Byłeś jak denat. Ale bez gaci wyglądałeś słodko jak wiewióreczka

Kiedy znów je otwiera, leży na czarnym atłasie, więc w pierwszej chwili myśli, że wsadzono go do trumny.

Nie, nie! Jeszcze nie umarłem! woła przerażony.

Oczywiście, że nie, kochany szeryfie. Szansonistka siedzi przy toaletce i pudruje sobie piersi.

Znów opada na łózko; czuje się tak, jakby go koń kopnął poniżej pasa. Przez otwarte okno, przysłonięte koronkową firanką zwisającą nieruchomo w skwarze południa, słyszy trzeszczenie kół, odgłosy z kuźni, dudnienie obcasów na drewnianym chodniku, przekleństwa, rżenie, okrzyki, czasem strzały. Te wszystkie dźwięki wydają się przeznaczone wyłącznie dla niego, albowiem rozlegają się tylko tak długo, aby mógł je usłyszeć; może to w ten sposób miasta porozumiewają się ze swoimi szeryfami?

Ale przez pewien czas nie było wcale pewne, czy się z tego wyliżesz, kochasiu.

Miałem okropny sen. Jeśli to był sen. Wszystko wydawało się takie prawdziwe.

Z tego, co widziałam, musiało być dość podniecające.

Leżałem na pustyni. Umierałem. Sam jak kołek. I nagle pojawiły się wilki. Całe stado.

Nie mów? I cię zjadły, tak?

Myślałem, że mnie zjedzą. I nic na to nie mogłem zaradzić. Ale nie. Tylko mnie obwąchały, po czym ustawiły się wokół i lizały najpierw moją ranę, a potem, no, moją męskość, zupełnie jak krowy, kiedy się dorwą do lizawki. Bałem się, że jak się poruszę, to mi ją odgryzą, więc leżałem nieruchomo jak kamień.

Kiedy coś takiego dzieje się ze mną, zawsze albo zaczyna mnie swędzieć na całym ciele i muszę się podrapać, albo chce mi się kichać.

Ze mną było inaczej.

No niby, ale w sumie podobnie. Mruga do niego w lustrze, unosi kolejno obie piersi, pociąga różem sutki. To wyjaśnia stan, w jakim cię znalazłam, cały byłeś spuchnięty i gadałeś od rzeczy, zupełnie jakby ci się mózg ugotował, obok walały się twoje portki, pocięte na paski i obszczane przez jakieś ohydne zwierzę, pewnie któregoś z tych wilków. Naprawdę paskudnie wyglądałeś, skarbie; całe miasto wyległo na ulicę, żeby na ciebie popatrzeć, kiedy cię przywiozłam.

Nic z tego nie pamiętam.

No pewnie. Byłeś jak denat. Ale bez gaci wyglądałeś słodko jak wiewióreczka. Przepłoszyłam sępy z twojego powabnego męskiego ciała, po czym przerzuciłam cię przez zad mojej chabety i przywiozłam do miasta; urządziliśmy na głównej ulicy prawdziwą paradę, z flagami, orkiestrą dętą i fajerwerkami; mieliśmy więcej frajdy, niż gdybyśmy upiekli na ruszcie kilku Indiańców. Jednakże najpiękniejszą chwilą byłą ta, kiedy mi się oświadczyłeś.

Kiedy co?!

Ledwo straciłam męża, więc, oczywiście, musiałam się nad tym zastanowić…

Belle! Chyba nie ochajtnęliśmy się, co?!

Nie, jeszcze nie, złotko, ale pastor zjawi się lada chwila. Kupiłam sobie z tej okazji nowe ineksprymable, które szalenie powinny ci się spodobać. Pokazałabym ci je, ale to zły znak, jeśli pan młody ogląda…

Ależ Belle, ja nie mogę! Przecież… przecież szeryf zawsze jest kawalerem!

Bzdura. Znajdziemy ci inne zajęcie. Możesz zostać pianistą.

Nie umiem grać.

Naumiem cię.

Nie chcę się naumieć!

Podchodzi, schyla się i podaje mu do pocałowania przypudrowane piersi, zakończone rubinowymi sutkami. Mężczyzna odwraca głowę.

Cholera, Belle, to pomysł do bani, jestem samotnikiem, nie nadaję się na żonkosia!

Przyzwyczaisz się, skarbie. A zresztą klamka zapadła; obiecałeś.

Ale przecież sama mówiłaś, że gadałem od rzeczy.

Nieważne. Obietnica to obietnica. Zrywanie zaręczyn może nie jest w tych stronach gardłową sprawą, ale kara i tak jest bardzo nieprzyjemna. Pochyla się nad nim i łaskocze go w ucho pomalowanym sutkiem. No, przystojniaczku, pobaw się nimi trochę. Od dziś są tylko twoje. Albo prawie.

Rozlega się stukanie do drzwi.

Otwarte! woła Belle, wciąż pochylona nad szeryfem, z cyckiem w jego uchu.

Do pokoju wchodzi łysy chudzielec z kozią bródką i melonikiem na głowie; jedno oko – przez które biegnie paskudna blizna – ma zamknięte, w drugim błyszczy monokl, na wysokości krocza trzyma Biblię, a przekręcony do tyłu kołnierzyk udaje koloratkę.

Robert Coover, Miasto widmo, tłum. Tomasz Mirkowicz, Warszawa 2001, ss. 112-115.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *