Herta Müller: Czytałam z ręki w usta

image

Do gimnazjum w mieście poszłam wbrew woli matki. Chciała, żebym została krawcową we wsi. Wiedziała, że miasto mnie zepsuje. I zepsuło. Zaczęłam czytać książki.
(…)
Moje lektury były trojakie: z jednej strony książki narzucone przez podręczniki i studia, książki, które nie mogły stać się dla mnie osobiście ważne. Już dlatego że ich lektura była wymuszona, człowiek bronił się przed nimi. Aby zaczerpnąć powietrza, trzeba było organizować książki nieistniejące i zakazane. Z dzisiejszego punktu widzenia da się przerzucić pomost od ballad Goethego i Schillera albo wierszy Heinricha Heinego do siebie. Ale do pokonania dystansu stu albo więcej lat konieczna jest przemiana. A żeby ją przejść, potrzebna jest wewnętrzna dyspozycja, wolna przestrzeń w głowie. Której nie miałam. Chciałam bezpośredniości, książek patrzących prosto w oczy czasom, w których żyję. Nie dosłownie, w skali jeden do jednego, ale pośrednio, pod kamuflażem. Do czytania popychała mnie natarczywość lęków – mieszanka strachu przed życiem i strachu przed śmiercią. Służba bezpieczeństwa była moim stałym gościem, kiedy nie było mnie w domu. Jeśli powinnam była to zauważyć, poprzestawiane były krzesła. Jadłam i myślałam, że jedzenie może być zatrute. Gdy późnym wieczorem dobiegał z klatki schodowej szum windy, nasłuchiwałam, czy nie zatrzyma się na piątym piętrze, przy moim mieszkaniu. Czy nie usłyszę kroków zbliżających się do moich drzwi. Czy może jednak nie zabiorą mnie teraz, lecz dopiero jutro, za dnia. Wtedy nie będzie tak źle, wtedy wzywają tylko na przesłuchanie, możesz sama pójść przez park, po drodze możesz nawet w takt kroków głośno wyrecytować wiersze w strach. Jeśli winda, dzięki Bogu, się nie zatrzymała, można było nadal siedzieć w mieszkaniu i czytać książkę. Czytałam z ręki w usta, czytałam tak, jakbym jadła zdania – karmiłam strach. Czytając w ten sposób, nie zdobywa się wykształcenia, gdyż ono buduje. Wykształcenie jest rezerwuarem, w którym wszystko się łączy. Moje czytanie było spłoszone, chaos zastygania w miejscu i ucieczki. Kiedy czytałam kolejną książkę, poprzednia była już w głowie i uczuciach doszczętnie spożyta. Czytałam z powodów pozaliterackich. Czytając, odrobinę lepiej wiedziałam, jak można by żyć. Ale chwilę potem znowu nie wiedziałam nic. Sięgając po następną książkę, od dawna byłam ponownie w punkcie wyjścia. Moje wykształcenie na nic się nie zdaje, jest kulą, na której się wspieram, wędrując od punktu zero do punktu zero. Treść książek zazwyczaj zapominałam. Jeśli w ogóle coś zapamiętywałam, było to poczucie bezbronności wobec gęstości tekstu, która nie rozmawia ze mną za pomocą słów. Nie nauczyłam się, jak żyć ani jak pisać lub czytać. W moim przypadku można by zawsze mówić czytać, LESEN, zamiast żyć, LEBEN, i tak różnią się tylko jedną literą. Tak jak tylko jedną różni się po niemiecku pisanie, SCHREIBEN, od krzyczenia, SCHREIEN.

Herta Müller, Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek, tłum. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *