyderczą obecnością, wcale tego nie ukrywając, tak jak wtedy, kiedy Magdalenę pakują w kaftan. Friedel krzyknęła wprawdzie parokrotnie: „Jazda stąd, ale już, co ja powiedziałam?!”. Jedne odchodziły, ale pojawiały się inne albo tamte wracały, tylko Renaty nie było, raz przez chwilę zobaczyłam, jak w drzwiach zatrzymuje się jej niewyraźny uśmiech, potem znów zniknął. Zużyłam mnóstwo mydła, aż siostra Friedel orzekła, że już z tego powodu jestem za kosztowna dla zakładu. Ale śmiała się przy tym serdecznie i powiedziała, że wyglądam jak chłopak, wtedy spostrzegłam, że ona też widzi mnie nagą, i zanurzyłam się aż po czubek nosa w wodę. Przecież miało być dobrze, bez względu na okoliczności i na przekór wszystkiemu. Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty, zamknięte oczy nie przepuszczały nic z okropnego pomieszczenia i naprawdę udało mi się przejściowo osiągnąć taką samotność, jakiej mi było trzeba, aby w całej pełni zaznać dobrodziejstwa. Ale wpada się w straszny kicz, gdy się jest sam na sam ze sobą i chce odpocząć od wszelkich wysiłków natury wewnętrznej, tak łatwo wtedy sięgnąć po środki kompletnie pozbawione smaku. Najłatwiej i najprościej byłoby pomyśleć o morzu, o plaży poznaczonej na szaro wydmami, a tu i ówdzie na żółto janowcem. Ja tymczasem myślałam o Nefretete, egipskiej królowej, tak, ni mniej, ni więcej. O jej wspaniałym królewskim obliczu, egzotycznych kosztownych szatach, o jej uniesionych rękach, kiedy stoi gdzieś na skraju pustyni i wyczuwa ją w swojej pradawnej krwi.

Nagle przychodzi mi na myśl Beta, moja piękna, wesoła siostra Beta, i że tak długo chowałam do niej urazę, kiedy przyłapała mnie w domu, jak nad robótką ręczną nucę cichutko: „Znam egipską bajkę, Nefretete; cudna egipska bajko, Nefretete, twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie pradawne marzenia…” itd., itd., takie tam słodkie głupstwa. Beta śmiała się jak szalona, a przy obiedzie zaczęła wobec wszystkich: „Twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie mętne marzenia…”. Oczywiście śmiałam się razem z innymi, prosto w karcące oczy matki, której nie podobały się drwinki Bety, ale odtąd zawsze trochę się od niej odsuwałam. A przecież takiej Bety nie trzeba by nawet specjalnie przebierać, żeby ujrzeć przed sobą delikatną królową z odległych czasów, a Anus, zadurzony wyznawca Buddy, nie darmo zrezygnował dla niej ze swej cennej wolności, chociaż teraz wymyśla naszej matce, naszej łagodnej i nieskończenie poważnej mateczce, od rajfurek, bo upierała się, że ma albo poślubić Betę, albo zostawić ją w spokoju. Oczywiście jej nie zostawił. Beta bowiem jest nie tylko czarująca, ale także dość odważna i zręczna, by ze swej pracy utrzymać siebie i wyznawcę Buddy. Takie jest nasze życie. Ach, Beto, śliczny, zgrabny ptaszku o ciemnym upierzeniu, ileż wspaniałości doświadczyłabyś i poznała, gdybyś nie była córką górnika i nie musiała długo wieść życia zręcznej, odrobinę krnąbrnej służącej. A tak poznałaś wspaniałości starych sukien swoich chlebodawczyń i umiałaś je nosić w taki sposób, że mężowie owych chlebodawczyń nagle nabierali chętki i znowu musiałaś od pierwszego wymawiać służbę. Takie jest nasze życie, spaczone już u pięknych początków, ale ty nie przyjmujesz tego do wiadomości, bo pięknym, zgrabnym krokiem idziesz dalej, śmiało i radośnie wyśpiewujesz piosenki z radia, szyjesz cudowne suknie dla wytwornych pań, a najpiękniejsze nosisz sama, jakby były z tobą zrośnięte… Ze mną zrasta się, niestety, tylko ubóstwo, noszone niezręcznie, zawstydzające dla mnie i dla innych. Dopiero co w łazience myślałam jeszcze, że zdołam nad tym zapanować, igrałam z utajonymi we krwi wspomnieniami, myślałam, że potrafię z ich pomocą stworzyć sobie tu, w domu wariatów, narażona na szydercze spojrzenia obłąkanych, jakiś azyl. A potem nagle dotknęła mnie Królowa, nie, nie ta egipska, ta ze stołkiem i wrodzoną nienawiścią. Siostra Friedel była tak serdecznie ubawiona, że powstrzymałam się od krzyku, żeby jej nie psuć uciechy. Królowa stała nade mną, za nią cały orszak w postawie wyczekiwania, jej oczy były niczym dwa ciężkie żyrandole z nadzieją skierowane na moją nagość i na swój sposób majestatyczne, tajemnicze, nie zdradzały już nawet nienawiści. Przemówiła i pytanie, skąd jej się wziął nagle ten nowy język. Nikt go jej nie podpowiedział, przynajmniej nikt widoczny. Ale posługiwała się nim tak cudownie, że jej słowa były bardziej przekonujące niż śmiech siostry, choć z pewnością w tym pomieszczeniu ona jedna była zdrowa.

„Jeszcze dziś i jutro – rzekła – i może jeszcze z pół dnia, a król będzie we mnie. Przyjdzie po cichu, bo stąpa po wodzie, w ręku trzyma ryby, dla których nie starczyło już miejsca w sieci, i jeśli nie stają się złotem, upuszcza je jak kamienie, bo potrzeba mu złota. Ale mnie uszanuje jak gwiazdę i zapyta: Czyś napełniła je wszystkie złotem, żadna ci się nie wymknęła?… Skinę mu tylko lekko głową, a wtedy wypuści wszystkie ryby, również te złote, i pójdzie za mną do skarbca, jak za gwiazdą. Ja bowiem jestem jego gwiazdą poranną i wybawieniem wszystkich chorych. Tam pokażę mu pończochy wypchane czystym, szczerym złotem, którym napełni się trzy wielkie skrzynie, jedną dla niego, Pana i Króla, jedną dla świętego Kościoła i jedną dla wszystkich ubogich. A wtedy skieruję jeden z moich promieni na ciebie i rozjarzę go, i rzeknę: Tę ze złotem dla ubogich daj jej, niech je rozdziela wedle łaski i sprawiedliwości, aby i ona miała zasługę, z którą będzie mogła wejść do naszego królestwa. Ty zaś, ty masz mi za to oddać cześć! Wstań i oddaj mi cześć!”.

Na to wstałam, tak jak leżałam, naga, i oddałam jej cześć, całując jej szponiastą, brudną rękę. Siostra Friedel krzyczała: „Przestańcie, już nie mogę, na Boga, nie mogę, zaraz się rozpęknę”. „Pękaj, na co tu jeszcze czekać?”, zapytała garbuska drwiąco i nieulękle, ale potem jednak odeszła razem z innymi. Wtedy siostra Friedel obróciła urazę przeciwko mnie i spytała rozeźlona, dlaczego wdaję się w takie brewerie. Stchórzyłam i rzekłam: „Tak tylko, nie chciałam jej drażnić”… „Bzdury, już my byśmy sobie z nią dali radę, kaftan każdego uspokoi. No dalej, niech się pani pospieszy, nie mogę tu wiecznie sterczeć”… Pospieszyłam się i na wszelki wypadek spróbowałam zaśmiać się niewinnie, żeby ją udobruchać, ale na nic się to nie zdało, poszła zagniewana do dyżurki sióstr, na gorąco wszystko opowiedzieć, ja tymczasem wciąż śmiałam się niepowstrzymanie, mimo woli, i gdybym nie mogła wszystkiego zapisywać, pewnie prześmiałabym całą noc i rano znowu w gabinecie napotkała już całkiem niełaskawe spojrzenie Najmiłościwszego. Niestety, przez cały tydzień dyżur nocny miała Marianna, dopiero co przyszła i naturalnie dowiaduje się, że ucałowałam rękę tej poczwary Krell. Jak surowo umie ściągać usta. Założę się, że myśli teraz: „Już my wybijemy jej z głowy te komedie!”… Ależ się boję! Boże, czemu nie ma tu ani jednej duszy, z którą można by dzielić strach i nie powiększać go? A pani Lanzinger zwija teraz swoją robótkę, bo idzie do domu i nie potrzebuje już przebywać w jedwabnym zamku z tarasem haftowanym krzyżykowym ściegiem i cyprysami z ciemnozielonej muliny. Skąd ja tu wezmę zamek i cyprysy albo choćby starą zdziczałą jabłoń o gęstej koronie. Czemu tak mało wagi przywiązujemy do tych wiecznych rzeczy!

Christine Lavant, Zapiski z domu wariatów, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wrocław 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *