Ernst się rodzi

Ernst się rodzi. Valeska się boi. Ciemna główka dziecka rozrywa jej krocze. Położna krzyczy, Valeska nie słyszy krzyków położnej, bo sama krzyczy. Krzyczy, bo ją boli, i krzyczy, bo się boi. Bólu, rany, szkody na ciele, boi się tego, czego nie rozumie, boi się o dziecko. Nie wie jeszcze, czy dziecko jest chłopcem, czy dziewczynką.
Ja wiem. Moje ja znaczy coś zupełnie innego niż wasze ja, ale ja wiem. Wiem nawet, że dziecko przepychające się przez krocze Valeski jest Ernstem, wszystko inne też wiem. Znam ciężar ciała Valeski i ciężar domu, w którym Ernst się rodzi, i delikatną pieszczotę jego stóp, kiedy po mnie chodzi, i ciężar jego ciała, gdy pozostanie złożone do grobu na cmentarzu w Przyszowicach, tym samym, na którym leżą dawni hrabiowie von Raczeck, i Valeska na nim leży, i wielu innych, a obok biegnie szosa numer 44, bardzo ruchliwa, i kiedy ciało Ernsta kładą do ziemi w błyszczącej trumnie, to na czerwonych światłach stoją samochody, a w nich ludzie tacy sami jak wszyscy inni, jak ci, co do ziemi, i ci, co na świat, i ci, co do pracy albo w czarną melancholię bezsennych nocy i naznaczonych bezradnością dni.
Wiem, jak dwudziestopięcioletni Ernst patrzy na ciała kładące się na śniegu, pod murem cmentarza, na którym sam za wiele dziesiątków lat spocznie — wiem. Wiem, jak zgrzyta klucz w prowizorycznym areszcie — wiem. Areszt mieści się w koszarach dawnego Infanterie-Regiment Keith. Ernst nigdy w nim nie służył. Josef w nim służył. A teraz Ernst siedzi w tym areszcie i czeka na rozstrzelanie. Ale stary feldfebel, starszy nawet od Josefa Magnora, otwiera drzwi celi, w której siedzi Ernst. Otwiera drzwi do celi dezertera.
— Hau ab, Junge, in einer Stunde sind hier die Sowjets.
Ernst Magnor jest nieufny. Ernst uciekł z pierwszej zbiórki lokalnego Volkssturmu, bo nie bardzo wierzył, by batalion starców, gówniarzy i dekowników, z pięcioma emerytowanymi podoficerami, kapitanem z tikiem nerwowym i otyłym majorem w składzie, mógł zatrzymać ruskie czołgi za pomocą kilkudziesięciu starych judenflinte, jednego spandaua i siedmiu pancerfaustów. Więc uciekł, ale go złapali i postanowili rozstrzelać, jutro. A teraz ufa feldfeblowi, który otworzył drzwi do celi. Ufa, bo musi. Wybiega z koszar. Biegnie przez miasto, które ucieka. Przed Sowietami, nie przed Ernstem. Ernst jednak nie biegnie na dworzec, tylko do domu. Musi powiedzieć mamulce, że żyje.
Feldfebel nazywa się Gröhling. Dożyje do końca wojny i pożyje jeszcze trochę, a umrze na marskość wątroby w Wiedniu w roku 1947, bo po wojnie zacznie pić za dużo sznapsa, gdyż nie będzie miał nic lepszego do roboty. Śmierć jak każda inna, bez znaczenia.
Ernst Magnor nazywa się Ernst Magnor. Pożyje o wiele dłużej niż Gröhling, bo Gröhling otworzył drzwi do celi, w której Ernst siedział, i dlatego Ernst żyć może.
Ernst biegnie. Ernst umiera.
Ernst się rodzi.
Ernst ma dziewięćdziesiąt trzy lata i żyje. Ernst jest zmęczony. Ernst wszystko pamięta i nic go już nie obchodzi. Ernst jest obojętny, spokojny, znużony.
Ernst wie, że nic nie ma znaczenia i że wszystko jest ważne. Ernst wie, że życie jest, a potem go nie ma. Ernst wie, że w życiu nie trzeba być szczęśliwym ani nie trzeba cierpieć, jedyne, co trzeba, to żyć to życie, nic więcej nie trzeba. Ernst czeka na śmierć z nadzieją i ochotą, bez rozpaczy, bez smutku za tym, co utracone, bo Ernst wie, że nigdy nic nie macie, więc niczego nie możecie utracić, ale to nie ma znaczenia.
Nie ma znaczenia.
Ernst się rodzi. Valesce pęka krocze.

Szczepan Twardoch, Drach, Kraków 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *