Dla niego wszystko było oszustwem

Mimo że światową sławę zyskał dopiero w wieku pięćdziesięciu sześciu lat swoją absurdalnie skandalizującą Lolitą, Nabokov zawsze był przekonany, że posiada wielki talent. Usprawiedliwiając swoją niezgrabną przemowę, oznajmił: “Myślę jak geniusz, piszę jak niezły autor, a mówię jak dziecko”. Bardzo irytowało go, że przypisowano mu jakieś wpływy, a to Joyce’a, a to Kafki czy Prousta, ale nade wszystko Dostojewskiego, którego nie znosił, uważając go za “taniego skandalistę, topornego i pospolitego”. Tak naprawdę nie znosił niemal wszystkich pisarzy: Manna i Faulknera, Conrada i Lorki, Lawrence’a i Pounda, Camusa i Sartre’a, Balzaca i Forstera.Tolerował Henry’ego Jamesa, Conana Doyle’a i H. G. Wellsa. U Joyce’a podziwiał Ulissesa, ale krytykował Finneganów tren, “literaturę regionalną”, której też ogólnie nie trawił. Aprobował Petersburg swojego rodaka Biełego, pierwszą część W poszukiwaniu straconego czasu, Puszkina i Szekspira, niewiele więcej. Don Kichota nie rozumiał i mimo że był przeciwko niemu, w końcu się nim wzruszył. Przede wszystkim jednak nie znosił czterech doktorów – “doktora Freuda, doktora Żywago, doktora Schweitzera i doktora Castro z Kuby” – przede wszystkim tego pierwszego, jednej z jego czarnych bestii, którego zwykł nazywać “wiedeńskim zabójcą zdrowych” i którego teorie uważał za średniowieczne, porównywalne z astrologią i chiromancją. Jego manie i antypatie jednakowoż sięgały znacznie dalej: nienawidził jazzu, korridy, prymitywnych masek folklorystycznych, muzyki do kotleta, basenów, ciężarówek, tranzystorów, bidetów, środków owadobójczych, jachtów, cyrku, chuliganów, nocnych klubów i ryku motocykli, żeby wspomnieć tylko kilka przykładów.

Bezsprzecznie nie grzeszył skromnością, ale pycha w nim wydawała się tak szczera, że czasem nawet okazywała się usprawiedliwiona i zawsze kpiarska. Szczycił się tym, że jest w stanie wyśledzić korzenie rodziny do XIV wieku, do Naboka Murzy, zrusyfikowanego księcia tatarskiego, domniemanego potomka Czyngis-chana. Ale jeszcze dumniejszy był ze swych wyszukanych przodków literackich, nie tyle rzeczywistych (jego ojciec napisał kilka książek), ile legendarnych: zatem jeden z jego przodków utrzymywał jakąś relację z Kleistem, inny z Dantem,inny z Puszkinem, a jeszcze inny z Boccacciem, Prawda jest taka, że tych czterech wydaje się zbyt wielkim zbiegiem okoliczności.

Od dzieciństwa cierpiał na bezsenność, w młodości był kobieciarzem, człowiekiem niezwykle wiernym w wieku dorosłym (niemal wszystkie jego książki są dedykowane żonie Wierze) i w sumie może należy postrzegać go jako samotnika. Największej przyjemności, największego szczęścia, największej ekstazy doświadczał samotnie: polując na motyle, wymyślając łamigłówki szachowe, tłumacząc Puszkina, pisząc książki. Zmarł 2 lipca 1977 roku w Montreaux w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, a ja dowiedziałem się o tej śmierci na calle Sierpes w Serwilli, rozłożywszy gazetę, gdy jadłem śniadanie w Laredo.

Irytowali go ludzi wychwalający sztukę “prostą i szczerą” albo ci, którzy wierzyli, że dobro sztuki zależy od prostoty i szczerości. Dla niego wszystko było oszustwem, nawet najbardziej autentyczne, nieudawane emocje, które nie były mu obce. Powiedział to też w inny sposób: “W sztuce wysokiej i w czystej nauce detal jest wszystkim”. Nigdy nie powrócił do Rosji ani nie dowiedział się niczego o Tamarze. A może dostawał od niej wiadomości w długich listach, które pisał do swojej przeszłości, zrzucając z siebie jednocześnie swoje poruszające, sztuczne książki. 

Javier Marias, Pisane życia, tłum. Wojciech Charchalis, Katowice 2015

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *