Ukłucie w udo

Wokół rozchodziła się woń starego drewna, naturalny zapach, którego meble nigdy nie tracą i który przypomina o ich pochodzeniu, dając poczucie bezpieczeństwa, pewności i stałości, wydawało mi się nawet, że czułem charakterystyczny zapach zakurzonych papierów zalegających pokoje prokuratury, to stare, niepotrzebne już biurko ojciec kiedyś przyniósł stamtąd do domu; ona się nie poruszała, ale wiedziałem, że przyjdzie, już jej pierwszy ruch wytwarzał pomiędzy nami napięcie, które musiało znaleźć ujście, na tym polegała nasza zabawa; po chwili, jak gdyby nie tylko zmagała się z ciężarem własnego ciała, ale popychała je do przodu, usłyszałem ciężkie, niezdarne kroki.

Kiedy ujrzałem jej długą, białą koszulę, siedziałem w dalszym rogu ukrycia pod biurkiem skulony niczym pająk, a w dwóch palcach trzymałem pomiędzy paznokciami główkę szpilki, ostry koniuszek kierując prosto przed siebie; ona osunęła się na kolana, jej twarz promieniała uśmiechem, mógłbym powiedzieć, że w tych chwilach byłem wolny od wszelkich uczuć, aczkolwiek mógłbym powiedzieć też coś wręcz przeciwnego, w takich bowiem momentach moje uczucia osiągał stan jakiegoś szczególnego skupienia; z takim zapamiętaniem i tak prędko sunęła ku mnie na kolanach, do środka, pod biurko, jak gdyby chciała się na mnie rzucić, po kilku krokach więzła jednak w zaplątanej pod kolanami koszuli nocnej, traciła równowagę, uderzała głową o kant biurka i rozciągała się jak długa, waląc głową o podłogę; niepisany regulamin okrucieństwa nakazywał jednak, by wszystko zdobywała sama, bez niczyjej pomocy.

Pomysły, które przychodziły jej do głowy, były podobnie chaotyczne jak funkcjonowanie jej pamięci, wstawała, uśmiechała się jeszcze promienniej, jeszcze radośniej, jak gdyby nic się nie stało, bez odrobiny zażenowania wyciągała spod kolan zmiętą koszulę, robiła to, powiadam tak naturalnie, jak gdyby podświadomie rozumiała logiczny związek pomiędzy koszulą a upadkiem na ziemię, podczas gdy w innych okolicznościach nie była w stanie dostrzec o wiele prostszych i bardziej oczywistych zależności, na przykład chcąc zjeść owoce, z łatwością wdrapywała się na drzewo, ale już nie umiała zejść, siedziała na kołyszącej się gałęzi tak długo, aż ktoś wreszcie ją tam zauważył, kurczowo trzymała się drzewa i cichutko sobie popłakiwała, a przecież zejść na dół nie było niczym trudniejszym, niż wejść na górę, czasami nawet wdrapywała się tak wysoko, że trzeba było przy pomocy drabiny ściągać ją z wierzchołka drzewa; być może żądza radości i przygody wyzwalała w niej taką pomysłowość, a kiedy już zaspokoiła swoją żądzę, obojętne, czy jej przedmiotem była czerwona czereśnia, żółciutka morela czy moja osoba, jej pamięć odmawiała posłuszeństwa, zaspokojona pomysłowość obumierała, wracała do swojego świata, w którym przedmioty trwały samotne i niczym ze sobą niezwiązane, krzesło tylko wtedy było krzesłem, gdy ktoś na nim siedział, stół tylko wówczas był stołem, gdy postawiono na nim talerz, podobnie nie rozumiała związków pomiędzy zjawiskami, te były albo ich nie było, najwyżej stapiały się ze sobą bezładnie; jej upiorny śmiech i nieruchomo, zastygłe w bezruchu oczy zdradzały drzemiące w niej tęsknoty; sunęła ku mnie na kolanach i już była pod biurkiem, tu czuła się bezpieczna, nikt nie widział, co robimy, ja byłem na swój sposób zaślepiony moimi pragnieniami, ona dyszała rozemocjonowana, ja też głośno oddychałem, nasze napięte zmysły z całą wyrazistością odbierały oddzielne, a jednak harmonijne oddechy, niczym melodię jakiejś dziwnej muzyki, i gdybym nie podniósł ręki i nie skierował ostrza szpilki prosto w kierunku jej oka, ono samo przyciągnęłoby do siebie tę szpilkę, a ona wtedy natychmiast by się na mnie rzuciła; lubiła się ze mną siłować; nie bała się ani nie przestawała się uśmiechać, trwała w niezmienionej pozycji, robiła sobie krótką przerwę, zatrzymując oddech w nadziei na dokończenie zabawy.

Nawet nie zmrużyła oczu, a przecież ostrze szpilki było już tylko w odległości kilku centymetrów od jej błyszczących białek, ja też nie poruszałem dłonią, czułem jedynie, że otwieram usta, niczego nie chciałem zrobić, ale ona tam była, otwarta, zdana na mnie, może dlatego, że była wrażliwsza, drżała, mrugała, bała się, a gdyby jednak do tego doszło, gdyby przez przypadek bardziej pochyliła się w moją stronę albo gdybym poruszył dłonią, niewiele brakowało do tragicznego rozwoju sytuacji, ale niewidzialna przeszkoda, jakaś ściana, ułamek sekundy, to coś wydawało się niezależne od moich zamiarów, było zewnętrzną, działającą poza mną siłą, choć oczywiście związaną z moimi zamiarami, nawet jeśli nie zdawałem sobie z nich sprawy, z ukrytymi i sekretnymi zamiarami, z ciekawością, która zawsze we mnie zwyciężała, teraz jednak nie zwyciężyła!, aczkolwiek mogło tak się stać!, i nawet nie mógłbym mieć wyrzutków sumienia, bo nienasycone pragnienie przejrzenia na wskroś obojętnych form spraw i zjawisk, wymuszenia z nich głosu i krwi, przywłaszczenia sobie tej obojętności, tak jak ust Krystiana czy później wiele innych ust, spowodowało, że stałem się bezwolnym narzędziem tej dziwnej siły; ale nie tak się stało, i nie wiem, czy to, co się wydarzyło albo mogło się wydarzyć zamiast dopełnienia tej potworności, nie było jeszcze gorsze.

Kiedy bowiem dobiegła końca chwila beznadziejnego bezruchu, ona, otrzeźwiona odległością, lekko przycupnęła na piętach, a szpilka, którą trzymałem w palcach, nie była już niczym innym jak dowodem mojej skończonej głupoty, kretynizmu, które można by było skwitować wzruszeniem ramionami, coś się nie wydarzyło, coś, co mogło się wydarzyć, i znów musiałem zamknąć usta, znów słyszałem własny, głupio szybki oddech, i jej oddech też, a to wzbudziło we mnie taką wściekłość, zwyczajną, ordynarną złość, nie udało mi się, znów zostałem sam, jeszcze raz wyciągnąłem za nią dłoń i jednym jedynym ruchem wbiłem szpilkę w jej nagie udo.

I znów nic się nie wydarzyło, odchyliła się w tył, nie wydając z siebie żadnego głosu, jak gdybyśmy znów byli na samej górze, a teraz spadali na sam dół, wstrzymała oddech, choć pewnie nie z bólu, koszula podciągnięta aż na brzuch odsłaniała szparę rozwierającą się pomiędzy jej rozłożonymi udami, otwór ciemniejący pomiędzy dwoma lekko zaczerwienionymi, twardymi wzgórkami, do nich zbliżała się szpilka, nie umiałem się powstrzymać, nie ukłułem, nawet nie dotknąłem jej skóry, tylko wsunąłem w sam otwór.

A potem ukłułem ją w udo.

Nie tak leciutko jak przed chwilą, ale głęboko, z całej siły, zapiszczała, widziałem, jak przestaje się uśmiechać, jak gdyby fizyczny ból zerwał z niej zasłonę śmiechu, zobaczyłem jej wzrok szukający ucieczki, i wtedy rzuciła się na mnie.

Ciemny płaszcz wiszący na wieszaku był bez wątpienia znakiem, że mamy gościa, w dodatku szczególnego gościa, płaszcz był ponury i sztywny, nie można go było pomylić z innymi płaszczami, które zazwyczaj widywałem na tym wieszaku, wydawał się marny i zniszczony, nie miałem więc ochoty, jak zawsze, kiedy zostawałem w przedpokoju sam na sam z obcymi płaszczami, pogrzebać w kieszeniach w poszukiwaniu drobniaków i, nasłuchując pod ścianą, we właściwej chwili wyciągnąc z nich kilku fillerów albo forintów.

Teraz nie dochodził do przedpokoju żaden szmer, nie słyszałem głosu rozmów, wszystko było tak jak zawsze; otworzyłem więc drzwi i, nie zdążywszy nawet się zdziwić, zrobiłem kilka kroków w stronę łóżka.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 102-105.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *