Próby

Chłopak utrzymuje się na powierzchni jeziora w pionie, szybko przebierając pod wodą nogami. Wokół panuje lato; gdziekolwiek spojrzeć, widać tylko niebo i sosny, słychać hałaśliwych krewnych. W powietrzu czuć wakacje; Peter znów odbywa próby do swego życia.

Powiedzmy, że jest późne popołudnie, ale do zmroku zostało jeszcze wiele godzin. Tutaj, tak daleko na północy, w okolicach przesilenia słońce przez parę dni długo utrzymuje się w zenicie, zanim w końcu opadnie za horyzont. W jeziorze roi się od pływających dzieci: trwa Elsfest, doroczna impreza, w której jego wiarołomna gałąź rodziny rzadko uczestniczy. Elsowie z całych Stanów gromadzą się i biorą w posiadanie południowy brzeg tego położonego na północy zbiornika wodnego. Trzydzieści metrów od niego dzieciaki tłoczą się na sklejkowej tratwie przywiązanej do pustych beczek po ropie; wyglądają jak mrówki obłażące topiącą się kostkę cukru. Unikający głębokiej wody wujowie wyławiają butelki piwa z ocynkowanego pojemnika i otwierają je na metalowej rączce. Ciotki i nie tylko polegują na ręcznikach plażowych, sprawiając wrażenie przybrzeżnej linii produkcyjnej. Gdziekolwiek spojrzeć – Elsowie. Nawet ojciec Petera nie jest w stanie zidentyfikować wszystkich członków tego roju. Jedna rosyjska bombka – choćby konwencjonalna – rozprawiłaby się z ich rodowym nazwiskiem.

Pierwszemu dniowi lata towarzyszy krystaliczny motyw, który Peter ćwiczy do upadłego od wielu dni. Obudził się o brzasku i piłował całymi godzinami w swojej kryjówce na wzgórzach, znęcając się nad tanim klarnetem, który ojciec wynalazł dla niego na wyprzedaży. Kiedy dołączył do reszty nad jeziorem, letni motyw miał wypalony głęboko w umyśle.

Peter, udając się na Księżyc albo na bezludną wyspę bądź za kratki, zabrałby ze sobą swój klarnet. Jego palce same odnajdują klapy instrumentu; ćwiczy bezwiednie nawet tutaj, pod wodą. Potrafi zagrać crescendo, a zaraz po nim diminuendo. Potrafi przebiec po rurze w górę i w dół ruchami, które zdają się mistrzowskie. Gra przypomina wyprowadzanie dowodu doskonałego. Quod erat demonstrandum.

Melodia, którą tego lata czuje pod palcami, to nowy oficjalny hymn jego pragnień. Wykona ją za miesiąc podczas swego wielkomiejskiego debiutu, razem z dwunastoma starszymi muzykami. Jej dźwięki już teraz nieustannie go otaczają; są wszędzie, w falującej wodzie, w szczebiocie dzieci rojących się na tratwie. Uwielbia tę suitę jak rodzoną matkę leżącą właśnie na brzegu jeziora w opiętym jednoczęściowym kostiumie do opalania ze spódniczką, przez którą wygląda jak hipopotamia baletnica z Tańca godzin Ponchiellego. Zna melodię lepiej niż rodzonego ojca, pełniącego właśnie dyżur ratownika, o tam, z papierosem w jednym ręku i piwem w drugim, dyrygującego werbalną burdą wujów.

Peter nie wie, z czego bierze się moc tej suity. W każdym razie już pierwsze dźwięki, niczym promienie słońca wstającego nad górami na wschodzie, kładą podwaliny pod ciąg dalszy. Pod koniec pojawiają się znowu, nałożone na starą pieśń szejkersów, sprawiając, że melodia zaczyna przekraczać granice. Tak samo nie wie, jakim cudem ten prosty nawrót wywołuje plozję równie silną i wstrząsającą. Wie tylko tyle, że ten utwór zawiera nawet to upalne popołudnie, nawet tę orzeźwiającą bryzę. Spróbował sam je naśladować, kreśląc ołówkiem na pięciolinii własne nuty – tak powstał chłopięcy zapis odurzenia, które go ogarnia, ilekroć słyszy rozległość suity.

Richard Powers, Orfeusz, tłum. Urszula Gardner, 2015.

fot. Alex Proimos, CC-BY 2.0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *