Wciąż zachowuję obraz Beatriz Noguery z tamtej nocy

Podczas drugiej spędzonej tam nocy zwróciłem uwagę na ten nieużywany zaułek, przylegający do mojej klitki i oddzielony od niej jeszcze jednymi pomniejszonymi drzwiami – ale już nie tak pigmejskimi – których pierwszej nocy nawet nie zauważyłem, tak zmęczony dowlokłem się do łóżka. Drugiej jednak, może ożywiony gorączkowym rytmem pracy i bezmyślnością tego improwizowanego i pisanego na kolanie scenariusza, tak bardzo nie chciało mi się spać, że rzuciłem się na materac w ubraniu, zamierzając palić, czytać i tak spędzić nieco czasu. Rozejrzałem się wokoło nie jakoś specjalnie uważnie, aż zdałem sobie sprawę, że to, co wziąłem w ogólnym rozkojarzeniu za szafę, wbudowaną w ścianę i pomalowaną na biało, wcale nią nie jest. Otwarłem te drzwi i ujrzałem wąskie pomieszczenie, które mogłoby posłużyć w najlepszym wypadku jako jakiś składzik, tyle że było puste i wysprzątane, a dalej znajdowały się jeszcze jedne drzwiczki, które zgodnie z przewidywaniami prowadziły znów na korytarz. Otworzyłem je i zaraz dostrzegłem ów mechanizm pozwalający na wyjście, ale już nie na wejście, i pojąłem, że nie mogę ich za sobą zamknąć, jeśli zamierzam wrócić tą samą drogą, a nie robić kółka przez kuchnię. I kiedy tak się wychyliłem i wyjrzałem – nie wyprostowałem się jeszcze całkiem – dostrzegłem w pewnym oddaleniu łagodne światło i sylwetkę Beatriz Noguery w koszuli nocnej, stawiającej krótkie kroki na korytarzu – choć nie: ona się przechadzała i stawiała normalne kroki, krótka była sama jej trasa – na wysokości sypialni swojego męża czy też, jeśli można tak powiedzieć, wokół niej, krążyła w pobliżu. W pierwszym odruchu chciałem się cofnąć do mojego pokoju, zamiast tego jednak przykucnąłem i zacząłem obserwować, momentalnie zdałem sobie sprawę, że właściwie nie ma szans, by mnie zauważyła: byłem schylony, daleko i w mroku, nikt też nie spodziewałby się, że ktoś otworzy te drzwiczki zamknięte od wieków. Beatriz nie spojrzy w moją stronę, i to nie dlatego, że w tej chwili nie pamięta, że ktoś zamieszkuje akurat tę zwykle nieużywaną część mieszkania, lecz dlatego, że sprawia wrażenie, jakby całą sobą skupiała się na tym, czym się właśnie zajmuje, to znaczy na paleniu – w jednej dłoni trzymała papierosa, w drugiej paczkę i popielniczkę – i spacerowaniu przed zamkniętymi drzwiami jak ktoś, kto czeka na drugą osobę, która się spóźnia.

Nie miała na sobie szlafroka ani żadnego podobnego okrycia, tylko koszulę nocną, raczej przykrótką, odsłaniającą jej mocne nogi tak od połowy uda, z początku sądziłem, że jest boso, stawiając kroki, nie wydawała żadnych dźwięków albo tak ciche, że można je było uznać za samoistne poskrzypywanie starej drewnianej podłogi, czasem takie parkiety jakby skarżą się na to, co je spotkało, trochę jak wiekowe okręty, acz znacznie mniej, bo podłogi nie tańczą i nie podróżują. Koszula nocna była biała lub kremowa, jedwabna, i albo była nieco zbyt prześwitująca, albo przy takim świetle – rzucanym przez dyskretną lampkę na korytarzu – zyskiwała nadmierną przezroczystość, przez co można było oglądać Beatriz niemal nagą, tyle że przykrytą materiałem, czyli niby wystarczająco ubraną, co być może stanowi najatrakcyjniejszą formę oglądania nagości atrakcyjnego ciała, bo widok taki ma w sobie element domysłu, wydzierania tajemnicy, kradzieży. (Powiedziałem „nieco zbyt”, bo okazało się przecież, że znalazł się tam jednak ktoś postronny, tyle że ona nie mogła tego przewidzieć, a raczej mogła przewidzieć obecność kogoś innego, dla kogo niestety strój taki nie miałby w sobie nic nowego czy odkrywczego). Muszę przyznać, że głównie dlatego nie ruszałem się z miejsca i przyglądałem się jej, byłem jeszcze w wieku, w którym każdy zakazany widok uznawany jest za trofeum i zachowuje się na siatkówce oka przez wiele dni, a czasem tygodniami, o ile nie na zawsze, osobliwe doprawdy. Ja wciąż zachowuję obraz Beatriz Noguery z tamtej nocy: zdołałem dostrzec – a może coś więcej – że pod tą koszulą nie miała niczego, nawet najmniejszej sztuki bielizny, którą wiele kobiet wkłada do snu, może dla przesądnej ochrony, a może by nie zaplamić pościeli mimowolną wilgocią. Widziałem ją najczęściej plecami do mnie, bo od czasu do czasu przerywała przechadzkę i zatrzymywała się przed drzwiami Muriela, jakby kusiło ją, żeby zastukać, ale nie mogła się na to zdecydować albo ośmielić. Musiała być starsza ode mnie o jakieś dwadzieścia lat i dotąd patrzyłem na nią ze zdystansowanym szacunkiem, narastającym współczuciem i – jak by to wyjaśnić, unikając nieporozumień? – bardzo subtelnym uznaniem natury seksualnej, ale tak łagodnym i delikatnym, że nabierało charakteru czysto teoretycznego: jakby stanowiło część jakiegoś innego mojego hipotetycznego życia, innego ja, które nigdy nie zaistnieje, nawet na planie czysto spekulatywnym (rzeczywiste życie angażuje nas w takim stopniu, że brakuje nam czasu, by wypracować sobie życie wyimaginowane, równoległe). Człowiek wie, na jakie spojrzenia nie może sobie pozwolić, wie także, jakie nie są stosowne do jego wieku, pozycji i hierarchii, i wcale nie jest trudno z miejsca z nich zrezygnować, bardziej odrzucić je, niż wyprzeć, ten ostatni czasownik wydaje się nieprecyzyjny. Na żonę brata albo przełożonego, albo przyjaciela od początku patrzy się oczami neutralnymi albo jakby przez zasłonę, robi się to bez trudu i jakby z polecenia, wyjąwszy przypadki bardzo skrajne i niezmiernie rzadkie, wzbudzone pożądanie musi w takich razach być naprawdę nie do pohamowania, wybuchowe, istne tornado. Jeśli jeszcze kobieta ta jest znacznie starsza, sprawa staje się łatwiejsza ze względu na powszechne obyczaje: kiedy ma się dwadzieścia trzy lata, człowiek przyzwyczajony jest do zwracania uwagi na kobiety mające może jakieś dziesięć lat więcej do pięciu mniej – czasem z wyjątkami – i pomijania wszystkich innych, jakby były drzewami albo meblami, albo na przykład obrazami. Tak patrzyłem aż do tej nocy na Beatriz Noguerę, jak na portret budzący delikatne ulotne zainteresowanie, niemożliwe jednak do spełnienia: obserwowana kobieta znajduje się na jednym planie, milcząca i nieruchoma na wieczność, uwięziona; posiada tylko jedną minę i jeden profil, i jeden wyraz twarzy, choćby nie wiem jak wyzywająco patrzyły na nas jej źrenice, a jej ciało nie ma żadnej tekstury, nie może drgnąć, jest niezmienne; brak mu wymiarów albo to, co nas pociąga, jest złudne i jeśli obraz jest stary, najprawdopodobniej nieżywe. Człowiek przygląda się jej przez chwilę, myśli przelotnie o tym, co by było, gdyby mógł spotkać się z nią w czasie i przestrzeni, a potem oddala się bez specjalnego żalu i zapomina.

Tego rodzaju było moje widmowe zainteresowanie erotyczne, niemal nieuświadomione, które wobec niej odczuwałem. Jako że była żoną Muriela, a także ze względu na dzielące nas lata uznawałem, że na polu lubieżności jest osobą, z którą się mijam w czasie i przestrzeni, jakbym ja żył w rzeczywistym wymiarze współczesnym, a ona tylko w formie minionej i nieożywionej. I wszystkie przychodzące mi do głowy myśli – acz to nawet nie były myśli, tylko takie mentalne rozbłyski, które nawet nie dopuszczały słów, którymi teraz, z dystansu dojrzałego wieku, w odniesieniu do nich się posługuję – dotyczyły czasu warunkowego albo chimerycznego, o ile w ogóle: „Gdybym był Murielem, nie traktowałbym jej tak, chętnie bym odpowiadał na jej okazyjne i tak wyraźne pieszczoty, przez niego odrzucane, i zbliżył się do niej” albo: „W młodości musiała być bardzo kusząca, rozumiem, że Muriel chciał mieć ją przy sobie za dnia i nocą, ja z pewnością też bym chciał. Choćby tylko ze względu na jej ciało, w małżeństwie to i tak dużo. Ale nie byłem wtedy Murielem ani teraz nie jestem”.

Javier Marias, Tak się złe zaczyna, tłum. Tomasz Pindel, Katowice 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *