Ja bym granaty podkładała pod zakony

– Ja bym granaty podkładała pod zakony – zaczyna. – Czy coś dobrego stamtąd wyniosłam? Nie. Bardzo ciężko mi było wrócić do życia. Do zwykłych przyjemności. W zakonie nikt się nie poznał, że mogłabym wykładać, słowem ludzi pociągnąć, pracować naukowo. Gdybym została, pieliłabym pewnie teraz jakieś grządki. Siostry się marnują. Dużo odeszło.

Trudno być w zakonie tak normalnie dobrym. Ludzie proszą cię o pomoc, ale ty najpierw musisz iść się pomodlić, a potem siedzieć z siostrami na rekreacji. Chcesz pójść za odruchem serca, ale to sprzeczne z posłuszeństwem. Nie pomagasz komuś, bo to wbrew woli przełożonej. Postępujesz dobrze czy źle? Mam znajomego księdza, on sobie tłumaczy, że to dobrze, że mi nie pomoże. Bo teraz jest przede wszystkim dla Boga, nie dla ludzi. Nie zadzwonił, kiedy rozstawałam się z mężem, a wiedział, że było mi trudno. Nie pożyczył kilkuset złotych, choć ma dużo pieniędzy. Jest dobry, ale dobra nie czyni. Przed Kościołem był inny. Zaprzyjaźniłam się w szpitalu z siostrą sercanką. Kiedy byłyśmy z Hańcią bardzo chore, poprosiłam, żeby kupiła nam leki i chleb. Nie mogła. Bo Bóg, bo wspólnota. I nie zostaje czasu, żeby pomóc. Nie winię jej, bo wiem, że tak jest. Byłam tam.

Zakony psują dobrych ludzi, idealistów, którzy chcą czegoś więcej. Jesteś zachęcana, by ślepo wierzyć, nawet jeśli się nie zgadzasz. Czarne jest białe, białe czarne. Masz to przyjąć w imię świętego posłuszeństwa. Ja tak robiłam. To był gwałt na umyśle.

A przecież jak idą do zakonu młode dziewczyny, to skąd mają wiedzieć? Myślałam, że tak trzeba, starałam się. Wszystkie moje problemy kwitowano, że jestem niedojrzała, niegotowa, zła. Nasza formacja polegała na przepisywaniu książek. Żarliwych, religijnych. Gdy chciałam coś przeczytać, Mistrzyni pytała: o czym? Potem zdejmowała książkę z półki i mówiła: ta. Nie było żadnych nowości, wszystko stare, przedsoborowe. W teologicznych pismach też były sprzeczności: Jan od Krzyża mówił o umartwieniach, a święty Franciszek, żeby sobie wybaczać. Skąd miałam wiedzieć, jak to pogodzić?

Pięć razy brewiarz, codziennie msza, Mea Culpa, moja wina, moja bardzo wielka wina. Cały czas rąbany rachunek sumienia. Ciągle się zastanawiasz, czym dzisiaj obraziłaś Boga. Mistrzyni zachęcała do małych umartwień, o których nikt nie będzie wiedział. Myślałam: jestem zła, straszna, grzeszna. Dostałam depresji. Wszystko stawało się obojętne. Ale myślałam, że to dobrze. Że nic mnie nie będzie odrywało od Boga.

Każą ci mówić prawdę, a za chwilę nie gorszyć, nie dawać złego świadectwa. Musisz tryskać radością. Musisz udawać, bo w zakonie rozliczają cię z emocji. Przełożone dawały przykład. Zwalczały się, widać było po twarzach, napięte, czerwone. A oficjalnie całowały się i ściskały. To paradoksy, od których trudno się uwolnić. Nie masz kogo zapytać. Nikt nie może wiedzieć, że masz wątpliwości. Ani ludzie z zewnątrz, ani współsiostry. Bo kogoś to może zgorszyć.

Czy Hańcia pójdzie na religię? – zamyśla się. – Nie wiem.

Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Warszawa 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *