Biel

Tyler zamyka okno nie bez wysiłku. Wszystko w tym mieszkaniu jest wypaczone. Kulka upuszczona pośrodku salonu przeturlałaby się prosto do drzwi frontowych. Gdy mocuje się z ramą przesuwnego okna, do pokoju wpada jeszcze jeden wściekły podmuch, jak gdyby śnieżyca chciała wykorzystać ostatnią szansę, żeby… co?… znaleźć się w unicestwiającym cieple sypialni Tylera i Beth, zaznać na chwilę żaru, który ją roztapia?… Gdy owiewa go miniaturowy tuman śniegu, coś drobnego wpada mu do oka; może mikroskopijny kryształek lodu niczym najmniejszy odłamek szkła, jaki można sobie wyobrazić. Tyler pociera oko, najwyraźniej nie może wydobyć tej drobinki, która w nim utkwiła. Zupełnie jak gdyby poddany został nieznacznej mutacji; jak gdyby ta szklista kruszyna przytwierdziła się do rogówki – stoi więc z jednym okiem czystym, a drugim załzawionym i zaczerwienionym, patrząc, jak szybę omiatają płatki śniegu. Minęła dopiero szósta rano. Na dworze jest biało – wszędzie. Starsze sterty śniegu, który zgarnia się dzień po dniu na obrzeża sąsiedniego parkingu i który skrzepł w miniaturowe szare góry, toksycznie maźnięte tu i tam cekinami sadzy, nabrały teraz, chwilowo, alpejskości, jak widoczek z bożonarodzeniowej kartki; a raczej jak widok z bożonarodzeniowej kartki, jeśli skupić się tylko na stertach śniegu, wycinając kakaową betonową fasadę pustego magazynu (na której wciąż widnieje widmo słowa „beton”, choć tak już wyblakłe, jak gdyby sam budynek, od dawna zaniedbywany, nadal uparcie głosił swoje imię) i pogrążoną jeszcze we śnie ulicę, gdzie litera K w neonie ALKOHOL miga i brzęczy niczym flara sygnalizacyjna. Ale nawet w tym nędznym miejskim pejzażu – w tej smętnej, na wpół opustoszałej okolicy, gdzie pod oknem Tylera cały rok stoi wypalony szkielet starego buicka (dziwnie szlachetny w swej przerdzewiałej, wybebeszonej i pomazanej graffiti bezużyteczności) – przedświt wyczarował swego rodzaju surowe piękno; poczucie ułomnej, ale wciąż żywej nadziei. Nawet w Bushwick. Oto świeży opad śniegu, poważnego śniegu, nieskazitelnego, dającego obietnicę błogosławieństwa, jak gdyby jakaś firma, która dostarcza spokój i harmonię do lepszych dzielnic, pomyliła adres.

Michael Cunningham, Królowa Śniegu, tłum. Jerzy Kozłowski, Poznań 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *