Domowe algorytmy

Lewą ręką do lewej kieszeni, wyjąć klucze na kółku, roztasować je palcami, znaleźć kluczyk od drzwi na klatkę, wsunąć do zamka, skręcić o jedną ósmą obrotu w lewo, pociągnąć za kluczyk ciężkie stalowe drzwi. Kiedy już się rozpędzą, odkręcić kluczyk z powrotem i wyciągnąć w locie. Postawić krok lewą nogą i wejść w otwarte drzwi.

Sekwencja ruchów powtarza się bez zmian jak liturgia, kiedy wracam do domu. To samo z otwieraniem skrzynki na listy, wchodzeniem po schodach, otwieraniem drzwi do domu, zakładaniem i zdejmowaniem ubrania i butów, myciem się i wycieraniem. Zawsze mydlę najpierw prawą nogę, później lewą. A wycieram odwrotnie.
Nie myślę o tym, co robię. Działam machinalnie. Machinalność jest zadomowieniem. Przypomnieć sobie kolejność tych drobnych ruchów i kroczków jest trudno. One są zapisane w jakiejś innej pamięci, bardziej gadziej, automatycznej, przeznaczonej do wykonywania, a nie wywoływania. Zmiana któregoś z nawyków jest trudna. Trzy tygodnie musiałem przyzwyczajać się do tego, żeby zamykać drzwi na górną zasuwę zamiast na dolną.
Odtwarzanie domowych algorytmów przypomina mi, że jestem, kim jestem, i w tej kwestii nie zapowiadają się żadne zmiany.
Nocna burza trwała już piątą godzinę. Leżałem z zamkniętymi oczami i słuchałem. Zmienny ton deszczu, chlust wody pluskającej z rynien, co jakiś czas sunący poziomo syk spod kół samochodu jadącego Jerozolimskimi. I długie, głuche grzmoty. Światło błyskawic przebijało ciemność powiek. Poblask był najmocniejszy nie na wprost źrenicy, gdzie znajdowało się okno, tylko na obrzeżach, z góry i z boków. Tam na siatkówce jest najwięcej pręcików czułych na natężenie światła. To dlatego ruch najlepiej widać kątem oka. Spadek po czasach, kiedy do naszej ewolucji przyczyniały się lamparty.
Michał Cichy, Zawsze jest dzisiaj, Wołowiec 2014

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *