Cóż to za szalony, niebezpieczny świat, w którym można tworzyć istoty ludzkie?

Nie mogę sobie wybaczyć tego, co zrobiłem…

Pewnego razu w środku nocy, głębokiej nocy, w martwej ciszy – mówi się tak nie bez powodu – udusiłem żonę w szpitalnym łóżku. Była słaba. Ja jestem silny. Podawali jej tlen. Zsunąłem maskę, zakryłem jej dłonią usta oraz nos i poprosiłem Jezusa, żeby przyszedł ją zabrać. Zabrał.

Monitor piszczał i wiedziałem, że zaraz wpadną do pokoju. Nie obchodziło mnie, co ze mną będzie. Ale nikt się nie zjawił. Sam musiałem po kogoś pójść – było za mało pielęgniarek i zbyt wielu pacjentów. Nie wiedzieli, kogo winić – choć jestem pewien, że mnie podejrzewali. Przykryliśmy moją żonę prześcieradłem, a gdy w końcu przyszedł lekarz, napisał: „Niewydolność oddechowa”.

Nie żałuję tego, ale nie mogę sobie wybaczyć. Postąpiłem słusznie, ale to było złe.

– Zrobiłeś coś złego ze słusznego powodu – powiedział pastor.

W tej sprawie mamy jednak odmienne zdanie. Może się wydawać, że po prostu żonglujemy słowami, ale różnica jest wielka. On ma na myśli to, że źle jest odbierać życie, ale odebrałem je, by położyć kres jej cierpieniom. Ja uważam, że odbierając jej życie, postąpiłem słusznie. Byliśmy małżeństwem. Jednym ciałem. Zabiłem ją jednak z niewłaściwego powodu i dość szybko to sobie uświadomiłem. Nie zrobiłem tego, żeby uwolnić żonę od bólu; zrobiłem to, żeby uwolnić od niego siebie.

– Shep,‍ przestań o tym myśleć – mówi pastor.

Z kościoła wróciłem do domu. Mój syn oglądał telewizję. Dziecko nie spało, leżało bardzo spokojnie, wpatrując się wielkimi oczami w sufit, na który światło wpadające przez żaluzje rzucało podłużne cienie. Wziąłem dziecko i poszedłem z nim do szpitala. Było ciepłe i łatwo się je niosło. Ważyło mniej niż mój syn po urodzeniu. Razem z żoną właśnie przeprowadziliśmy się do New Bohemii. Wierzyliśmy we wszystko – w świat, przyszłość, Boga, pokój i miłość, a przede wszystkim w siebie nawzajem.

Gdy szedłem ulicą, niosąc to dziecko, wpadłem w przepaść czasu, gdzie oba czasy stają się jednym. Moje ciało się wyprostowało, krok się wydłużył. Byłem młodym mężczyzną ożenionym z piękną dziewczyną i nagle zostaliśmy rodzicami.

– Przytrzymaj mu główkę – powiedziała, kiedy niosłem syna, obejmując dłonią jego życie.

Gdy się urodził, nie mogliśmy wyjść z łóżka. Spaliśmy i jedliśmy, a nasze dziecko leżało między nami na plecach. Przez cały tydzień po prostu się na nie gapiliśmy. Stworzyliśmy je. Bez żadnych umiejętności i szkoleń, bez dyplomu z koledżu i bez funduszy na rozwój nauki stworzyliśmy istotę ludzką. Cóż to za szalony, niebezpieczny świat, w którym można tworzyć istoty ludzkie?

Nie idź tam.

Co pan powiedział?

Przepraszam, głośno myślałem.

Piękne‍ dziecko.

Dziękuję.

Kobieta idzie dalej. Spostrzegam, że stoję na środku ruchliwej ulicy, trzymając dziecko i mówiąc do siebie. Ale nie mówię do siebie. Mówię do ciebie. Wciąż. Zawsze. Nie idź tam.

Rozumiesz, co mam na myśli, mówiąc o pamięci? Moja żona już nie istnieje. Nie ma takiej osoby. Unieważniono jej paszport. Zamknięto jej konto w banku. Jej ubrania nosi ktoś inny. Ale w mojej głowie jest jej mnóstwo. Gdyby nigdy nie żyła i miałbym jej mnóstwo w głowie, zamknęliby mnie z powodu urojeń. A tak – jestem w żałobie.

Odkrywam, że żałoba oznacza życie z kimś, kogo nie ma.

Gdzie jesteś?

Ryk silnika motocyklowego. Samochody z opuszczonymi szybami i włączonym radiem. Dzieciaki na deskorolkach. Szczekający pies. Rozładunek ciężarówki. Dwie kobiety kłócące się na chodniku. Wszyscy rozmawiają przez komórki. Facet na skrzynce krzyczący: WSZYSTKO MA ZNIKNĄĆ!

Nie mam nic przeciwko temu. Zabierzcie to. Samochody, ludzi, towary na sprzedaż. Wymażcie to wszystko, żeby zostały tylko piach pod moimi stopami i niebo nad moją głową. Wyłączcie dźwięk. Niech zniknie obraz. Między nami nie ma niczego. Czy pod koniec dnia zobaczę cię idącą w moją stronę? Tak jak szłaś, jak obydwoje szliśmy, śmiertelnie wykończeni, wracając z pracy do domu? Podniesiemy głowy i zobaczymy się, najpierw z daleka, potem z bliska? Twoja energia znowu w ludzkiej postaci. Atomowy kształt twojej miłości.

– To nic – powiedziała, wiedząc, że umiera.

Nic? W takim razie niebo jest niczym i ziemia jest niczym, i twoje ciało jest niczym, i nasza miłość jest niczym…

Pokręciła głową.

– Śmierć to najmniej istotna rzecz w moim życiu. Co za różnica. Nie będzie mnie tutaj.

– Ja tu będę – powiedziałem.

– To okrutne – odrzekła. – Gdybym mogła przeżyć dla ciebie swoją śmierć, zrobiłabym to.

LIKWIDACJA SKLEPU. WSZYSTKO MA ZNIKNĄĆ.

Już zniknęło.

Dotarłem do ulicy, przy której stoi szpital. Widzę okno życia. Właśnie wtedy budzi się dziecko, które niosę, i czuję, jak się rusza. Patrzymy na siebie, jego niespokojne niebieskie oczy napotykają moje mroczne spojrzenie. Podnosi tycią rączkę, malutką niczym kwiat, i dotyka szorstkiego zarostu na mojej twarzy.

Samochody nadjeżdżają i odjeżdżają między mną a moim przejściem przez ulicę. Anonimowy świat zawsze w ruchu. Obydwoje zastygamy, jakby dziecko wiedziało, że trzeba podjąć decyzję.

A może nie? Ważne rzeczy dzieją się przypadkiem. Tylko resztę da się zaplanować.

Minąłem przecznicę, pomyślałem, że jeszcze się nad tym zastanowię, ale moje nogi skierowały się do domu. Czasami trzeba pogodzić się z tym, że serce wie, co robić.

Jeanette Winterson, Przepaść czasu. Zimowa opowieść Szekspira opowiedziana na nowo, tłum. Anna Gralak, Wrocław 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *