Diane di Prima: Róże i mosiądze

Wspominałam ciepłe, senne dni minionej wiosny: wiosny w college’u zaledwie przed rokiem, kiedy zbierałyśmy się i pracowałyśmy wspólnie nad przeróżnymi związkami, które wymyślałyśmy, żeby uniknąć chichoczącego szyderczo demona nudy. Powoli wprowadzałam znajome z czasów młodości w Nowym Jorku w środowisko college’u w Pensylwanii: pulchną, ciemną, piękną Evę z Indii Zachodnich; bladą, kościstą Susan O’Reilley, z jej nagłymi zmianami nastroju, pięknym głosem, dąsami, cynicznymi ustami i niewinnymi błękitnymi oczyma dziecka; i niezwykle żywotną, elektryzującą Martine, nazywaną przez przyjaciół Petra, prawdziwą kopalnię surrealizmu i zaskakujących zachowań. Petra i Tomi od razu się zaprzyjaźniły. Dziwaczność życia Tomi podobała się Petrze, w której tkwiło hiszpańskie pragnienie tego, co dramatyczne, jaskrawo kolorowe. Eva włączyła się do naszego bardzo skomplikowanego miłosnego korowodu ze zwykłym dla siebie ironicznym wdziękiem, a Tomi i O’Reilley zakochały się w sobie.
Przypomniałam sobie tydzień, który spędziłyśmy latem na wybrzeżu Massachusetts w letnim domku należącym do rodziny Lee. Pojechałyśmy nocnym osobowym z Nowego Jorku do Bostonu i różowym świtem znalazłyśmy się na South Station, gdzie zjadłyśmy mufinki i wypiłyśmy kawę w kafeterii Hayes-Bickford, by wsiąść do autobusu jadącego na wybrzeże. Dojechałyśmy tam koło dziewiątej, zostawiłyśmy bagaże w domku i poszłyśmy od razu na plażę, chcąc natychmiast zobaczyć morze. Było spokojne i posępne, bez fal, a przed nim niskie, szare wydmy. Przyszedł odpływ, na skałach pełno omułków, więc po niezbyt udanym spacerze przez błotniste kałuże dałyśmy za wygraną i zajęłyśmy się pożyteczniejszym zbieraniem małży. Wrzuciłyśmy ich do koca wielką stertę, a ponieważ na plaży nie było żywego ducha, rozebrałyśmy się do naga i wyciągnęłyśmy na piasku, żeby zaczerpnąć tyle, ile się da z niezbyt ciepłego słońca Nowej Anglii. Zanim się położyłam, przyjrzałam się nie bez zachwytu nam wszystkim, zapamiętując ten niemy obraz: linie naszych ciał odpowiadały linii wydm, a róże i mosiądze skóry wydawały się ciepłe na nierozgrzanym piasku.

Diane di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, Łódź 2013, ss. 47- 48.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *