Puszka kukurydzy i konserwa mięsna

– Opowiedz mi, jakim człowiekiem był twój ojciec – poprosił Szmuel.

Atalia odpowiedziała łagodnym głosem, prawie szeptem:

– Nie rozmawiajmy teraz. Przejdźmy się trochę, nie rozmawiając. Posłuchajmy odgłosów nocy.

Na końcu zaułka Rabina Elbaza księżyc wychynął nagle znad pochyłych dachów, cały czerwony i wielki jak słońce, które oszalało i właśnie na powrót wyłaniało się z ciemności, rozbłyskując w środku nocy wbrew prawom natury. Szmuel nie lubił tego księżyca, za sprawą którego był skazany na milczenie. Atalia przystanęła, trzymając go nadal pod ramię, jakby z obawy, żeby się nie potknął, i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w księżyc albo w otaczającą go mgławą poświatę, która zdawała się spływać z góry, aby pobielić ściany z jerozolimskiego kamienia trupio bladym światłem. Nagle powiedziała:

– Mówi się o nim „srebrny glob”, ale wcale nie jest srebrny. Spływa krwią.

Potem szli w milczeniu uliczkami dzielnicy Nachlaot, Atalia prowadziła, a Szmuel podążał pół kroku za nią. Nie trzymała go już za rękaw, ale raz po raz dotykała lekko jego ramienia, żeby skierować go w prawo albo w lewo. Chłopak i dziewczyna, objęci i przytuleni, minęli ich i szli dalej w górę ulicy.

– Nie wierzę – mówił chłopak. – To niemożliwe.

– Czekaj – odparła dziewczyna. – Jeszcze zobaczysz.

Chłopak powiedział jej coś, czego Szmuel i Atalia nie mogli dosłyszeć, zauważyli jednak, że jego głos zdradzał zażenowanie i urazę.

– Posłuchaj, jaka głęboka cisza – odezwała się Atalia. – Prawie słychać, jak kamienie oddychają.

Szmuel otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, ale zrezygnował, domyślając się, że wolałaby, aby nie przerywał milczenia. Milczał więc i starał się iść pół kroku za nią. Nagle jego ręka wyciągnęła się i pogładziła ją ukradkiem po karku, przesuwając się po srebrnym łańcuszku pod jej włosami. Jednocześnie do oczu napłynęły mu łzy, bo domyślał się, że dla niego i dla niej nie ma żadnych widoków. Atalia nie mogła w ciemności widzieć jego wilgotnych oczu i tylko nieco zwolniła. Szmuel pomyślał: Ależ z ciebie dureń. Tchórz i dureń. Przecież mogłeś teraz przyciągnąć ją do siebie, ogarnąć ramionami i pocałować w usta. Ale jakiś wewnętrzny głos go ostrzegł: Nie, nie próbuj, bo się zbłaźnisz.

Spacerowali uliczkami jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt minut, przecięli ulicę Agryppy, przeszli wzdłuż bazaru Machane Jehuda, który był opuszczony, stoiska na nim ciemne, pozamykane i dochodziły z nich tylko oszałamiające zapachy owoców, śmieci, przejrzałych warzyw, jatki, przypraw i lekkiej zgnilizny. Wyszli na ulicę Jafską na placu naprzeciwko zegara słonecznego umieszczonego na budynku pamiętającym jeszcze czasy osmańskie. Przed tym zegarem Atalia zatrzymała się na chwilę i nagle odpowiedziała Szmuelowi na pytanie sprzed kilku minut o jej ojca.

– On nie należał do swojej epoki. Może się spóźnił. Może ją wyprzedził. Należał do innego czasu.

Potem ruszyła w drogę powrotną do domu, a Szmuel za nią – tym razem innymi uliczkami. Przez całą drogę prawie nie zamienili ze sobą słowa oprócz „Uważaj, stopień” albo „Z prania rozwieszonego nad ulicą kapie na głowę”. Atalia pragnęła tego milczenia, a Szmuel nie śmiał sprzeciwić się jej woli, chociaż cały był pobudzony i tak pełen pożądania, że omal nie wykipiał. Księżyc tymczasem stracił krwawy odcień, wspiął się ponad mur Muzeum Besaleela i rozświetlał całe miasto trupim, upiornym światłem. Po powrocie Atalia zdjęła płaszcz i pomogła Szmuelowi wyswobodzić się z kurtki. (Kiedy próbował ją zdjąć, omyłkowo wsunął rękę pod dziurawą podszewkę).

– Dziękuję za ten wieczór – powiedziała. – Było mi dobrze. Czasami całkiem z tobą przyjemnie, zwłaszcza kiedy nic nie mówisz. A teraz nie, dziękuję, nie mam ochoty jeść. Jeśli chcesz, możesz sobie przygotować kolację z tego, co znajdziesz w lodówce, a przy tym mówić do siebie, ile dusza zapragnie. Jesteś pełen słów, których nie dałam ci wypowiedzieć. Idę do swojego pokoju. Dobranoc. Nie martw się, nie zmarnowaliśmy tego wieczoru. Idąc na górę, nie zapomnij zgasić światła na schodach.

Następnie wyszła na płaskich obcasach, włosy spływały jej na ramię, pomarańczowa suknia świeciła jeszcze chwilę w prostokącie drzwi, aż zgasła. Pozostał po niej lekki opar fiołkowych perfum i Szmuel chłonął tę woń pełną piersią. Jego powiększone serce, co lekarze stwierdzili, gdy był jeszcze nastolatkiem, pulsowało teraz mocnymi uderzeniami, a on błagał je, by się uspokoiło.

Postanowił zatem posmarować sobie dwie kromki chleba masłem i serem, otworzyć słoiczek jogurtu, a może też usmażyć jajko. Ale nagle, jak ręką odjął, minął mu apetyt, a pojawiło się niejasne, przykre uczucie. Szmuel wszedł na górę do pokoju, rozciągnął się w bieliźnie na łóżku i długo przyglądał księżycowi zastygłemu pośrodku okna. Dwadzieścia minut później zmienił zdanie, zszedł do kuchni, otworzył puszkę kukurydzy i konserwę mięsną i zjadł widelcem, stojąc przed otwartą lodówką, odzyskawszy apetyt.

Amos Oz, Judasz, tłum. Leszek Kwiatkowski, Poznań 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *