Oto dziewczyna, która ugryzła chłopca

Przeszła do małego, nie znanego jej pokoju. Drzwi zatrzasnęły się. Stosy płaszczy piętrzyły się na stołach, zrzucone futerały i skorupy. Błąkające się duchy odpłynęły w różne strony. Wybrałam to ciało, ten pokój.

– Leonard.

– Brandy? – Leonard wyjął pokryty parą kieliszek z pożółkłego zlewu. Klarowny czerwonawy płyn trysnął z butelki. Dody sięgnęła po kieliszek. Jej zmoczone ręce cofnęły się. Puste.

– Spróbuj jeszcze raz.

Jeszcze raz. Kieliszek uniósł się i oddalił, zataczając się i wykonując wspaniały śmiertelny skok na płaską brzydką ścianę koloru umbry. Kwiat z migających iskier utworzył niespodziewaną melodię, roniąc potem płatki w krystalicznym glissandzie. Leonard odepchnął ścianę lewym ramieniem i osadził ją w przestrzeni między tym ramieniem i twarzą. Dody natężyła głos, chcąc przekrzyczeć nasilające się wiatry, lecz one tym głośniej rozbrzmiewały w jej uszach. A potem, przerzucając pomost nad przepaścią, tupnęła. Zamknąć te cztery wiatry w workach z koźlej skóry. Tupać. Podłoga zadźwięczała.

– Czy dobrze się czujesz?  – spytał Leonard.

– Posłuchaj. Mam posąg. –  Oczy o kamiennych powiekach zmrużone ponad uśmiechem. Uśmiech uwiązany jak kamień młyński u jej szyi. – Muszę strzaskać ten posąg.

– A więc?

– To ten anioł z kamienia. Tylko nie jestem pewna, czy to anioł. Może to kamienny gargulec. Wstrętna figura pokazująca język. – Pod deskami podłogi huczały i pomrukiwały tornada.

–  Może jestem szalona. –  Huragany ucichły na chwilę, by posłuchać.

– Czy możesz to zrobić? Leonard w odpowiedzi tupnął nogą. Tupnął o podłogę. Tupnął i zniknęły ściany. Tupnął, sufit uniósł się ku zaświatom. Zdjął jej czerwoną przepaskę podtrzymującą włosy i schował do kieszeni. Zielony cień, omszały cień na ustach. A w środku labiryntu, w sanktuarium ogrodu, kamienny chłopiec popękał i rozpadł się na milion odłamków.

– Kiedy cię znów zobaczę? – Wyleczona z gorączki stała, z nogą opartą zwycięsko na pulchnej ręce. Zapamiętaj, to mój upadły gargulec, mój książę z kamyczków.

– Pracuję w Londynie.

– Kiedy?

– Mam obowiązki. – Ściany ścieśniły się, słoje drzewne i drobiny szkła znów wróciły na swoje miejsce. – W sąsiednim pokoju. – Cztery wiatry obwieściły swój odwrót i klęskę, odbiegając tunelem wokół opasanego morzem świata. Och, wydrążenie, wydrążenie. Wydrążenie w żłobionym kamieniu. Leonard pochylił się nad swą ostatnią wieczerzą. Czekała. Czekała, patrząc na bladość jego policzka w odcieniu grynszpanu, poruszającego się tuż przy jej ustach. Zęby zatopiły się w ciele. I trzymały. Sól, ciepła sól obmyła kubki smakowe jej języka. Zęby usiłowały się zewrzeć. Ból wystąpił daleko w korzonkach nerwowych ich kości. Zapamiętaj to, zapamiętaj. Ale on drżał. Potrząsnął nią i rzucił o chropowatą powierzchnię ściany. Zęby zacisnęły się na rozrzedzonym powietrzu. Bez słowa, ciemne plecy odwróciły się i zmniejszyły, oddalając się przez nagle wyrosłe skądś drzwi. Słoje drzewne listew, regularne słoje desek podłogowych usiłowały ustawić pionowo świat. Wychwiany świat. Powietrze napłynęło, wypełniając pustkę po zniknięciu Leonarda. Nic jednak nie wypełniło pustki w jej oku. W półotwartych drzwiach rozbrzmiały parskania i szepty. W ciężkim od dymu powietrzu na zabawie, rozszczepionym przez szczelinę, ukazał się Hamish, ze skupioną twarzą wyzierającą spoza błyszczącej, różowej jak z gumy maski.

– Dobrze się czujesz?

– Oczywiście, że dobrze.

– Przyniosę ci płaszcz. Wyjdźmy.

Hamish znów zniknął. Mały chłopiec w okularach i nędznym ubraniu w musztardowym kolorze wyszedł z wnęki, kierując się ku toalecie. Tak jak ona oparł się o ścianę i spojrzał na nią zalotnie. Poczuła, że ręką zatyka usta i nagle podskakuje, jakby ją schwycił kurcz.

– Może ci coś przynieść?

Dziwny błysk zamigotał w jego oku jak u ludzi na widok krwi ofiary wypadku ulicznego, obficie broczącej i zbierającej się na chodniku. Zbiegli się, by się gapić. Areny ciekawskich oczu.

– Mój notes – powtarzała wciąż Dody. – Zostawiłam go w pierwszym pokoju na parapecie okna za zasłoną.

Chłopiec wyszedł. Hamish pojawił się z jej czerwonym płaszczem; z czarnej togi zwisał strzęp jedwabiu. Wsunęła posłusznie ręce. Jej twarz płonęła, obnażona, nie uszminkowana.

– Jest tu jakieś lustro?

Hamish wskazał je ręką. Zamglone, pęknięte, owalne lustro wisiało nad niegdyś białym zlewem, który pożółkł od stuletnich wymiocin i plam od wódki. Pochyliła się ku zwierciadłu i zmęczona, dobrze znana jej twarz, o pustych brązowych oczach i z brunatną blizną na lewym policzku przypłynęła ku niej poprzez mgłę. Brak było ust w tej twarzy: w miejscu ust widniał ten sam szary kolor co naokoło, zaznaczając ich kształt za pomocą cieni pod wypukłymi i wystającymi fragmentami, jak w nieudolnie uformowanej rzeźbie.

Chłopiec stał obok niej, trzymając notes w okładce z odrapanej brązowej skóry. Dody wzięła go do ręki. Sztyftem czerwonej szminki pociągnęła po linii ust, przywracając im barwę.

– Dziękuję – uśmiechnęła się do chłopca lśniącymi ustami, o barwie świeżej czerwieni.

– Zaopiekuj się teraz mną – powiedziała do Hamisha. – Zachowałam się podle.

– Wszystko w porządku.

Lecz inni by tak nie powiedzieli.

Hamish otworzył drzwi. Wejść do pokoju. Nikt nie patrzył: krąg odwróconych pleców i twarzy. Dźwięki fortepianu wciąż snuły się powoli w tle rozmów. Ludzie śmiali się teraz głośno. Leonard przy fortepianie, przygarbiony Leonard z białą chusteczką przytkniętą do lewego policzka. Wysoka, blada Delores-Cheryl-Iris, usiana piegami jak tygrysia lilia, podeszła do niego, by pomóc mu zetrzeć krew.

– Ja to zrobiłam – poinformowała Dody obojętne powietrze. Lecz zobowiązanie stanęło na drodze, głupio się uśmiechając.

Zobowiązanie. Woda z mydłem nie zmyje tego odciśniętego kółka zębów przez dobry tydzień. Dody Ventura. Zapamiętaj to, zapamiętaj.

Dzięki Hamishowi, opiekuńczemu, w najmniejszym stopniu nie zagniewanemu, doszła do drzwi pokoju nie obrzucona kamieniami, ociągając się z odejściem, a jednak odchodząca. Schodząc w dół po wąskich schodach natknęła się na twarz Adeli, okoloną lśniącymi, jasnymi włosami, otwartą, szczerą i nietykalną jak lilia wodna; ta białość blondynki, nadzwyczaj czysta, zamknięta w swej nieskazitelności. Adela należąca do wielu mężczyzn, a jednak dziewicza. Samo jej pojawienie się było wyrzutem, jak milcząca obecność mniszki. Oswald podpierał ją z tyłu, a za nim szedł wysoki, niezgrabny, przygnębiony Atherton. Oswald o spłaszczonej głowie neandertalczyka, którego gładkie włosy sczesane na bok ukrywały błyszczącą, cofniętą stromiznę czaszki, spojrzał na Dody przez szylkretowe okulary.

– Powiedz nam coś o budowie kości, Dody.

Dostrzegła wyraźnie w nieprzeniknionym świetle przyszłych dni ich troje razem, wchodzących do pokoju, który wrzał od szoku spowodowanego jej wyczynem, wersjami i wariantami na jego temat – wyczynu, co miał napiętnować ją jutro jak brunatna blizna na policzku na wszystkich wydziałach uniwersyteckich i w całym mieście. Matki będą przystawać na Market Hill, pokazując ją swoim dzieciom: “Oto dziewczyna, która ugryzła chłopca. Umarł nazajutrz”. Słuchajcie, słuchajcie, jak psy ujadają.

Sylvia Plath, Kamienny chłopiec z delfinem, [W:] Sylvia Plath, Opowiadania, tłum. Teresa Truszkowska, Kraków 1992.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *