Widziałem piękno w każdej postaci

– Przeczytałem wiele książek – stwierdził zastanawiająco kategorycznie profesor Mephesto, ze znużeniem opierając dłonie na mównicy i zwracając się do siedemdziesięciorga sześciorga studentów trzeciego roku, którzy siedzieli pogrążeni w spokojnej zadumie, uwieczniali każde zdanie wykładowcy, notując piórami w zeszytach, i w tym momencie, jak zawsze, dawali uczonemu pewność siebie, pozwalającą mu powoli, sprytnie udramatyzować swoje słowa, urwać, wzruszyć ramionami, zmarszczyć brwi, zapatrzeć się w sufit, zabawić się omdlewającym, pełnym zadumy uśmieszkiem, który pojawił się na jego ustach, i powtórzyć cicho: – Naprawdę wiele… – Tu nastąpiło poważne skinienie jego wspaniałej głowy i Mephesto ciągnął dalej: – Tak, a w swoim czasie również wiele podróżowałem. Podróże kształcą… Nie mam wątpliwości, że to prawda. – Niby przypadkiem upuścił notatki, przygotowane na wykład, a podnosząc je, odwrócił się plecami do studentów, którzy roześmiali się z uznaniem. Zajęcia profesora Mephesto, zatytułowane Etyka współczesna, należały do najpopularniejszych na uczelni. Nie tylko odznaczał się niepospolitym intelektem i potrafił myśleć abstrakcyjnie, ale przy tym był normalnym facetem, nie skretyniałym dziwakiem, który przez całe życie tkwi w fotelu. – Tak, nie mam co do tego wątpliwości – powiedział cicho, zachowując kamienną twarz i porządkując notatki. W jego głos wkradła się teraz nieco ostrzejsza nuta – a to dlatego, że zapewniwszy studentom chwilę rozbawienia, przygotowywał ich na mającą nastąpić wypowiedź bardzo głęboką, kierował się bowiem następującą zasadą: jedna miarka wygłupu, dwie miarki największej powagi. – I w trakcie moich podróży widziałem… wszystkie możliwe formy piękna. Oglądałem tęczę na Mont Blanc i iluminowane manuskrypty flamandzkie. Nad każdą stronicą pracowało przez siedem lat po dwóch mnichów! Boże, jakie te iluminacje są przepiękne! Tak, przechadzałem się po lśniących od rosy ogrodach Babilonu o świcie letniego poranka i oglądałem rajskie ptaki wieczorową porą na tle błyszczących, białych marmurów Tadź Mahal. Boże, cóż to za widok! – Urwał, by dotknąć skroni, jak gdyby przytłoczony tym wspomnieniem. – Tak, widziałem… cuda tego świata… Widziałem… jego piękno… Piramidy o burzowym, krwistoczerwonym poranku, krzywą wieżę w Pizie, i płótna wielkich mistrzów… Oglądałem je wszystkie. Widziałem piękno w każdej postaci. Stałem o śnieżnym brzasku na zabytkowym moście i słyszałem zimowe kuranty srebrnych dzwonów w wysokich kościołach, unoszące się nad ciemnym brukiem i tajemniczymi wodami starego Heidelbergu. Widziałem także zorzę polarną… i polne kwiaty! – Tu Mephesto nachylił się do słuchaczy, jedną ręką dotykając swoich włosów, jak gdyby z roztargnieniem, po czym wykładał dalej z cichą, oszczędną przekorą, żeby przekonać wszystkich, jak bardzo jest teraz poważny. – …I widziałem SŁOŃCE! Wspaniałe, wspaniałe słońce! Powiadam wam, oglądałem piękno we wszystkich jego postaciach. ALE… ale… coś wam powiem… – Tu jego górna warga podwinęła się dziwnie, niemal gniewnie, w głosie profesora pojawiło się drżenie, a w sali zapadła cisza. – Nigdy jeszcze nie widziałem niczego… co mogłoby się równać… z pięknem… ludzkiej twarzy!

Terry Southern, Mason Hoffenberg, Candy, tłum. Maciej Świerkocki, Łódź 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *