Czułem, że zbliżam się do granicy samounicestwienia, choć nie było we mnie ani rozpaczy, ani nawet smutku

Moja własna historia rodzinna stanowiła idealną ilustrację tez Da Silvy: jeśli chodzi o miłość, byłem od niej dalej niż kiedykolwiek. Cud pierwszej wizyty u Rachidy i Luisy już się nie powtórzył, a mój fiut znowu stał się tyleż sprawny, co niewrażliwy; opuściłem ich kawalerkę w stanie bliskim rozpaczy, świadomy, że prawdopodobnie więcej ich nie zobaczę, a możliwości życiowe przeciekają mi przez palce z rosnącą prędkością, pozostawiając mnie – jak by to ujął Huysmans – „obojętnym i oschłym”.

Niedługo później chłodny front zapanował nad tysiącami kilometrów kwadratowych Europy Zachodniej: masy polarnego powietrza, które przez kilka dni utrzymywały się nad Wyspami Brytyjskimi i północnymi Niemcami, w ciągu jednej nocy zeszły nad Francję, a temperatura spadła wyjątkowo nisko jak na tę porę roku.

Moje ciało, które przestało być źródłem rozkoszy, nadal było źródłem cierpienia: kilka dni później zorientowałem się, że po raz chyba dziesiąty w ciągu trzech lat padłem ofiarą egzemy objawiającej się pęcherzykowatymi wypryskami. Malutkie krostki na podeszwach stóp i między palcami łączyły się, tworząc rozległe, ropiejące rany. Wizyta u dermatologa oświeciła mnie, że do egzemy dołączyła grzybica: chore obszary skóry zostały zaludnione przez jakieś parszywe grzyby, które postanowiły skorzystać z okazji. Kuracja była prosta, ale długotrwała, znaczącej poprawy można się było spodziewać najwcześniej po kilku tygodniach. Co noc budził mnie ból, godzinami drapałem się do krwi, co przynosiło tylko chwilową ulgę. Niepojęte, że moje biedne palce u stóp, pękate, absurdalne kluseczki, mogą być poddawane tak dręczącym torturom.

Pewnej nocy, po kolejnym seansie drapania, wstałem z łóżka i z krawiącymi stopami podszedłem do okna. Chociaż dochodziła trzecia rano, na dworze – jak zwykle w Paryżu – nie było całkiem ciemno. Przez okno widać było kilkanaście wieżowców i setki niższych budynków. Kilka tysięcy mieszkańców i kilka tysięcy ognisk domowych, które w Paryżu składają się zazwyczaj z dwóch, ale najczęściej tylko z jednej osoby. O tej porze w prawie żadnym mieszkaniu nie paliło się światło. Jak większość tych ludzi nie miałem  szczególnych powodów, żeby popełniać samobójstwo. A właściwie, jeśli dobrze się przyjrzeć, miałem ich nawet zdecydowanie mniej, zaliczyłem sporo autentycznych dokonań intelektualnych, w swoim – nie da się ukryć – liczebnie ograniczonym środowisku byłem człowiekiem znanym, a nawet szanowanym. Z materialnego punktu widzenia nie miałem powodów do narzekań: przyzwoite, zagwarantowane do śmierci dochody, dwukrotnie wyższe od średniej krajowej, bez obowiązku wykonywania jakiejkolwiek pracy. A jednak czułem, że zbliżam się do granicy samounicestwienia, choć nie było we mnie ani rozpaczy, ani nawet smutku, po prostu następowała powolna degradacja „całkowitej sumy funkcji, które stawiają opór śmierci”, jak to określa Bichat. Najwyraźniej zwykła chęć życia już nie wystarczała, aby nadal przeciwstawiać się cierpieniom i kłopotom, które znaczą drogę życiową przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej: nie potrafiłem żyć dla samego siebie, a dla kogóż innego miałbym żyć? Ludzkość nie tylko mnie nie interesowała, ale wręcz mierziła: nie uważałem ludzi za swoich braci, a już tym bardziej nie uważałem za braci jakiegoś drobnego fragmentu owej ludzkości, na przykład swoich rodaków lub byłych kolegów z pracy. Chciał nie chciał, musiałem jednak uzna, że ci ludzie są do mnie podobni, choć właśnie z powodu owego podobieństwa wolałem ich unikać: w tej sytuacji przydałaby się kobieta – klasyczne, sprawdzone rozwiązanie – która bez wątpienia też jest człowiekiem, lecz reprezentuje nieco inną odmianę ludzkości, wnosząc do życia lekki zapach egzotyki. Huysmans mógłby sformułować problem praktycznie w takich samych słowach, bowiem od jego czasów sytuacja niemal się nie zmieniła: może odrobinę – nieformalnie i na gorsze, przez powolne wykruszanie się, spłaszczanie różnic – choć nawet to bywało dalece przeceniane. Huysmans ostatecznie wybrał inną drogę, decydując się na bardziej radykalną egzotykę w postaci boskości: droga ta zawsze jednak budziła we mnie uczucia mieszane.

Minęło kilka miesięcy, w końcu egzema skapitulowała przed kuracją, tyle że niemal natychmiast zastąpiły ją gwałtowne ataki hemoroidów. Przyszło ogólne ochłodzenie, a moje wyjścia z domu zyskały na racjonalności: raz w tygodniu wizyta w Géant Casino w celu uzupełnienie zapasów artykułów spożywczych i środków czystości, raz dziennie zejście do skrzynki pocztowej po zamówione na Amazonie książki.

Święta minęły mi bez szczególnego pogrążania się w rozpaczy. Rok wcześniej dostałem jeszcze kilka maili z życzeniami noworocznymi od Alice i od paru kolegów z wydziału. W tym roku po raz pierwszy od nikogo.

Dziewiętnastego stycznia w nocy nagle dopadł mnie atak niepowstrzymanego płaczu. Rankiem, gdy nad Kremlin-Bicêtre wstawał świt, postanowiłem wrócić do opactwa Ligugé, gdzie Huysmans otrzymał tytuł oblata.

Michel Houellebecq, Uległość, tłum. Beata Geppert, Warszawa 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *