Wilgotne, przenikalne, wypowiadalne

Do Drugiej Pracowienki przysłali jakąś bladą wysoką dziewczynę.

– I co powiesz? – dobiegło z głośnika pytanie Abnestiego.

– Ja? – zapytałem. – Czy ona?

– Oboje.

– Niezła – przyznałem.

– W porząsiu – powiedziała dziewczyna. – Znaczy w normie.

Abnesti kazał nam się nawzajem ocenić w sposób bardziej wymierny pod kątem urody i seksowności.

Wyszło na to, że podobamy się sobie mniej więcej średnio, czyli bez wyraźnego pociągu ani odrazy z żadnej strony.

– Jeff, kroplić? – spytał Abnesti.

– Zatwierdzam – powiedziałem.

– Heather, kroplić?

– Zatwierdzam – powiedziała dziewczyna.

Spojrzeliśmy po sobie, jakbyśmy się pytali „I co dalej?”.

Otóż dalej było to, że Heather zaczęła wyglądać zajebiaszczo. Widziałem, że też jej się podobam. Zmiana była tak nagła, żeśmy się prawie roześmiali. Jak mogliśmy nie widzieć, że z tego drugiego jest taki ekstratowar? Na szczęście w Pracowience stała kanapa. W kroplówce oprócz tego, co na nas testowali, było chyba trochę ED556, które obniża poziom wstydu prawie do zera, bo raz-dwa wzięliśmy się do roboty na tej kanapie. Ostro między nami iskrzyło. I to nie tylko w temacie jebunku. Stało nam, owszem, ale generalnie też było ekstra. Jak wtedy, kiedy człowiek całe życie marzy o jakiejś dziewczynie i nagle ona ląduje z nim w tej samej Pracowience.

– Jeff – powiedział Abnesti. – Proszę cię o zgodę na podkręcenie ośrodków werbalizacji.

– Kręć śmiało – odparłem spod Heather.

– Kroplić? – spytał Abnesti.

– Zatwierdzam – powiedziałem.

– Ja też? – spytała Heather.

– Zgadłaś – odpowiedział ze śmiechem Abnesti. – Kroplić?

– Zatwierdzam – ona na to, mocno zdyszana.

Już po chwili dzięki dobroczynnemu działaniu domieszki Verbaluksu™ do naszych kroplówek nie tylko ruchaliśmy się jak ta lala, ale też mieliśmy supernawijkę. No bo na przykład zamiast powtarzać w kółko te same seksowne teksty (różne „łał!”, „o Boże”, „ja pierdolę” i tak dalej), zaczęliśmy improwizować na temat swoich wrażeń i myśli w podniosłym stylu, ze słownictwem rozszerzonym o osiemdziesiąt procent, a nasze precyzyjnie wyrażane spostrzeżenia nagrywano dla celów późniejszej analizy.

Jeśli o mnie idzie, to czułem mniej więcej coś takiego: zdumienie narastającą świadomością, że tę oto kobietę stwarzają na bieżąco wprost z mojego własnego umysłu najgłębsze me tęsknoty. Po tylu latach nareszcie (myślałem) udało mi się znaleźć właśnie tę konfigurację ciała/twarzy/umysłu, która uosabiała wszystko, co upragnione. Smak jej ust i aureola jasnych włosów, rozsypanych wokół twarzy o cherubinowym, a zarazem wyuzdanym wyrazie (leżała teraz pode mną z zadartymi nogami), a nawet (nie żebym chciał wysławiać się grubiańsko albo zbrukać wzniosłe uczucia, będące podówczas mym udziałem) wrażenia, które wywoływała jej pochwa na całej długości mego dźgającego członka, były właśnie tymi, których zawsze łaknąłem, choć nigdy aż do owej chwili nie zdawałem sobie sprawy z żarliwości rzeczonego łaknienia.

Innymi słowy, pożądanie budziło się i w tymże momencie doznawało zaspokojenia. Było tak, jakbym (a) tęsknił za pewnym niekosztowanym dotychczas smakiem, aż (b) owa tęsknota stawała się bez mała nieznośna i oto © miałem nagle w ustach kąsek o dokładnie tym smaku, idealnie kojący mą tęsknotę.

Każda wypowiedź, każda zmiana pozycji dowodziła jednego: znaliśmy się od zawsze, łączyło nas braterstwo dusz, a spotkawszy się i pokochawszy w wielu wcześniejszych żywotach, mieliśmy się też spotykać i kochać w wielu późniejszych, zawsze z tym samym, transcendentnie oszałamiającym skutkiem.

Nastąpiło potem trudne do opisania, lecz nader rzeczywiste odpłynięcie w cały ciąg rozmarzeń, które najtrafniej można określić mianem czegoś na kształt odfabularyzowanych pejzaży umysłu, to jest sekwencję niejasnych wizji mentalnych, ukazujących miejsca, jakich nigdym dotąd był nie odwiedzał (gęstwę sosen w dolinie pośród wysokich białych gór; drewniany dom w alpejskim stylu, stojący w ślepym zaułku, z podwórkiem zarośniętym rozłożystymi, karłowatymi drzewami jak z rysunków doktora Seussa), a każde z nich budziło we mnie głęboką, tkliwą tęsknotę i wszystkie owe tęsknoty stężały w jedną główną, postradawszy odrębny swój byt: w namiętne pragnienie Heather i li tylko Heather.

Zjawisko mentalnych pejzaży było najsilniej odczuwalne podczas trzeciej (!) rundy kochania. (Widocznie Abnesti zaprawił moją kroplówkę Vivisztyftem™).

Potem miłosne wyznania jęły lać nam się z ust jednoczesną strugą, lingwistycznie zawiłe i w metafory bogate: śmiem twierdzić, żeśmy się poetami stali. Pozwolono nam leżeć w oplątwie własnych naszych członków nieomal godzinę. Błogostan był to istny. Doskonałość wcielona. Zdarzyło nam się to, co uchodzi za niemożliwe: szczęście, które nie więdnie, aby ukazać strzelające z niego cienkie pędy jakowegoś nowego pożądania.

Tuliliśmy się do siebie z zajadłym skupieniem, mogącym iść o lepsze z tą skupioną zajadłością, która towarzyszyła nam podczas pierdolenia. Rozchodzi mi się o to, że przytulanie w porównaniu z pierdoleniem nie wypadało ani trochę gorzej. Leżeliśmy, bardzo przyjaźnie ze sobą spleceni, jak szczenięta albo małżonkowie, którzy spotykają się po raz pierwszy od chwili, gdy jedno z nich otarło się o śmierć. Wszystko wydawało się wilgotne, przenikalne, wypowiadalne.

A potem działanie kroplówki zaczęło częściowo słabnąć. Chyba Abnesti wyłączył dopływ Verbaluksu™. I pewnie też inhibitor wstydu. Generalnie wszystko zaczęło się kurczyć. Nagle dopadło nas onieśmielenie. Ale wciąż była w nas miłość. Zaczęliśmy proces rozmowy na zejściu z Verbaluksu™, a to zawsze wychodzi niezręcznie.

Widziałem jednak w jej oczach, że wciąż darzy mnie miłością.

A ja niewątpliwie to uczucie odwzajemniałem.

George Saunders, Ucieczka z Pajęczej Głowy, [W:] Idem, 10 grudnia. Opowiadania, tłum. Michał Kłobukowski, Warszawa 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *