Tajemnica miłości i tajemnica śmierci

Pierwsze dni po powrocie płynęły jak w baśni czarodziejskiej. Niewiasta afrykańska muskała gęstą kędzierzą swych włosów opony wiszące na ścianach. Ciało jej w ustawnej lubieży wiło się na łożu. Ramionami, ustrojonymi w szmaragdy przezroczyste, lubiła pieścić dzbany, w których pieniło się wino. W dziwny sposób, jej tylko właściwy, potrząsała głową i podnosiła palec. Uśmiechy jej wypływały z jakiegoś źródła głębokiego i ciemnego jak rzeki afrykańskie. Miast prząść wełnę, szarpała ją cierpliwie na drobne paździorki, które dokoła niej latały.

Lukrecjusz pragnął żarliwie rozpłynąć się w tym ciele przeurodziwym. Nie mógł się dość napieścić jej piersi, jakby w metalu kowanych. Zamierał swymi ustami na jej wargach ciemnofiołkowych. Słowa miłosne, śród pocałunków szeptane, wywoływały na ich licach uśmiech i słabły w tej chwili. Wreszcie zerwali tę cienką a nieprzejrzystą zasłonę, która dzieli kochanka od kochanki. Wtedy żądza ich rozgorzała jeszcze straszliwiej i zapragnęła odmiany. Doszła w końcu do tej ostateczności, kiedy już tylko po samym li ciele się ślizgała, nie przenikając do wnętrzności. A potem miłość Afrykanki, jak zeschły liść, zwinęła się i umarła w jej sercu cudzoziemskim. Lukrecjusz rozpaczał, niemocen podołać miłości. Niewiasta stała się wyniosła, ponura i milcząca na podobieństwo atrium i niewolników. Lukrecjusz począł przesiadywać w książnicy.

Rozwinął tam dnia jednego zwój, na którym pewien skryba spisał traktat Epikura.

I wraz pojął zmienność rzeczy tego świata oraz bezowocność wznoszenia się ku ideom. Wszechświat wydał mu się podobny do wełnistych paździerzy, które swymi palcami Afrykanka po komnatach rozsiewała. Roje pszczelne, kolumny mrówek i ruchome tkaniny listne przedstawiły się teraz jego oczom jako skupienia zbiorowisk atomów. Także w ciele swym poczuł istnienie jakowegoś ludu niewidzialnego, niezgodnego i żądnego rozdziału. A spojrzenia wydały mu się subtelniejszymi promieniami światła, zaś postać pięknej cudzoziemki mozaiką przyjemną i barwną. I przekonał się, iż kres tej nieskończonej zmienności żałosny jest i marny. Życie atomów, zamieszkałych w tej samej krwi, a przecież walczących o władzę, w rozmyślaniach swych porównywał z krwawymi walkami fakcji rzymskich, ze zbrojnymi chmarami klientów i potwarców. I poznał, że rozkład, jaki śmierć daje, niczym innym nie jest, jak tylko wyzwoleniem z tej czeredy wrzaskliwej, gnającej na oślep i bez celu.

Otóż, kiedy już Lukrecjusz wykształcił się na tym zwoju papirusowym, na którym głoski greckie, na kształt atomów, wzajemnie się splatały, wyszedł do lasu przez ciemny przedsionek domu przodków swoich. I znów zobaczył pręgowate grzbiety odyńców, wiecznie nozdrzami ryjących w ziemi. Potem, przedarłszy się przez zagajnik, znalazł się nagle w owej świątyni leśnej, podobnej do studni o dnie niebieskim. Tam postanowił odpocząć.

Leżąc, jak ongi, na wznak, na posłaniu z trawy, rozmyślał o zawrotnym bezmiarze wszechświata, o kamieniach i roślinach, o zwierzętach i ludziach, rozmaitej maści ich ciałach, o różnorodności ich dzieł i żądz, o dziejach ich, o narodzinach, chorobach i śmierci. I w tej śmierci powszechnej i nieuniknionej ujrzał także osobną śmierć nadobnej Afrykanki – i zapłakał.

Wiedział on, że płacz jest wynikiem osobliwego ruchu gruczołków, umieszczonych pod powiekami, które poczynają działać wskutek przypływu atomów sercowych w chwili, gdy serce wzruszy się nagle widmem barwnych obrazów, odrywających się od powierzchni ciała umiłowanej niewiasty. Wiedział, że przyczyną miłości jest pęcznienie atomów, pragnących połączenia z innymi atomami. Wiedział, że smutek z powodu śmierci kochanki jest najgorszym ze złudzeń ziemskich, albowiem umarła uwalnia się od nieszczęść i cierpień, podczas gdy opłakujący ją ugina się pod brzemieniem trosk i oddaje się posępnym myślom o własnej śmierci. Wiedział także, że odchodząc stąd, nie pozostawiamy po sobie cienia, który by stojąc nad własnym zewłokiem, łzami go oblewał. Wiedział o tym wszystkim, wszelako, przeniknąwszy na wskroś smętek, miłość i śmierć, poznawszy, że są to czcze mary, jeśli na nie patrzeć z oddalenia samotnego – ustawnie płakał i nie oddalił od siebie ani pożądania miłości, ani lęku przed śmiercią.

Raz, wróciwszy z wędrówki swojej do mrocznego domu przodków, spostrzegł, że Afrykanka gotuje jakiś odwar w tyglu metalowym. Oto i ona w swym osamotnieniu rozmyślała o śmierci, a myśli jej dotarły do źródła jej tajemniczych uśmiechów. Lukrecjusz długo wpatrywał się w ten płyn, jeszcze wrzący, który z wolna klarował się i stawał się podobny niebu zielonemu i mętnemu. Wreszcie piękna Afrykanka potrząsnęła głową i podniosła do góry palec. Wtedy Lukrecjusz wypił ów dekokt. I natychmiast rozsądek jego ustąpił i zapomniał o wszystkich greckich słowach, wypisanych na papirusowym zwoju. I po raz pierwszy, postradawszy zmysły, poznał tajemnicę miłości, a w nocy, otruty jadowitym płynem, poznał tajemnicę śmierci.

Marcel Schwob, Żywoty urojone, tłum. Leon Schiller, [W:] Marcel Schwob, Żywoty urojone i inne prozy, tłum. Wincenty Korab-Brzozowski, Bronisława Ostrowska, Zenon Przesmycki-Miriam, Leon Schiller, posłowie Jan Gondowicz, Warszawa 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *