Zuzanna

Dolała sobie wina i wzięła ołówek. Zaczęła szkicować najpierw delikatnymi, potem nieco mocniejszymi pociągnięciami. Powoli na białej kartce pojawił się zarys dwóch kobiecych dłoni zwróconych wnętrzami do przodu. Palce uginały się lekko, w geście, który mógł stanowić zaproszenie albo prośbę. Prawy palec wskazujący był ucięty tuż powyżej nasady, zamiast niego sterczał w tym miejscu tylko tępo zakończony pieniek. Powoli, kreska po kresce, Zuzanna zacieniowywała szkic. Rysowała linie papilarne. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że tworzy los, który nikomu nie przypadnie w udziale. Los bez człowieka, bezpański los. Dolała sobie wina. Po namyśle dorysowała do uciętego palca pokryty gęstą łuską, zwężający się ku końcowi ogon jaszczurki. Muzyka już się skończyła i w mieszkaniu panowała cisza. Zuzanna przyjrzała się obrazkowi. Gdzieś to już widziała, ale gdzie?

W prawym dolnym rogu narysowała dziesiątkę. Potem jeszcze w innych miejscach, eksperymentując z różnymi kształtami cyfr. Wreszcie odłożyła ołówek. Wstała od stołu i obejrzała obrazek z daleka. Znowu usiadła. Znowu wstała. Rzuciła rysunek na podłogę. Włączyła jeszcze raz tę samą płytę i znów dolała sobie wina. Zachodziło słońce. W smugach pomarańczowego światła wlewającego się przez duże okna wirowały drobinki kurzu. Oparła się biodrami o blat, położyła dłonie na pośladkach i pochyliła się lekko do przodu; przyjemnie było tak stać. Ruch na ulicy nieco zelżał. Przesunęła dłonie do góry, powędrowała palcami wzdłuż kręgosłupa. Gapiła się bezmyślnie na skrawek ładnego świata za oknem. Na wiosnę, która znowu przyszła, za darmo i po nic.

Odeszła od okna i położyła się na podłodze, nie zważając już na papiery i płyty. Mieszkała na czwartym piętrze, czwarte piętro to nie jedenaste, ale mimo wszystko ziemia była daleko, na tyle daleko, by w Zuzannie uruchomiła się tęsknota, nie psychiczna, o której mogłaby myśleć słowami, tylko cielesna, tępa i bezgłośna. Film w głowie zwolnił, tak działało wino. Położyła dłonie na brzuchu i zaczęła masować okolice pępka, potem powędrowała wyżej, stopniowo odsłaniając się przed ciemniejącym pustym mieszkaniem. Kiedy tak leżała, jej brzuch był bardzo płaski, wyraźnie wyczuwała palcami łuki dolnych żeber; powiodła po nich opuszkami. Brzuch unosił się i opadał wraz z oddechem, jakby żył własnym tajemniczym życiem, kiedy opadał, żebra wystawały mocniej. Zuzanna lubiła myśleć, że nie boi się śmierci, to dodawało jej sił. Powoli nabrała powietrza w płuca, przytrzymała, wypuściła. Wsunęła dłonie pod miseczki biustonosza. Piersi były ciepłe, prawie gorące. Objęła je i leżała przez chwilę bez ruchu, gapiąc się w sufit.

Julia Fiedorczuk, Nieważkość, Warszawa 2015, ss. 28-29.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *