Odbicia pani Gray

Boże, czuję się, jakbym znowu miał piętnaście lat. (…)

Szybkim krokiem podszedłem do drzwi. Korytarz był pusty, ale wyczułem ślad czyjejś obecności, niewyraźną zmarszczkę w przestrzeni, tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się czyjaś postać. Billy przepadł – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że znów położył się do łóżka. Ruszyłem korytarzem, dywan – jakiego był koloru, no jakiego? – tłumił moje kroki. Nie wiedziałem, dokąd idę ani czego szukam. Wiatr szeptał w kominie. Świat rozmawia sam ze sobą, własnym sennym, zagadkowym tonem. Drzwi, które zauważyłem, dopiero kiedy je mijałem, były uchylone. Widzę swoją postać, spoglądającą w bok i odchylającą głowę do tyłu, następuje szarpnięcie i uderzenie, nagle wszystko zwalnia.

Dywan, teraz sobie przypominam, a raczej chodnik, bo tak się to właściwie nazywa, miał kolor bladoniebieski albo niebieskoszary, deski na podłodze były polakierowane na nieprzyjemny, ciemny odcień brązu i świeciły się jak wyssany, klejący się cukierek toffi. Widzicie, jakie to rzeczy można sobie przypomnieć, kiedy człowiek się skoncentruje?

Czas i Pamięć są jak para wybrednych, pedantycznych dekoratorów wnętrz: nieustannie przestawiają meble, od nowa aranżują pomieszczenia, a nawet zmieniają ich przeznaczenie. Jestem przekonany, że przez uchylone drzwi zajrzałem do łazienki, albowiem wyraźnie pamiętam chłodny poblask porcelany i cynku, tym jednak, co przede wszystkim przyciągnęło mój wzrok, było lustro, takie jak w tamtych czasach montowano w toaletkach: z zakrzywioną górną krawędzią, dodatkowymi skrzydłami, a nawet – czy aby na pewno? – z zaczepionymi na skrzydłach niewielkimi, trójkątnymi lustereczkami, które kobieta dokonująca toalety mogła ustawić pod odpowiednim kątem po to, aby zobaczyć siebie z góry. Wspomnienie gmatwa drugie lustro, tym razem pełnej wysokości, umieszczone po zewnętrznej stronie otwieranych do wewnątrz drzwi – na to by wyglądało – w którym to zwierciadle ujrzałem odbicie pomieszczenia, a w nim stojącą centralnie toaletkę, lub czymkolwiek był ów mebel, wyposażoną we własne lustro czy też raczej lustra. Zatem, mówiąc ściśle, nie widziałem łazienki albo sypialni, ale tylko jej odbicie, tak jak nie widziałem pani Gray ani jej odbicia, lecz zaledwie odbicie odbicia pani Gray.

Cierpliwości, razem przebrniemy przez ten krystaliczny labirynt.

Tak więc stoję przed drzwiami, gapię się przez szparę w wysokie lustro, nietypowo zamocowane po zewnętrznej stronie uchylonego do wewnątrz skrzydła. Z początku nie docierało do mnie, na co patrzę. Jak dotąd jedynym ciałem, które widziałem prawdziwie z bliska, było bowiem moje własne, zresztą nawet z nim, z tą wciąż rozwijającą się istotą, nie byłem w szczególnie serdecznych stosunkach. Nie wiem, jak sobie wyobrażałem, że mogłaby wyglądać kobieta bez ubrania. (…)

Pani Gray w lustrze, w lustrze odbijającym się w lustrze, była goła. Naga – zabrzmiałoby bardziej elegancko, wiem, ale chodzi właśnie o to, że była goła. Kiedy przetoczyła się pierwsza fala konsternacji i zdumienia, uderzyła mnie osobliwa ziarnistość jej skóry – podejrzewam, że po prostu dostała gęsiej skórki – i zwróciło uwagę mętne, przypominające matowy poblask pokrytego nalotem ostrza noża, migotanie na powierzchni tejże. Zamiast odcieni różu i brzoskwini, które spodziewałem się ujrzeć, zwiedziony dziełami Rubensa, zobaczyłem zaskakujące spektrum barw, od magnezowej bieli po srebro i cynę, rozmazaną żółć, bladą ochrę, a miejscami nawet niewyraźne zielonkawe plamki, we wklęsłościach zaś fioletoworóżowe cienie.

Zobaczyłem tryptyk, rozczłonkowane czy może raczej rozmontowane ciało pani Gray. Środkowe lustro – to wbudowane w toaletkę, o ile to w ogóle była toaletka – obejmowało jej tors, piersi i brzuch, a także ciemną plamę poniżej, podczas gdy w skrzydłach po obu stronach odbijały się ramiona i dziwnie zgięte łokcie. W górnej części lustra zauważyłem spokojnie wpatrzone we mnie, rzucające mi wyzwanie oko, które jakby mówiło: „Oto ja. Co o mnie sądzisz?”. Wiem, że to pogmatwane ustawienie jest mało prawdopodobne, o ile w ogóle możliwe – zacznijmy od tego, że abym mógł zobaczyć takie, a nie inne odbicie pani Gray, musiałaby stać blisko lustra i bezpośrednio przed nim, odwrócona do mnie tyłem, ale nie było jej tam, było tylko odbicie. Czy zatem znajdowała się w pewnym oddaleniu od zwierciadła, w drugim końcu pomieszczenia, ukryta przed moim wzrokiem wślizgującym się do środka przez uchylone drzwi? Ale jeśli tak, to przecież w lustrze powinna się wydawać mniejsza. Chyba że oba lustra, to w toaletce, w którym się odbijała, i to zamontowane na drzwiach, w którym odbijało się jej odbicie, jakimś sposobem powiększyły jej postać. Wątpię. Jak jednak wyjaśnić te anomalie i nieprawdopodobieństwa?

Nijak. Opisałem tylko obraz, który zachowałem w pamięci. Mówię, co widzę. Później, kiedy ją o to zapytałem, pani Gray zaprzeczyła, jakoby takie zdarzenie nastąpiło. Powiedziała, że widocznie uważam ją za niezłą bezwstydnicę – tak się wyraziła – skoro sądzę, że pokazałaby się w takiej pozie gościowi w domu, w dodatku chłopcu, i to jeszcze przyjacielowi jej syna. Jestem pewien, że skłamała.

John Banville, Prawo do światła, tłum. Jacek Żuławnik, Warszawa 2015, ss. 41-46.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *