To był kiepski towar

Wyszedłem od Dennisona o szóstej i ruszyłem do domu, w stronę Washington Square. Na ulicy było chłodno i mgliście, słońce kryło się gdzieś za nabrzeżem East River. Szedłem na wschód Bleeker Street, po tym jak zajrzałem do Rikera w poszukiwaniu Phillipa i Ala.
Dotarłem do Washington Square tak senny, że chwiałem się na nogach. Wszedłem na drugie piętro, do mieszkania Janie, rzuciłem ubranie na krzesło, przesunąłem Janie na bok i położyłem się. Kot skakał po całym łóżku, bawiąc się w pościeli.
Kiedy obudziłem się tego sobotniego popołudnia, było dość ciepło, a w radiu we frontowym pokoju grała Filharmonia Nowojorska. Usiadłem, wychyliłem się z łóżka i zobaczyłem Janie, która siedziała na kanapie owinięta jedynie w ręcznik, z mokrymi po prysznicu włosami.
Przepasany ręcznikiem Phillip siedział z papierosem w ustach na podłodze i słuchał dobiegającej z głośnika I Symfonii Brahmsa.
– Hej, dajcie mi zapalić – powiedziałem.
– Dzień dobry – odrzekła Janie z sarkazmem małej dziewczynki i podała mi papierosa.
– Jezu, jak gorąco.
– No to wstań i weź prysznic, ty draniu – odburknęła.
– O co ci chodzi?
– Tylko bez takich pytań! Paliłeś wczoraj marihuanę.
– To był kiepski towar – odparłem i poszedłem do łazienki. Czerwcowe słońce rozświetlało całe pomieszczenie i kiedy puściłem zimną wodę w prysznicu, poczułem się tak jak w przeszłości, kiedy w letnie popołudnie nurkowałem w ocienionym jeziorze w Pensylwanii.
Po prysznicu, owinięty w ręcznik, usiadłem we frontowym pokoju ze szklanką zimnej oranżady i zapytałem Phillipa, gdzie wczoraj zniknął z Ramsayem Allenem. Powiedział mi, że po wyjściu od Dennisona poszli do Empire State Building.
– Dlaczego tam? – spytałem.
– Chcieliśmy skoczyć z ostatniego piętra. Dokładnie nie pamiętam.
– Skoczyć? – powtórzyłem.
Przez jakiś czas rozmawialiśmy o koncepcji Nowej Wizji, którą Phillip wtedy starał się dopracować, a kiedy skończyłem oranżadę, wstałem i przeszedłem do sypialni, żeby włożyć spodnie. Oznajmiłem, że jestem głodny.
Janie i Phillip zaczęli się ubierać, a ja w niewielkiej alkowie, którą nazywaliśmy biblioteką, przerzuciłem kilka papierów na biurku. Z wolna szykowałem się, żeby znów wyruszyć na morze. Położyłem parę rzeczy na blacie i wróciłem do pokoju, gdzie już czekali Janie i Phillip gotowi do wyjścia. Zeszliśmy schodami na dół, wprost na ulicę.

William S. Burroughs, Jack Kerouac, A hipopotamy żywcem się ugotowały, tłum. Ewa Górczyńska, Wołowiec 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *