Spowiedź

Ostatni raz w konfesjonale byłem jakieś piętnaście lat temu, i to też nie ze szczerej potrzeby wyznania culpy. Koniu, taki los, został ojcem i postanowił ochrzcić syna. Chciał dziecku oszczędzić stygmatyzacji, kiedy pójdzie do szkoły. Padło na mnie, bo też za bardzo nie miał w kim wybierać. Z grona znajomych tylko ja jeden otwarcie przyznawałem się do katolickiej przeszłości, na wodę święconą nie reagowałem ateistycznym wzdrygnięciem i – Koniu uznał to za w pełni wystarczający argument – znałem pisma Świętego Jana od Krzyża. Czego się nie robi dla kumpla. Poszedłem, klęknąłem i klepnąłem obrazę Boga w większości z Dziesięciorga Przykazań. Tak naprawdę zabrakło jedynie piątego, choć pomijając je, miałem wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. „Nie zabijaj” ma dość szerokie znaczenie. Chociażby świnie i kury mojego dzieciństwa. Przecież uczestniczyłem w ich mordzie. A nasza miłość, jaśniejąca latarenko? Niekiedy zachowywałem się tak, jakbym był jej mordercą.
Spowiednik‍ odczekał pokutną wyliczankę, po czym zaczął domagać się szczegółów. „Śmiało, tylko jeden Bóg cię słucha, synu, choć w Trzech Osobach” – zachęcił. „To już wszystko, proszę księdza” – oznajmiłem skruszony. „Wszystko, ale gdyby wycisnąć twoje słowa, synu, jak gąbkę, nie pozostałoby nic konkretnego!” – zgromił mnie spowiednik i zaczął wypytywać z gorączką w głosie: jeśli cudzołożyłem, to z kim, gdzie i dlaczego? Jeśli kłamałem, to jaką osiągnąłem korzyść? Jeśli dni świętych nie święciłem, to co wtedy robiłem? A jeśli pożądałem żony bliźniego swego, to jakie ona miała oczy, jaką pupę i piersi, i czy moja żądza nie skończyła się masturbacją pod kołdrą albo w łazience. Przyznam, że ksiądz zaimponował mi znajomością życia, zwłaszcza sublimacją seksualnych pragnień. Jednak nie byłem gotów aż na taki konkret, no i nie miałem przecież nastu lat, żeby ujawniać kontakty z Onanem. Pierwszy raz widziałem człowieka! I to też niedokładnie, bo ciemno – przez kratę konfesjonału majaczyły pars‍ pro toto księdza: krosta na nosie, wargi spierzchnięte, palce pocierające zarost podbródka. Z czymś takim trudno o intymność. No, ale z drugiej strony – nie mogłem zawieść Konia, potrzebowałem podpisu na obiegówce.
Jaśniejąca latarenko, jeśli istnieje piekło, będę smażył się w piekle.
Nie‍ mając innego wyjścia, doniosłem na siebie. Ale jak! Wygadałem się ze wszystkiego z gorliwością kapusia, który koloryzuje stan faktyczny. Jeśli ma już być grzesznik – myślałem – to grzesznik poważny, do entej potęgi, casus domagający‍ się gruntownej ekspiacji albo natychmiastowej anatemy. Trudno, skwapliwie skorzystałem z rady Balzaca: im bardziej świńskie twoje zajęcie, tym więcej potrzeba w nim uczciwości. Uczciwie więc puściłem farbę, że pożądałem nie tylko żony Konia, ale też jego… jeszcze nieistniejącej córki, co chyba plugawsze, bardziej nikczemne i małe. A córka Konia: piękna, zmysłowa Magda, szesnastolatka. Każdy jej ruch iskrzył się seksem, zmieniając mnie w łatwopalną hubkę. I tu bez żadnej żenady opisałem kwieciście postać Naomi Campbell w wersji white. Ucho księdza poczerwieniało i wydłużyło się, jakby w konfesjonale siedział elf Legolas z Władcy Pierścieni. Opowiadając o masturbacji, zauważyłem, że palce spowiednika zaczęły zdradzać ponadprzeciętną ruchliwość – pocierały nerwowo linię żuchwy od ucha aż do podbródka. Oddech wydawał się przyspieszony, na spierzchniętych wargach połyskiwały kropelki śliny. Może dlatego, że za miejsce samogwałtu wybrałem pokój nastolatki, dokładniej: otwartą szufladę z rajstopami. A co! – pojechałem po bandzie. Żadnych tam gombrowiczowskich gierek z okaleczoną muchą w sportowym buciku pensjonarki. Obleśny i ordynarny czyn onanisty! Magda akurat była na spotkaniu Ruchu Światło-Życie. Koniu z żoną myśleli, że zamarudziłem w łazience – wyjaśnił gadający przeze mnie kapuś i przelał czarę zbereźnej rozkoszy. Czarę? Chyba wiadro, bo tak się jakoś rozochociłem, że nie skończyłem na samej Magdzie. „Proszę księdza…” – przywarłem policzkiem do kraty konfesjonału. „Proszę księdza, nie wiem, jak to wyjaśnić, ale od pewnego czasu chcę być Magdą. Wykradłem dziewczynie sukienkę. Wstyd mówić… czasami stroję się w nią przed lustrem i marzę, że oto rozlega się pukanie do drzwi. Cały w pąsach biegnę, otwieram: w progu stoi kochanek z kwiatami. Rzucam się mu na szyję, on bierze mnie na ręce i niesie do łóżka. Ściąga ze mnie sukienkę, rozpina spodnie i wyjmuje… no, ksiądz wie, co wyjmuje, a w jego dłoniach widzę srebrzystą saszetkę z prezerwatywą. Mówię mu: nie trzeba, mój miły, zróbmy to bez. Kochanek jest przeszczęśliwy, że słyszy ode mnie te słowa. Kocham cię! – szepcze i zaraz wyznanie przemienia w czyn. Kochamy się. Chwilami czule i delikatnie, chwilami jak zwierzęta, aż piszczę, aż tracę dech i rachubę w orgazmach. Raz ja jestem pod, raz on. Raz on wgryza się w poduszkę, z pupą uniesioną, dużą jak puf i krzykiem: »Madziu, mocniej!«, raz ja wciskam głowę w szczeble łóżka, pozwalając, by kochanek lepiej mnie poznał od środka. Mój Boże, proszę księdza!… Wiem, że to grzech, że nie powinienem, bo nie tylko gwałt sobie zadaję, ale też Boga obrażam i wszystkie święte, z Najświętszą na czele, i w tym szczerym wyznaniu przekraczam granice żenady. Ale co to może znaczyć? Przecież myśląc rozsądnie, nigdy nie będę Magdą i gdy mija amok, sam czuję moralny dyskomfort. Jest dla mnie nadzieja?” Za kratką panowała grobowa cisza. Dopiero po dłuższej chwili usłyszałem westchnienie: „Proś, proś Boga o przebaczenie!”.
Później‍ emocje opadły, ksiądz stracił zainteresowanie dla kolejnych grzechów. Jakby tylko cielesne przewiny ważyły na szalach zbawienia i potępienia. Przerwał opowieść o pobiciu przeze mnie kaleki na wózku inwalidzkim i – z tego co pamiętam – w ramach pokuty dostałem Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Psalm 51. To niedużo. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu, w czasach szaleńczo budowanych świątyń, które wdzierały się w krajobraz blokowisk, pokuta byłaby bardziej konkretna. Przez tydzień musiałbym mieszać cement albo nosić cegły. Większość kościołów powstawała jako bratni sojusz pokuty i czynu społecznego.
„W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Walcz, synu, z demonem Magdy we własnym ciele” – poradził bez przekonania spowiednik. „Dobrze, proszę księdza. Będę się starał ze wszystkich sił”. Wstałem z klęczek, odbierając podpisaną obiegówkę. „Idź i nie grzesz więcej, synu!” – przestrzegł. Poszedłem i nie wróciłem już więcej.

Mariusz Sieniewicz, Walizki hipochondryka, Kraków 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *