Własss-nośśś-śśść

A więc w końcu jesteś Na Sprzedaż, Fender. To okropnie śmieszne. Mam nadzieję, że wiesz, w czym tu tkwi dowcip. To niesamowicie ułatwia robotę – no, to, że we wszystkim może być jakiś dowcip i że się go dostrzega, od razu wszystko łatwiej idzie. Zadowolony, co? Zgadza się? Jak długo planujesz pozostać na liście? Ale cwany byłeś, żeby tak na pusto przetrwać całą zimę, cwany-zasrany, co ci będę mówić. Chodzi mi o to, że postąpiłeś jak głupek, głupek-dupek. Jak się tak zastanowić, to wolny byłeś jeszcze dłużej. Pewnie jesteś nieźle zapuszczony. Wiesz, gdybym ja był na twoim miejscu, biorąc pod uwagę specyfikę twojego przypadku, spróbowałbym tego, co jest absolutnie i w ogóle najlepsze – figurować na kilku listach jednocześnie. W ten sposób, jakby się nawinęło coś dobrego, mógłbyś może sam sfinalizować transakcję – w końcu należysz do agencji – Pearsona – o Jezu, to ci dopiero miody-smrody z tym Pearsonem. Tak czy inaczej, nie możesz oczekiwać, żeby ktokolwiek zrobił z ciebie sprawę numer jeden – to znaczy, wiesz, tak to już jest, tu rządzą twarde prawa, a pięć procent od ciebie – no, nie będzie tego dużo. W porządku? To dobrze, że wszystko jasne – to duża radość. No, a jak tam twoje wymiary? Ile masz tu, w klatce? Liczne schorzenia nerek? W twoim wieku często się zdarzają. Plecy ci się garbią, a tę kurzajkę na podbródku trzeba będzie wypalić. Do diaska – jakbym ja miał taką kurzajkę na brodzie… – Słuchaj, muszę sprawdzić wszystko według regulaminu… Hm, skóra, niestety, na oko jakby sparciała, i pełno plamek – kiepski towar – łuskowata, cienka – kwaśna dieta. Od jak dawna są tu te zacięcia? a ten krwawy wylew wzdłuż łydki? pęknięte naczynka, tak? No, no, Fender, nie kantuj, jesteśmy z jednej branży, po męsku, no? po co się wysilać? Cholera, wiesz, że jest jedna lista dla wszystkich: zatoki, śledziona, jelita, wszystkie gruczoły… Może zaczniemy od podniebienia i od razu przeskoczymy w dół: zęby, migdałki, język, płuca, wątroba, oskrzela? czy warto sobie robić ten cały kłopot? A potem, zaraz, zaraz, idąc w górę, to będzie odbytnica, okrężnica, żołądek, serce, i tak dalej, wszystkie te miękkie towary, a potem czaszka, kręgosłup, miednica, żebra, et cetera, et cetera – ale nie ma sensu – to znaczy, przez moment spokojnie rozważ swoje szanse. Słuchaj no, stary, twoje fasady są bez wdzięku. Jak mówię – trzeba stawić czoło faktom, stary lokal to jest stary lokal. Znasz ten biznes. Żadnych niespodzianek. Zgadza się? A więc skoncentrujemy się, jeśli potrafimy, na elementach pozytywnych – może zgrabna dupka – mamy na to klientów. Ale nie podobają mi się te rzednące włoski. O Jezu, patrz, coś ty zrobił z kostkami palców. A jak tam w środku ze światłem? Do jasnej cholery, wiesz przecież, że to pierwsza rzecz, o którą pytają. Wchodzą – i zaraz chcą zobaczyć, jak pada światło. Wiesz co, sprzedam ci taki trick. Zawsze noszę przy sobie drewniany przymiar i w taką pogodę jak teraz, kiedy słońce przyjemnie wlewa się do środka, zwyczajnie to dla nich mierzę – tyle i tyle metrów. Wyobrażasz sobie, jakie to robi wrażenie. Sprzedawanie to nie jest tylko szczęścia kupa, zimna dupa, o nie, mój panie. Nie tylko szczęścia kupa – zimna dupa, o nie. Co? Chłodno ci? nie chrzań, jak ci może być chłodno? przecież nie jesteś w cieniu. No co – nie mam racji? Nic do powiedzenia, tak? Nie umiesz odpowiedzieć, co, Fender? Jak by one wyglądały z kolorową żarówką na twojej werandzie, te ściany Niagary? Miałeś ostatnio jakieś sercowe sensacje, brałeś na przeczyszczenie? Prosiłbym o dokładne daty. No, nie obrażaj się, nie obrażaj, jesteśmy kumplami z jednej branży – ale, ale, obejrzyjmy sobie parę stolców, zanim wyjdę, wprawdzie nie mam wielkich złudzeń, ale zawsze…

Buty, dywan – widział dywan – i korzenie stołu wynurzające się z tkaniny, pogrubiałe tam, gdzie rozkrzewiały się w blat – opalisandrowany? – nieskazitelnie wywoskowany i lśniący. Własss-nośśś-śśść; piękny dźwięk. Może był jakimś organem wewnętrznym, który wyjrzał na świat? czy tak to właśnie wygląda z punktu widzenia wątroby położonej… no gdzie? Znał prawdopodobne umiejscowienie groszków w zapiekance, ale nie potrafił sobie wyobrazić własnej wątroby – nie chciał – tak samo jak w marzeniach widywał kobiety – zawsze z zamazanym kroczem. Własss-nośśś-śśść.

William H. Gass, Sople, tłum. Jolanta Kozak [W:] Gabinet luster. Krótka proza amerykańska 1961-1977, red. Zbigniew Lewicki, Warszawa 1980, ss. 229-231.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *